Gdy w 54. minucie Elseid Hysaj biegł nieatakowany przez niemal całe boisko, aż doprowadził piłkę pod polską bramkę i wyłożył ją Nadimowi Bajramiemu, który miał jeszcze wystarczająco dużo czasu, by ją przyjąć i idealnie przygotować do oddania strzału, wydawało się, iż polskie nadzieje na mundial właśnie pryskają. Wyrok był już podpisany, Bajrami miał go tylko wykonać. Wynik za chwilę miał zmienić się na 2:0 dla Albanii. Reakcja Jana Urbana była znacząca: w bezruchu stał z rękami wciśniętymi w kieszenie. Nie interweniował, nie podpowiadał, bo to i tak nie miało już sensu. Strata gola wydawała się nieuchronna. Czekał. Bajrami pociągnął za spust, ale nie trafił. Piłka minęła cel o kilka centymetrów.
REKLAMA
Zobacz wideo Żelazny: Reprezentacja jest na fali wznoszącej! Piłkarze są w formie
Polska żyła. Uciekła spod ściany. A Urban dalej stał jak wryty i nie dowierzał. Tym razem nie w to, jak źle grają jego piłkarze, ale we własne - i ich - szczęście. Takiego go jeszcze nie widzieliśmy. Nadzieje, które miały być już pogrzebane, nagle odżyły.
I nie opuściły Polski do samego końca. Ależ to była ulga! euforia oczywiście też, ale przede wszystkim ulga. Gdy skończyła się druga połowa, w której Polacy odwrócili wynik na 2:1, wielu polskich piłkarzy padło na murawę. Byli wyczerpani - fizycznie, ale też emocjonalnie. Wcześniej dwukrotnie byli przecież blisko, by wypuścić z rąk ten mecz i nadzieję na mundial. Przetrwali, dzięki nieskuteczności Albańczyków. Ostatecznie jeszcze zdołali wygrać, więc wraz z końcowym gwizdkiem po Narodowym poniosło się głośne "Jeeeest!", a po chwili rozległy się brawa. Zastąpiły gwizdy, które żegnały piłkarzy po bardzo słabej pierwszej połowie.
Spotkanie roku. Stawką – uniknięcie katastrofy
Urban mówił wprost, iż to dla niego najważniejszy mecz w życiu. Ale osób, które mogły tak powiedzieć, było w polskiej kadrze znacznie więcej. Filip Rózga pierwszy zaczął spotkanie reprezentacji w wyjściowym składzie, Kamil Grabara jeszcze nigdy nie bronił polskiej bramki w meczu o taką stawkę, Nigdy też tak blisko mundialu nie był Tomasz Kędziora, o taką stawkę nie grał też Michał Skóraś. A w tej wyliczance trzeba też wychylić się poza samo boisko – porażka z Albanią przyniosłaby bowiem potężne finansowe straty Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, któremu FIFA za sam awans zapłaciłaby ponad 9 mln dolarów, a swoje dorzuciliby też hojni w przedmundialowych tygodniach sponsorzy. Sportowo – porażka przerwałaby trwającą od 2016 r. serię kolejnych awansów na wielkie turnieje i zepchnęłaby Polskę w rankingach, przez co jeszcze trudniej byłoby jej wejść na kolejne mistrzostwa. Dalej – odpadnięcie mogłaby skłonić Roberta Lewandowskiego, który w ostatnim czasie sprawia wrażenie bardzo refleksyjnego, do podjęcia decyzji o zakończeniu reprezentacyjnej kariery. Z kolei Cezarego Kuleszę mogłaby pobudzić do kolejnych poszukiwań selekcjonera. Każdy sam mógł stworzyć ranking tych tragedii.
O ile Albańczycy budowali wokół tego meczu presję pozytywną – grali o spełnienie marzeń, o zapisanie się w historii i podtrzymanie szans na awans na pierwszy w historii mundial, co było tak ważne, iż ich selekcjoner, Sylvinho, na konferencji prasowej hiperbolizował, iż nie śpi od dwóch miesięcy, o tyle dla Polaków podstawową stawką tego meczu było uniknięcie tych wszystkich przykrych konsekwencji wymienionych wyżej. I tę różnicę czuło się już pod stadionem – Albańczycy szli na ten mecz radosnym krokiem, śpiewali i głośno się śmiali, u Polaków uśmiechu było zdecydowanie mniej. Na trybunach też ta atmosfera była zdecydowanie mniej gorączkowa niż wskazywałaby na to stawka spotkania.
