Tekst czytelnika: 48 godzin na igrzyskach. Reportaż kibicowski

7 godzin temu

Byłem pod skocznią w Predazzo, gdy Tomasiak i Wąsek zdobywali sensacyjne srebro, obejrzałem nową halę Santa Giulia, przeszedłem Mediolan wzdłuż i wszerz, nauczyłem się używać wstecznego. Zapraszam na opowieść o kibicowskiej przygodzie mojego (dotychczasowego) życia!

Na olimpijski szlak ruszamy we dwóch. Gdy bilety trafiły do sprzedaży, Andrzej miał zaplanowaną na czas igrzysk erasmusową wymianę w Bolonii. Zaprosił mnie, żebym odwiedził go na kilka dni. Wychodząc z założenia, iż igrzyska tak blisko Polski to okazja, która długo się nie powtórzy, wysupłaliśmy ze studenckich kieszeni pieniądze na bilety.

Zdecydowaliśmy się na dyscyplinę spektakularną, a przy tym dostępną cenowo (najtańsze bilety po 30 euro): hokej na lodzie. Przypadł nam mecz fazy play-off w turnieju mężczyzn. Zespoły, które zakończyły pierwszą część rywalizacji jako drugie, trzecie lub czwarte w swoich grupach będą w niej rywalizować o miejsca w ćwierćfinałach – dopiero dzień przed meczem okaże się więc, które drużyny będziemy oglądać.

Jako dziecko epoki Małysza, nie mogłem powstrzymać się przed tym, żeby do planu wyjazdu dopisać konkurs skoków. Terminowo pasowała rywalizacja duetów na dużej skoczni. Przyznaję: klikając przycisk comprare na stronie internetowej, widziałem oczami wyobraźni Stocha i Kubackiego toczących heroiczny bój o szóste miejsce ze Szwajcarią. Jeszcze nie wiedziałem, jak miłą niespodziankę zgotują mi olimpijscy bogowie.

Tak wyglądały Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina 2026

Spis treści

  1. Tak wyglądały Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina 2026
  2. Logistyczne układanki
  3. Ciao, Italia!
  4. W stronę Dolomitów
  5. Wokół święta skoków
  6. Srebrny wieczór
  7. Mediolan wzywa!
  8. Wtorek w Santa Giulia
  9. Niemiecka lekcja
  10. Rozwodniona atmosfera
  11. Nieoficjalna waluta igrzysk
  12. Zgiełk i cisza
  13. W gościach
  14. Ci vediamo!
  15. Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:

Logistyczne układanki

W międzyczasie niemal dogadany pobyt w Bolonii wymknął się mojemu koledze z rąk i zamiast do Włoch, wyjechał na kilka miesięcy do niemieckiej Moguncji (z której w Dolomity jest podobnie daleko, co z Tych lub Jaworzna). Bilety mieliśmy już jednak kupione, więc zdecydowaliśmy, iż mimo wszystko zorganizujemy olimpijską wycieczkę, oszczędzając tam, gdzie było to możliwe.

Najłatwiejszą i najtańszą opcją dotarcia do północnej Italii jest zdecydowanie lot do Bergamo. Na trzecie najbardziej ruchliwe lotnisko Włoch można dostać się bezpośrednio z ośmiu polskich miast. jeżeli kupi się bilety z odpowiednim wyprzedzeniem, kosztują one mniej więcej tyle, co przejażdżka PKP Intercity z Łodzi do Gdańska. Miasto Atalanty wybraliśmy też na bazę noclegową.

W Mediolanie oferty pensjonatów i hosteli były przetrzebione już kilka miesięcy przed igrzyskami. Jak zwykle w podobnych sytuacjach, ceny poszybowały w górę. Sytuacja wyglądała jeszcze gorzej w Dolomitach, gdzie zapotrzebowanie na noclegi dla kibiców nałożyło się z typowym dla tego regionu zimowym popytem na kwatery dla narciarzy. W Bergamo wolnych pokojów było aż zaskakująco dużo, nic nie wskazywało też na to, żeby ich ceny znacząco różniły się od tych obowiązujących przez większość roku.

