Chicago Fire będzie szóstym klubem w karierze Roberta Lewandowskiego. / Autor grafiki: Szymon Bernaś (Fenestra)Czy trudno nie odnieść wrażenia, iż Chicago Fire nie było marketingowo przygotowane na zakontraktowanie kapitana reprezentacji Polski? Tak. Czy zmianie klubu piłkarza pokroju Roberta Lewandowskiego nie powinien towarzyszyć dużo większy „hype”? Zdecydowanie. Czy wobec tego można powiedzieć, iż jego nowy klub to kiepski wybór? Zdecydowanie nie.
Trudno dziwić się Lewemu, iż w wieku prawie 38 lat wybrał przyjazne miejsce do gry, gdzie w końcu będzie mógł poczuć się bezwarunkowo kochanym i docenianym. Być może pobyt w USA okaże się dla niego dokładnie takim resetem, jakiego w tym momencie potrzebował, gdzie największą wartością będzie to, iż po prostu jest.
Zahavi nie pomógł
Gdy saga Roberta Lewandowskiego z FC Barceloną dobiegła końca i okazało się, iż Polak jednak nie przedłuży kontraktu z hiszpańskim klubem, wielu kibiców było przekonanych, iż mimo iż nie zobaczymy już Lewego na boiskach LaLiga, przynajmniej będziemy mogli nacieszyć się interesującą rywalizacją o napastnika podczas zbliżającego się okna transferowego.
Jaka liga? Który klub? Jeszcze jedno wyzwanie w Europie? A może wyjazd poza kontynent śladami Cristiano Ronaldo i Lionela Messiego? Transferowego spektaklu z kapitanem reprezentacji Polski w roli głównej jednak nie było. Było wyjątkowo spokojnie, a poza pogłoskami o zainteresowaniu klubów z Arabii Saudyjskiej, które okazały się tylko marketingowym posunięciem środowiska Lewandowskiego, nie działo się praktycznie nic.
Kiedy podekscytowani fani dyskutowali czy bardziej sensowną opcją będzie transfer do Milanu, pomoc w powrocie na szczyt Juventusowi, a może nowa przygoda w Lidze Mistrzów wraz z rewelacją sezonu – Como, prowadzonym przez Cesca Fabregasa, telefon Polaka po prostu się nie odzywał. Ofert nie było albo pojawiały się tylko takie, które dla kapitana reprezentacji Polski nie były interesującym kierunkiem.
Odpowiedzialność za to ponosi nie kto inny jak agent Polaka – Pini Zahavi. Który nie dość, iż nie potrafił załatwić Lewandowskiemu dobrej oferty z Arabii, to nie był też w stanie przynieść zadowalającego kontraktu z atrakcyjnego dla niego klubu z Europy.
Trafnie ujął to przed dwoma tygodniami Szymon Janczyk na portalu Weszlo.com, który ironizował, iż oferta z Chicago Fire, które zabiegało o Polaka od dłuższego czasu, pojawiłaby się choćby gdyby Zahavi postanowił wylecieć na półroczny urlop na księżyc, lub gdyby agentem Lewego wciąż był Cezary Kucharski.
Nadal na swoim poziomie
Biorąc pod uwagę sam poziom sportowy, Lewy na sportową emeryturę wybierać się jeszcze nie musiał. Może swój „prime” ma już za sobą, ale nie zmienia to faktu, iż formy fizycznej dalej może pozazdrościć mu wielu młodszych kolegów i nie był wcale piłkarzem skończonym.
W ubiegłym sezonie statystycznie w hiszpańskiej LaLiga trafiał do siatki co 119 minut. Dla porównania u zdobywcy korony króla strzelców, napastnika Realu Madryt – Kyliana Mbappe statystyki nie były znacząco lepsze. Francuz zdobywał bramkę co 104 minuty, co oznacza, iż choćby przy sezonie, w którym liczby Lewego pod względem goli nie były tak imponujące, do jakich nas przyzwyczaił, nigdy nie stracił kontaktu z czołówką.
Można więc wywnioskować, iż Lewandowski w takim Milanie, Juventusie czy innym liczącym się europejskim klubie na spokojnie by się odnalazł, gwarantując przy tym zespołowi zarówno liczby, i emocje, dostając szansę na swoją ostatnią wielką scenę w karierze i udowodnienie, iż mimo upływu lat, wciąż pozostaje na światowym topie.
Zaskoczenie i… rozczarowanie?
Czy można więc powiedzieć, iż sam Robert Lewandowski może być ostatecznym rozwiązaniem tej sagi transferowej (której jak się okazało – nie było) zawiedziony?