Nigdy też w historii Stadionu Narodowego hymny obu państw nie wybrzmiały gorzej. Zwykle bowiem muzyka była puszczana z głośników, a tym razem hymny grała orkiestra. Tyle iż na trybunach adekwatnie nie dało się jej usłyszeć. Najpierw polscy kibice zagłuszyli albański hymn gwizdami, a po chwili tym samym odpowiedzieli goście. Wystarczyły do tego zaledwie trzy sektory. Może zabrakło mikrofonów? Może nie pomogła słaba akustyka Narodowego? Na pewno wyszło fatalnie.
Podczas samego meczu wsparcie dla polskich piłkarzy też było bardzo skromne. Nie było już na stadionie grupy kibiców "To my Polacy", która w kilku ostatnich meczach próbowała wprowadzić zorganizowany doping. PZPN wyprosił ją po tym, jak podczas listopadowego meczu z Holandią z zajmowanego przez jej członków sektora poleciały na murawę race i gra musiała zostać przerwana.
Urban zaskoczył! Postawił na 19-latka i to on najczęściej słyszał brawa
- To ten młody? Wystawił go? – dopytywał kolegę w metrze trzydziestolatek w biało-czerwonym szaliku i zaglądał mu przez ramię w telefon tuż po tym, jak w internecie pojawił się skład, na który postawił Urban. I faktycznie – postawił na młodego, wystawił go od początku, mimo iż mało kto się tego spodziewał. Nie chodziło jednak o Oskara Pietuszewskiego, na którym koncentrowała się uwaga kibiców i ekspertów w ostatnich tygodniach po jego niezwykle widowiskowych akcjach w FC Porto. Chodziło o Filipa Rózgę – też młodego, bo ledwie 19-letniego, zawodnika Sturmu Graz. To inny typ zawodnika niż Pietuszewski – mniej efektowny, nie dryblujący aż tak chętnie, ale za to niezwykle pracowity i szybki. Urban go ceni. Można choćby powiedzieć, iż ma do niego słabość.
Było to czuć w listopadzie, gdy selekcjoner powołał go po raz pierwszy i wpuszczał na kilka minut w meczach z Holandią i Maltą. Za każdym razem mówił o nim z uśmiechem na ustach. W swoim stylu: iż fajny jest, iż lubi piłeczkę, iż technicznie jest dobry, a przy tym zadziorny. – Ale w tej kolejności: dobry piłkarz i dobry charakter – doprecyzowywał selekcjoner.
Można powiedzieć, iż na tamtym zgrupowaniu Rózgę budował, a już na tym, w barażowych meczach, postanowił wykorzystać go w pełni i wystawił od pierwszej minuty na Albanię. To była największa niespodzianka w składzie. Efekt był bardzo dobry! Żaden inny zawodnik w pierwszych minutach nie słyszał braw tak często, jak on. Rózga jako pierwszy doskakiwał do obrońców rywali i walczył o przejęcie piłki. Żadne to zaskoczenie – tzw. skoki pressingowe, czyli akcje, w których zawodnik dopada do rywali i próbuje przejąć piłkę, są jego znakiem rozpoznawczym. To w tym elemencie wyróżnia się w klubie, czym przyciąga uwagę skautów m.in. z niemieckiej Bundesligi. Mimo wciąż dość wątłej sylwetki nie bał się przepychać z albańskimi obrońcami. On też zatrzymał jedną z groźnych kontr gości już na własnej połowie.
Urban też był z niego zadowolony. Było to widać już po kilku minutach, gdy Rózga sfaulował przeciwnika niedaleko miejsca, z którego selekcjoner oglądał mecz – po tej akcji bił mu brawo i zachęcał do takiej gry. Rózga poczynał sobie bardzo śmiało – nie miało się wrażenia, iż to dla niego dopiero trzeci mecz w reprezentacji, a pierwszy w większym wymiarze. Jak był przed bramką Albanii, to uderzał. Jak biegli z Mattym Cashem do bezpańskiej piłki, to nie miał najmniejszych oporów, by zgarnąć ją sprzed nosa piłkarzowi z Premier League i samemu wywalczyć w tej sytuacji rzut rożny. Oczywiście, Rózdze przytrafiały się też straty. Próbował, ale nie wychodziło. Była w jego grze widoczna odwaga, ale brakowało skuteczności. Dlatego też Urban zmienił go w przerwie i zastąpił zawodnikiem jeszcze młodszym. Tym najbardziej wyczekiwanym – tegorocznym maturzystą, 17-letnim Pietuszewskim, który miał w tym meczu kilka dynamicznych i ciekawych akcji.