Dwa słowa o logistyce wyjazdu. Nie należała ona do najłatwiejszych – Mediolan-Cortina 2026 to przecież najbardziej zdecentralizowane igrzyska w historii. To pozwoliło organizatorom znacząco ściąć koszty imprezy oraz ograniczyć inwestycje w infrastrukturę. To rozsądne kroki, które pokazują, iż Włosi potrafią uczyć się na własnych błędach – tor saneczkarski w Cesanie czy skocznie w Pragelato, które zbudowano na igrzyska w Turynie w 2006 roku, od kilkunastu lat zarastają przecież trawą. Drugą stroną tego (nomen omen) medalu jest to, iż poszczególne olimpijskie areny są położone bardzo daleko od siebie – przedostanie się z Mediolanu do Predazzo wymaga przejechania ponad 300 kilometrów (mniej więcej trzy i pół godziny samochodem).

Organizatorzy próbowali zapanować nad logistycznymi problemami, grupując miejscowości-gospodarzy w ośrodki. W ten sposób centrum sportów lodowych stały się Mediolan wraz ze znajdującymi się na jego przedmieściach Rho i Assago, w Val di Fiemme (Predazzo i Tesero) królowało narciarstwo klasyczne, w rejonie doliny Valtellina (Livigno i Bormio) zadomowili się snowboardziści, alpejczycy i specjaliści od narciarstwa dowolnego, a reszta dyscyplin była rozgrywana w Cortinie i położonej nieopodal niej Anterselvie (słynny tor biathlonowy).

Proste? Tak, jeżeli jesteś sportowcem, który całą imprezę spędzi w jednej wiosce. Tak, jeżeli jesteś dziennikarzem wchodzącym w skład ekipy, którą podzielono na cztery grupy rozesłane do poszczególnych ośrodków (tak zrobiły obie stacje transmitujące igrzyska w Polsce). Gorzej jeżeli – tak jak ja – jesteś kibicem, który chce zobaczyć dwie zupełnie różne dyscypliny.

CZYTAJ TEŻ: OLIMPIJSCY TURYŚCI? NIE, TO SPORTOWCY. DOCEŃMY ICH WYSIŁEK [KOMENTARZ]

Zacznę od tego, co zaplanować było najłatwiej: pokonanie trasy z Bergamo do Mediolanu nie stanowi najmniejszego problemu. Oba miasta połączone są szybką linią kolejową – przejazd zajmuje mniej więcej 40 minut. Bilety kosztują około sześciu euro, a do wyboru są dwa połączenia na godzinę.

Znacznie trudniejsze było przemieszczenie się z Bergamo do Val di Fiemme. Cóż, organizatorzy nie popisali się, jeżeli chodzi o skomunikowanie ośrodków położonych w różnych częściach regionu.

Nie chodzi rzecz jasna o to, żeby wiercić pod Dolomitami tunel szybkiej kolei na podobieństwo linii między Soczi a Krasnają Polaną, na którą komitet organizacyjny (najdroższych w historii) zimowych igrzysk w Soczi przepalił dziewięć miliardów dolarów. Dobrze byłoby jednak, gdyby przez dwa tygodnie trwania imprezy między najważniejszymi, węzłowymi punktami olimpijskiej mapy kursowały kilka razy dziennie autokary czy (tam, gdzie to możliwe) bezpośrednie pociągi.

Na nic takiego nie można było niestety liczyć. Jedyne połączenie kolejowe między Bergamo a Predazzo, jakie zaproponowała mi strona narodowego włoskiego przewoźnika, trwa pięć godzin, wymaga trzech przesiadek i kosztuje (w zależności od wybranego terminu) od około 40 do 60 euro w jedną stronę.