Wydawać by się mogło, iż oczywistym jest, iż zmianie klubu u jednego z najbardziej rozpoznawalnych i najlepszych piłkarzy XXI wieku powinno towarzyszyć dużo większe zainteresowanie i „hype”.
Inna sprawa, iż na to, żeby decyzja polskiego napastnika rozpalała wyobraźnie kibiców piłki nożnej na całym świecie czas jest po prostu średni. Cały piłkarski świat od ponad miesiąca żyje amerykańskim mundialem, na którym niestety Lewandowskiego i całej reprezentacji Polski zabrakło.
Oprawa w social mediach na niskim poziomie, słabe przygotowanie marketingowe, brak koszulek w sklepie na czas, fatalny „timing” prezentacji podczas półfinału Mistrzostw Świata, na którą przychodzi tylko kilku dziennikarzy – trudno nie odnieść wrażenia, iż ta historia nie domknęła się tak jak powinna, a Lewy zasługiwał na więcej.
Tym bardziej, iż polscy kibice cały czas po cichu liczyli, iż Robert jednak zostanie w Europie. Mimo, iż od dłuższego czasu było wiadomo, iż kontrakt Lewego w Barcelonie dobiega końca, chyba nikt nie wyobrażał sobie, iż piłkarska emerytura najlepszego piłkarza w historii kraju nadejdzie… tak nagle, bez większego przygotowania.
I trudno się temu dziwić – zamiast emocjonujących meczów we wtorkowe i środowe wieczory przy okazji Ligi Mistrzów i ligowych spotkań, kiedy wszystkie światła reflektorów były skierowane na Polaka, pozostanie nam śledzenie dużo mniej prestiżowych rozgrywek i losów mniej rozpoznawalnej drużyny w późnych godzinach nocnych.
Inna sprawa, iż przed wyjazdem Lewandowskiego do Stanów według portalu Transfermarkt wartość rynkowa Chicago Fire była mniejsza niż… wartość Lecha Poznań. Mimo iż polska liga w ostatnich latach zrobiła spory postęp, ta statystyka sporo mówi o tym, jak gigantyczny sportowy przeskok dzieli choćby jeden z czołowych klubów MLS od jego ostatnich zespołów.
Nie ma więc co się oszukiwać – swoje ostatnie lata gry w piłkę kapitan reprezentacji Polski zdecydował się poświęcić na „zmonetyzowanie” własnego nazwiska. Co prawda większość gwiazd światowego futbolu decydowała się na wyjazd z Europy wcześniej, jednak potencjał kariery Lewego na poziomie europejskim nie został jeszcze do końca wyczerpany. Pewnie on sam ma świadomość, iż mógłby się jeszcze paru emocjonujących wyzwań podjąć, i z pewnością każde z tych wyzwań by Roberta napędzało…
Tylko trzeba uczciwie zadać sobie pytanie – czy on sam by takich wyzwań do własnego spełnienia potrzebował? W całej dyskusji o Robercie Lewandowskim najbardziej brakuje próby zrozumienia tego ruchu z jego perspektywy.
Legenda futbolu
Lewy był centralną postacią w trzech klubach z europejskiego topu przez prawie 15 lat. Do końca sezonu 2025/26 zdobył 33 trofea, w tym Ligę Mistrzów, 10 mistrzostw Niemiec, trzy mistrzostwa Hiszpanii oraz liczne krajowe puchary i superpuchary.
Co więcej, dwukrotnie zdobywał Złotego Buta – a więc trofeum dla zawodnika z największą liczbą bramek w okresie i jako jeden z nielicznych zdobywał koronę króla strzelców w trzech różnych ligach. Oprócz tego jako jeden z trzech piłkarzy w historii obok Cristiano Ronaldo i Lionela Messiego w Lidze Mistrzów przekroczył barierę 100 bramek, a gdy wraz z Bayernem sięgał po trofeum w tych rozgrywkach, zdobył w nich także koronę króla strzelców, kończąc rozgrywki o krok od pobicia rekordu Ronaldo.
Ale pobijał inne rekordy – Gerda Mullera, zdobywając 41 bramek w jednym sezonie w Bundeslidze oraz kilka rekordów Guinnessa, gdy w 2015 roku wszedł z ławki przeciwko Wolfsburgowi i zdobył kultowe już pięć bramek w dziewięć minut. Nie wspominając już o reprezentacji Polski, gdzie historycznie przoduje zarówno pod względem liczby trafień (89 bramek) i liczby występów z dorobkiem 167 rozegranych spotkań. Dla porównania drugi w tej statystyce Jakub Błaszczykowski ma tych rozegranych meczów o 57 mniej.