Błąd Bednarka powiedział wszystko o ciężarze tego meczu
O ciężarze tego meczu można by napisać jeszcze czterdzieści zdań i spojrzeć na to spotkanie z każdej możliwej perspektywy. Ale od 42. minuty było to kompletnie niepotrzebne. Ta jedna akcja, w której Jan Bednarek nie trafia w piłkę, która leci przez niemal całe boisko prosto na jego stopę, powiedziała bowiem wszystko. To wtedy najboleśniej poczuliśmy ciężar tego meczu. W piłkę nie trafił akurat zawodnik, który grał już na mistrzostwach świata i na niejednych mistrzostwach Europy. Zawodnik, który jest jednym z liderów i najbardziej doświadczonych piłkarzy w kadrze. Wreszcie zawodnik, który ostatnio wykłuł w klubie świetną formę.
Spodziewalibyśmy się takiego błędu, wynikającego najpewniej właśnie z ciężaru tego meczu i wyczuwalnej w powietrzu presji, po wielu piłkarzach. Ale po Bednarku? W ostatnich meczach w kadrze spisywał się przecież bardzo przyzwoicie. Widać było, jak przenosi pewność siebie z klubu na reprezentację. Liczyliśmy, iż jednym z kluczy, którym Polska otworzy sobie drzwi na mundial, będzie jego kooperacja współpraca z Jakubem Kiwiorem. Ich zgranie, które wypracowują na każdym treningu i w każdym meczu. Nie bez przyczyny portugalscy dziennikarze od miesięcy pisali, iż przed bramką Porto stoi "polska ściana". I chociaż dopuszczaliśmy, iż Albańczycy, a tym bardziej ewentualni finałowi rywale – Ukraińcy lub Szwedzi – mogą tę ścianę skruszyć, to jednak nie spodziewaliśmy się, iż pęknie ona już po pierwszym uderzeniu. W dodatku - tak delikatnym.
Na sto takich podań, jak to, które dotarło do Arbera Hoxha, Bednarek zatrzymuje 99. Czym, jak nie stresem i tremą, wytłumaczyć to, iż akurat ten jeden raz w piłkę nie trafił?
Najbardziej doświadczeni w końcu chwycili kierownicę. Gole Lewandowskiego i Zielińskiego zapobiegły katastrofie
Ale to w ogóle był mecz, w którym długo ci najbardziej doświadczeni zawodnicy zawodzili. Bednarek popełnił spektakularny błąd przy stracie bramki. Wcześniej bardzo ryzykowanie i bezsensownie piłkę w swoje pole karne zagrywał Cash. W pierwszej połowie niewidoczny był Robert Lewandowski. Mniej wpływowy niż w ostatnich spotkaniach kadry wydawał się Piotr Zieliński. Jakub Kamiński, bohater pierwszych meczów po zmianie selekcjonera, w doskonałej sytuacji na początku drugiej połowy źle przyjął piłkę i choćby nie mógł oddać strzału.
Nerwy udzielały się też selekcjonerowi. O ile w pierwszej połowie stał przy linii spokojnie, o tyle już po zmianie stron – i przy wyniku 0:1 – częściej miał pretensje do swoich piłkarzy. Choćby do Michała Skórasia, który zbyt opieszale ruszał do rozgrywających piłkę Albańczyków.
W końcu jednak zawodnicy, na których kibice liczyli najbardziej, i którzy doświadczenie w kadrze mają największe, wzięli sprawy w swoje ręce. Najpierw po rzucie rożnym trafił Lewandowski, a równo po dziesięciu minutach znakomicie z dystansu uderzył Zieliński. Huśtawka emocji była niesamowita. Albańczycy, tuż przed golem Lewandowskiego, mieli doskonałą sytuację Bajramiego, która powinna skończyć się golem na 2:0. Czy Polska by się podniosła? Można w to wątpić, bo do tego momentu grała bardzo kiepsko. Przed golem Zielińskiego też Albańczycy mieli doskonałą okazję i to oni powinni prowadzić 2:1, ale w bramce doskonale spisał się Kamil Grabara. Nieco powolny mecz przeobraził się w drugiej połowie w bokserską walkę – Polacy opuszczali gardę, Albańczycy nie trafiali i po chwili sami nadziewali się na ciosy. Ale do końca nie było jasne, kto padnie na deski. Polska też się w tym spotkaniu chwiała, też wydawała się zamroczona. Jak to się stało, iż Albańczycy ostatecznie nie dali rady jej znokautować? Siedzący przede mną dziennikarz z Tirany do samego końca nie mógł w to uwierzyć. Od 70. minuty oglądał ten mecz na stojąco. Usiadł dopiero po ostatnim gwizdku. I przypominał Urbana z 54. minuty – pusty wzrok wbity w murawę, gonitwa myśli w głowie i niedowierzanie. Różnica była jednak fundamentalna – Albania już nie mogła się podnieść.

2 godzin temu
