Z Mediolanu jest tylko trochę lepiej – jedno połączenie dziennie, cztery godziny w drodze, dwie przesiadki i jeszcze wyższa cena (trasa zakłada przejazd pociągiem dużych prędkości, czyli Frecciarossą – dosłownie „czerwoną strzałą”). Tak czy siak, za podróż koleją w dwie strony zapłaciłbym pięć-sześć razy więcej niż za samolot z Modlina do Bergamo! Aha, do kosztów trzeba też naturalnie doliczyć nocleg, który musiałbym znaleźć w okolicach Predazzo (zawody kończyły się o 21:00).

Wybór był więc prosty – trzeba wypożyczyć samochód. Bergamo to duże lotnisko, wybór wypożyczalni jest spory. Oczywiście nie jest to tania zabawa. Na końcowy bilans podróży składają się (niemałe) pieniądze, jakie trzeba zapłacić za wypożyczenie auta, paliwo, opłaty za autostrady oraz za parking w Val di Fiemme. Dodam, iż mowa o prawdopodobnie najdroższym parkingu w moim życiu – za pozostawienie samochodu na kilka godzin organizatorzy żądają 40 euro. Tak, 40 euro, równowartości około 170 złotych! Za takie pieniądze można w północnych Włoszech zjeść niezłą kolację na dwie osoby, a choćby kupić olimpijski bilet na hokej lub curling.

Nie mam jednak wyboru, bo samochód to jedyny środek transportu, którym mogę dostać się na zawody. Zagryzam więc zęby, rezerwuję auto oraz parking – i szykuję się na olimpijską przygodę.

Ciao, Italia!

Dolomity witają mnie w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Gdy samolot znajduje się w okolicach granicy austriacko-włoskiej, chmury się rozpraszają i odkrywają wspaniały widok. Stąd doskonale widać ogrom Alp – morze poprzecinanej skałami bieli ciągnie się aż po horyzont. Samolot powoli zmniejsza wysokość, górskie wierzchołki się przybliżają, można dostrzec wśród nich białe jęzory tras narciarskich i słupy wyciągów. Mieniąca się w słońcu biel powoli zaczyna ustępować miejsca zieleni, a wyniosłe szczyty łagodnym pagórkom. Po chwili lecimy już nad płaską jak stół niziną, która dała imię olimpijskiemu miastu – w końcu łacińskie „Mediolanum” pochodzi od określenia „medio planum” – „pośrodku równiny”.

Połowę podróży do Włoch spędziłem z nosem przyklejonym do szyby

Na tej równinie panuje już wiosna – pogoda zupełnie nie pasuje do zimowych igrzysk. Termometr wskazuje około piętnastu stopni (o dwadzieścia więcej niż tego dnia w Polsce); świeci wspaniałe, ciepłe słońce, które zajdzie dopiero przed osiemnastą (niemal godzinę później niż w Polsce). Ogródki restauracyjne działają pełną parą, a do lodziarni ustawiają się kolejki (choć większość Włochów i tak chodzi po mieście w puchówkach i wełnianych czapkach).

Do Bergamo trafiamy w ostatnią niedzielę karnawału, który we włoskiej kulturze obchodzi się znacznie huczniej niż w Polsce. Trudno jednak, żeby było inaczej w mieście uznawanym tradycyjnie za ojczyznę arlekina. Nie słynną Suitą bergamońską Debussy’ego rozbrzmiewa jednak ta zabawa, a klubowym remiksem Sarà perché ti amo Ricchi e Poveri, do którego tańczy pod jedną z kamienic krzepki emeryt w tęczowej koszuli. Jest barwnie, głośno i kolorowo – chodniki białe od konfetti, a na ulicach tłumy ludzi, wśród których wyróżniają się młodzieńcy w paradnych mundurach włoskiej armii.