W samej Barcelonie, do której przychodził niespełna miesiąc przed swoimi 34. urodzinami, włącznie z sezonem 2025/2026 zdobył 120 bramek w 193 spotkaniach. Te wszystkie liczby potwierdzają tylko, iż Robert Lewandowski zapisał się na kartach historii jako legenda piłki nożnej.
„Niekochany” i niedoceniany
No właśnie… to jednak nie do końca takie proste. Wydawać by się mogło, iż umiejętności człowieka z takimi statystykami nigdy nie powinny być przez nikogo kwestionowane. Wręcz przeciwnie. Piłkarz z takimi liczbami powinien mieć status supergwiazdy w narracji globalnej.
Niestety casus Polaka jest dobrym przykładem, iż choćby obsesyjna regularność, profesjonalizm, ciężka praca, trofea i gole nie zawsze przekładają się na adekwatne docenienie do skali osiągnięć. Mimo wielu nagród zdobytych w przeróżnych plebiscytach zabrakło tej najcenniejszej… Złotej Piłki.
Przypomnijmy, iż w 2020 roku, kiedy Lewandowski był najbardziej oczywistym kandydatem plebiscyt po prostu odwołano, a w 2021 roku, mimo iż indywidualnie wzniósł się na jeszcze wyższy poziom skończył na drugim miejscu… za Messim. To największa symboliczna rana, bo globalnie wygląda trochę jak ktoś „bez pieczątki”, mimo, iż w swoim prime faktycznie był przez moment najlepszym piłkarzem świata.
Ten stempel szczególnie by się Lewemu przydał, dlatego, iż trudno nie odnieść wrażenia, iż przez całą swoją karierę funkcjonował jak „maszyna do udowadniania”. Najpierw w Zniczu Pruszków i w Lechu – po brutalnym skreśleniu przez Legię Warszawa, potem w Dortmundzie, a choćby w Bayernie i oczywiście w reprezentacji Polski i w Barcelonie.
„Brakuje mu zdrowia”, „umiejętności”, „nie jest supertalentem”, „bez dryblingu wyżej dupy nie podskoczy”, „nie potrafi wykonywać rzutów wolnych”, „nie ma go w ważnych meczach”, „nie pasuje do systemu gry”, „nie dowiózł wielkiego turnieju z reprezentacją”, „jest za stary i nie pressuje”, „ogranicza zespół”, ostatnio choćby pojawiały się głosy, iż „jego wizerunek jest zbyt… idealny”, a przez to nudny – praktycznie non stop, przez całą swoją karierę musiał udowadniać, iż jest większy niż etykieta, którą wielokrotnie mu przyklejano i co wymowne – zawsze po prostu odpowiadał golami.
Lewandowski przez całą karierę funkcjonował trochę jak człowiek z wiecznym niedosytem uznania. Trudno więc dziwić się Polakowi, iż zamiast kolejnych dwumeczów Ligi Mistrzów czy presji udowodnienia czegoś w Europie, gdzie pojawiłaby się okazja, żeby jeszcze raz „zamknąć komuś usta”, w wieku prawie 38 lat wybrał miejsce do gry, gdzie przede wszystkim, będzie mógł w końcu poczuć się bezwarunkowo kochanym i docenianym… a nie ma do tego lepszego miejsca niż właśnie Chicago.
„American dream”
W nowym środowisku Lewego jego status legendy i lidera będzie absolutnie niekwestionowany. Nowy klub, który zabiegał o niego już miesiącami chce wykorzystać jego markę i uczynić z niego centralną postać projektu, zawodnika – symbol. Władze zespołu deklarują, iż to szerszy element ambicji budowania klubu walczącego o trofea
Potencjał do tego jest – Chicago to trzecie największe miasto pod względem liczby ludności w Stanach Zjednoczonych. Zamieszkałe przez prawie 3 miliony osób, w tym ponad 1,8 mln mieszkańców stanowi Polonia. Dla wielu lokalnych kibiców możliwość oglądania Roberta Lewandowskiego z bliska będzie spełnieniem marzeń. Co dla Polaka oznacza, iż znowu będzie kimś wyczekiwanym, a nie „problemem do rozwiązania”, bo „jest za drogi w utrzymaniu”.
Robert nie będzie pierwszą gwiazdą polskiego sportu w Chicago. Wystarczy wspomnieć chociażby o przypadku Andrzeja Gołoty – absolutnej ikony i ulubieńcu amerykańskiej Polonii.