W czwartym największym mieście Lombardii zbieramy pierwsze opinie na temat igrzysk. Gadatliwy chłopak krojący wędliny w supermarkecie o samych zawodach wie kilka (wypytuje nas, jak na igrzyskach radzą sobie jego rodacy). Z okołoolimpijskich tematów najbardziej grzeje go obecność we Włoszech agentów amerykańskiego ICE, o której mówi z wyraźnym oburzeniem.

Wielkim fanem sportu okazuje się za to gospodarz naszej kwatery – ogląda igrzyska na bieżąco (jak na razie największe wrażenie zrobiła na nim saneczkarska sztafeta), z ciekawością wypytuje o nasze olimpijskie plany. Na co dzień jest tifosim Interu. – W Bergamo liczą się tylko dwa kolory: czarny i niebieski. Gdy na Azzurri d’Italia przyjeżdża Inter, jest tu prawdziwe piekło, w mieście panuje derbowa atmosfera – wyjaśnia mi sytuację na miejscowej scenie kibicowskiej.

Po południu ruszamy w kierunku zabytkowego centrum. Widoczność tego dnia jest niesamowita – spacerując o zachodzie słońca po murach Bergamo, widzimy obie olimpijskie metropolie północnych Włoch. Na pierwszym planie mediolańskie drapacze chmur, a na horyzoncie odległe, ale wyraźnie odcinające się na tle pomarańczowego nieba sylwety turyńskich wież. Ostatnim, nieodłącznym składnikiem krajobrazu są rzecz jasna masywy graniczących z oboma miastami Alp. Te widoki to zapowiedź przygody, która czeka na nas w dwóch kolejnych dniach.

Na murach Bergamo o zachodzie słońca

W stronę Dolomitów

Poniedziałek wita nas szarą pogodą oraz… powiadomieniem w (swoją drogą wygodnej i dobrze zaprojektowanej) aplikacji biletowej igrzysk: parking, który zarezerwowałem w Val di Fiemme jest niedostępny ze względu na warunki pogodowe, mam zostawić auto na innym placu. Przewiduję problemy.

Jedziemy na lotnisko w Bergamo odebrać wypożyczone auto. Ruszamy o dziesiątej, przed nami około trzy godziny w samochodzie. Konkurs zaczyna się dopiero o dziewiętnastej, więc wydłużamy sobie drogę. W okolicach Jeziora Garda zjeżdżamy z autostrady i zamiast pędzić trasą szybkiego ruchu, wybieramy równoległą do niej szosę prowadzącą brzegiem jeziora.

Zima to krótki czas oddechu dla mieszkańców tych okolic. Malownicza droga, przez większość roku zatłoczona kamperami na niemieckich i holenderskich tablicach, wije się niespiesznie przez zabytkowe miasteczka, o tej porze roku puste i spokojne. Zatrzymujemy się w jednym z nich, zwiedzamy centrum, wjeżdżamy kolejką na okoliczną górę. W dalszą drogę ruszamy po południu. Już do końca dnia towarzyszy nam słońce, które wreszcie wygląda zza chmur.

Jedziemy autostradą łączącą Innsbruck z Weroną, później zjeżdżamy na drogę w kierunku Predazzo. Wszędzie jest zadziwiająco pusto. Dopiero gdy wijąca się najpierw serpentynami, a później prowadząca przez las szosa dociera do rozległej, słonecznej doliny Val di Fiemme, wokół pojawiają się liczniej napisy „Milano Cortina 2026”. Przejeżdżamy pod wagonikami kolejki prowadzącej z Cavalese na szczyt Alpe Cermis. To właśnie tu znajduje się legendarna trasa o średnim nachyleniu 11%, którą najlepsi narciarze biegowi świata pokonują co roku na zakończenie Tour de Ski. niedługo za nią zjeżdżamy na parking. Organizatorzy wyznaczyli go na dużej łące, tuż obok głównej drogi prowadzącej przez dolinę; korzystanie z niego ułatwiają plastikowe maty, dzięki którym plac nie zamienia się w grzęzawisko. Wszystko przebiega szybko, wygodnie i sprawnie – moje poranne obawy się nie potwierdzają.

Droga do Predazzo pod kolejką Alpe Cernis

Tuż obok parkingu wyznaczono przystanek autobusów zawożących kibiców pod skocznię. Co prawda najpierw musimy tam poczekać około kwadransa, ale po załadowaniu się do autobusu trasa mija już żwawo i bez żadnych opóźnień. Po drodze mijamy stadion narciarski w Tesero. Choć przyglądamy się mu tylko z daleka, wrażenie robią zarówno oświetlone jupiterami trasy, ozdobiona kołami olimpijskimi trybuna, jak i zaplecze obiektu, wypełnione ciężarówkami poszczególnych reprezentacji. Wiele z nich to potężne TIR-y, rozkładające się do dwupiętrowej postaci – wyglądają, jakby przyjechały tu prosto z padoku F1.

Dość zaskakujące jest to, iż autobusy łączące parkingi ze skocznią omijają Predazzo. Taka organizacja ruchu powoduje, iż kibice zmierzający na zawody nie mają szansy zajrzeć do znajdującej się w miasteczku olimpijskiej wioski, ale też zostawić pieniędzy w tamtejszych restauracjach, barach czy sklepach spożywczych. Podejrzewam, iż organizatorom chodziło o to, żeby niewielka, licząca około 4,5 tysiąca mieszkańców miejscowość nie zamieniła się w całodobową imprezownię pod gołym niebem – ale i tak żałowałem, iż przeszła mi koło nosa okazja, żeby przed zawodami rozejrzeć się po miasteczku, którego nazwę słyszałem wcześniej tak wiele razy.

Pod skocznią się rozdzieliliśmy. Andrzej, który nie miał biletu na skoki, ruszył na piechotę do Predazzo, gdzie odwiedził Dom Polski. Gdy wrócił, chwalił gorącą atmosferę, jaka panowała tam podczas wspólnego oglądania zawodów, ale też szeroką, oświetloną i wyraźnie oddzieloną od ruchu samochodowego trasę, która pozwoliła mu bezpiecznie dotrzeć do miasteczka. Ja skierowałem się w stronę stanowisk kontroli biletów. Przed wejściem na skocznię każdy kibic sprawdzany jest wykrywaczem metali, musi też przejść kontrolę bagażu.

Lista zakazanych przedmiotów jest długa. Nie wchodzą: jedzenie, napoje, power banki, urządzenia bezprzewodowe czy wszelkie przedmioty wydające głośne dźwięki (trąbki!).

Wokół święta skoków

Na teren skoczni wszedłem ponad godzinę przed startem zawodów. Wydawało mi się, iż to sporo, ale kilkanaście minut minęło mi w kolejce do kontenera, w którym znajdował się oficjalny sklep igrzysk, a kolejne kilkanaście w strefie z jedzeniem. Naród rozmiłowany w kulinariach zadbał oczywiście o to, żeby przy okazji igrzysk promować wśród gości z całego świata swoją tradycję. Do wyboru były więc dwie budki: „cucina tipica” (kuchnia tradycyjna) oraz „burger & hot dog” (nie wątpię w to, iż włoska ręka, która kreśliła ten napis, robiła to z obrzydzeniem). Oferty drugiej łatwo się domyślić.

W menu pierwszej znalazły się m.in. pizza margherita, focaccia z oliwkami oraz polenta (gotowana mąka kukurydziana z dodatkiem sera i przypraw) z potrawką wieprzową lub pieczarkami. Regionalny posiłek można popić równie regionalnym napojem – do wyboru były prosecco, wenecki szprycer czy świeżo mielona kawa, serwowana na osobnym stanowisku, które urządzono na wzór wagonika wyciągu narciarskiego. Ceny?