W latach dziewięćdziesiątych walki polskiego boksera były dla rodaków z zza oceanu najważniejszymi wydarzeniami kulturowymi i społecznymi. Trybuny podczas meczów z udziałem sportowca były biało-czerwone, a hale w których walczył zawsze wypełniały się po brzegi.
Nawet jeżeli Lewandowski, którego marka pozostało większa od marki Gołoty nie będzie w stanie zapełniać stadionu co mecz, najważniejsze spotkania ligowe, np. mecze przeciwko Interowi Miami Lionela Messiego i Luisa Suareza przyciągną tłumy.
Na boisku też bez problemu da sobie radę, intensywność spotkań w MLS będzie dużo mniejsza niż w LaLiga, a przeciwnicy na mniej wymagającym poziomie. Skoro Nemanja Nikolić po transferze z Legii Warszawa właśnie do zespołu z Chicago dał radę strzelić 24 gole w pierwszym sezonie, o formę strzelecką Roberta też nie powinno być trudno.
Choć pewnie na początku pewnie będzie mu brakowało podań od Pedriego, Gaviego, Raphinhi i Yamala, skoro przez tyle lat potrafił zamieniać w bramki podania od niektórych reprezentantów Polski – poradzi sobie także ze zgraniem z gwiazdami Chicago Fire – w najgorszym razie Lewy z wytęsknieniem będzie wyczekiwał kolejnych zgrupowań reprezentacji Polski… co dla kibiców również nie powinno być taką złą wiadomością.
Być może pobyt w USA okaże się dla Lewandowskiego dokładnie takim resetem, którego w tym momencie potrzebował. Miejscem przyjaznym, a nie toksycznym medialnie, gdzie największą wartością będzie to, iż po prostu jest.
A jeżeli przy okazji zrobi z Chicago drużynę realnie groźną w play-offach, to jeszcze raz „zamknie usta” krytykom, tylko już na dużo spokojniejszej scenie i na swoich warunkach.
Last dance?
Czy wietrzne Chicago okaże się ostatnim przystankiem Roberta w karierze? Wiele na to wskazuje, ale nic nie pozostało przesądzone. Polak na pewno szuka stabilizacji i chcę wyrobić sobie w USA własną markę na przyszłość.
Cały czas pod znakiem zapytania stoi jeszcze jego przyszłość w kadrze. Na pewno sporo będzie zależeć od tego, czy uda mu się „złapać luz” i dobrze zaaklimatyzować w nowym miejscu, jednak wielka historia Lewego w reprezentacji jeszcze się nie skończy.
To dobra wiadomość – choćby jeżeli nie będzie już tym Lewym z Bayernu czy Barcelony, to sama jego obecność, doświadczenie i powaga w szatni są czymś, czego reprezentacja Polski może już nigdy nie zaznać. Chyba choćby jego krytycy zgodzą się, iż zasługuje na o wiele godniejszy i spokojniejszy koniec w kadrze niż rozstanie w smutku po przegranym barażu.
***
Przed nami też okres, który powoli pozwoli nam trochę oswoić się z myślą, iż Roberta niedługo na boisku zabraknie. Do tego czasu będziemy jednak razem z Lewym mieli okazję cieszyć się jego grą na amerykańskich boiskach, pewnie nie raz „zarywając przy tym nocki” i analizując meandry systemu rozgrywkowego MLS.
Co potem? Kto wie… Niestety to przez cały czas tylko scenariusz z gatunku science-fiction, ale przed ostatecznym zakończeniem kariery najromantyczniejszym miejscem na „last dance” po odpoczynku psychicznym i zaczerpnięciu trochę euforii z gry byłby… powrót na polskie boiska… do Ekstraklasy – czyli do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło.
Pomyślmy – powrót do Lecha na jeden sezon, w wieku 39/40 lat – gigantyczny wzrost zainteresowania rodzimą ligą w Europie, Bułgarska zapełniona co kolejkę, wszystkie dzieciaki w koszulkach z jego nazwiskiem, mecze w pucharach, fetowanie na każdym stadionie przez kibiców na stojąco. On nie musiałby już nikomu udowadniać, iż jest najlepszy na świecie. Mógłby po prostu domknąć koło.
To oczywiście najprawdopodobniej się nie wydarzy… ale sama możliwość jest piękna – i dla kibiców i być może też dla Roberta. Kto nam zabroni pomarzyć?
Dominik JANICKI

1 tydzień temu