  • Burger – 15 euro,
  • pizza – 12,
  • grzane wino – 6,
  • herbata – 3.

Olimpijski obiad – polenta z serem i pieczarkami

Na miejscu usiadłem, gdy kończyła się seria próbna (jej wyniki okazały się ostatecznie zupełnie niemiarodajne – wygrał Gregor Deschwanden, a gdyby liczyć wyniki duetów wspólnie, Włosi zajęliby drugie miejsce). Na trybunach zdecydowanie najwięcej było Niemców – gdy w powietrzu pojawia się któryś z ich Adler (orłów – tak, Niemcy też mówią tak o swoich skoczkach), było słychać gromkie zieeeeeh! (ciągnij!), tak głośne, jakby konkurs odbywał się w Willingen czy Titisee-Neustadt.

Drugą najliczniejszą grupą wydawali mi się Słoweńcy, o czym zaświadczały (znacznie mniej skoordynowane) okrzyki ajdeeee! podczas prób zawodników Roberta Hrgoty. Dziwił mnie trochę niemal kompletny brak Austriaków, którzy nie dość, iż są narodem rozmiłowanym w skokach, to jeszcze mają na igrzyska najbliżej ze wszystkich zagranicznych fanów (skocznię w Predazzo dzielą od Innsbrucka dwie i pół godziny jazdy samochodem).

Na najniższym stopniu kibicowsko-frekwencyjnego podium postawiłbym Polaków. Pozdrawiam w tym miejscu tych spośród nich, z którymi miałem okazję porozmawiać – grupę trzydziestu chłopaków z Trójmiasta, którym wyjazd do Predazzo… zafundował pracodawca, parę z Torunia, która w kolejnych dniach planowała oglądać łyżwiarstwo w Mediolanie, rodzinę, która wyskoczyła do Predazzo na jeden dzień, będąc na dłuższym narciarskim wyjeździe w Folgaridzie, tatę i syna z Wrocławia, którzy decydujące skoki oglądali, łącząc się przez internet ze znajdującymi się w Polsce krewnymi…

CZYTAJ TEŻ: BOHATER IGRZYSK. KIM JEST KACPER TOMASIAK?

Kierując się starą koncertową zasadą, zgodnie z którą zwykle bawisz się tak dobrze, jak ludzie wokół ciebie, udałem się w tę część trybuny, którą zajmowali najbardziej entuzjastyczni, zaangażowani kibice. Towarzystwo okazało się tam bardzo barwne. Po lewej niski, pękaty Rumun w kurtce Dinama Bukareszt, który skoki swoich rodaków przyjmował z pobłażliwym śmiechem, kręcąc głową i powtarzając România ultima, România ultima...

Od połowy konkursu ewidentnie sprzyjał Biało-Czerwonym.

Jak się okazało, dysponował też niezwykłą, jak na człowieka urodzonego w tej części kontynentu, wiedzą o historii dyscypliny w naszym kraju: po jednym ze skoków naszej reprezentacji spojrzał na mnie, uśmiechnął się szeroko pod siwiejącym wąsem i z zadowoleniem powiedział „Sztok, Malisz”. Po prawej małżeństwo w średnim wieku z flagą Słowenii, które z każdą kolejną próbą skoczków spod Triglavu reagowało z coraz mniejszą energią. Kierując się słowiańską solidarnością, próbowałem podnosić ich na duchu, przekonywać, iż Domen Prevc jest w tak kosmicznej formie, iż pociągnie słoweńską kadrę za uszy.

Jak się niedługo okazało, ich przeczucia były słuszne. Wreszcie, przede mną, rzadkie zjawisko, czyli włosko-japońska rodzina – Włoch i Japonka (żeby było jeszcze ciekawiej, poznali się w Chinach) oraz dwójka ich dzieci z flagami obu krajów. Ojciec rodziny prezentował typowo włoski poziom wiedzy na temat skoków narciarskich – na jego prośbę starałem się wytłumaczyć mu zawiłości systemu not sędziowskich i punktowych rekompensat za wiatr. Lody między nami gwałtownie się przełamały i już przed ostatnią serią śpiewaliśmy wspólnie z całą skocznią nieśmiertelne Volare Domenica Modugna.

Bruce Springsteen, Robbie Williams, Laura Branigan, Dire Straits – olimpijski DJ grał ze smakiem, często sięgając na półkę z popowymi i rockowymi klasykami i wyciszając muzykę w momencie, w którym kolejni zawodnicy odpychali się od belki startowej. To miła odmiana, bo przecież nie tak dawno temu duże (i słuszne) kontrowersje wywołał film z pożegnania Kamila Stocha z Pucharem Świata w Zakopanem, na którym wzruszony mistrz z Zębu tonął w ramionach najbliższych przy akompaniamencie Rapapara Łydki Grubasa; niemieckie konkursy PŚ mają z kolei niepokojącą tendencję do zamieniania się w przegląd bawarskiej pieśni biesiadnej.

My płaczemy. Ostatni skok Kamila Stocha na PŚ w Zakopanem, a potem łzy i podziękowania od najbliższych. Kamil, jesteś wielki.

Dziękujemy pic.twitter.com/9vkFd1qoN6

— Polski Związek Narciarski (@pzn_pl) January 11, 2026

To, co napiszę z pewnością nie spodoba się wielu polskim fanom skoków, ale atmosfera pod skocznią rozkręcała się tak dobrze także ze względu na zakaz wnoszenia głośnych instrumentów. Gdy zawody nie zmieniają się w jedno, dwugodzinne pasmo dęcia w trąby, jest więcej przestrzeni na wspólne okrzyki, śpiew i zabawę przy muzyce. W piłce nożnej zrozumiano to półtorej dekady temu, po mundialu w RPA, powoli zmienia się także kultura kibicowania na meczach siatkarskiej reprezentacji. Uważam, iż na podobną zmianę nadszedł czas także w skokach.

Srebrny wieczór

A sam konkurs? Nie przewidziałbym żadnego z rozstrzygnięć. Na faworytów typowałem Japończyków z podwójnym medalistą olimpijskim Renem Nikaido i Ryoyu Kobayashim, rozdrażnionym po pozbawionych zdobyczy medalowej konkursach indywidualnych. Na drugim miejscu widziałem Słoweńców z galaktycznym Domenem Prevcem i Anže Laniškiem, któremu wprawdzie trydenckie skocznie wybitnie nie leżały, ale który jest przecież czwartym zawodnikiem klasyfikacji generalnej PŚ. Jak wszyscy widzieliśmy, losy konkursu potoczyły się zupełnie inaczej – oba wspomniane duety wypadły znacząco poniżej oczekiwań, a rywali gwałtownie zostawili w tyle Austriacy, drużyna, dla której te igrzyska były przecież wcześniej wybitnie nieudane.

Kompleks olimpijskich skoczni

Przed ostatnią serią, gdy Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek zajmowali drugie miejsce, pozostawiłem wielonarodowe towarzystwo i ruszyłem w stronę najbliższej polskiej grupy, aby najważniejsze momenty konkursu przeżywać wspólnie z nimi. O Tomasiaka byliśmy spokojni – w konkursach indywidualnych udowodnił przecież, iż im większa presja, tym lepiej skacze. Zgodziliśmy się, iż wszystko zależy od trzeciego skoku Wąska – jeżeli dowiezie dobry rezultat i utrzyma (wtedy około dziesięciopunktową) przewagę nad rywalami, będziemy na znakomitej pozycji.

Cóż, nasze nadzieje się nie spełniły – w ostatniej grupie trzeba było gonić rywali. Na ostatnią próbę Tomasiaka czekaliśmy w wielkim napięciu. Przejmujący był widok Wąska, który kucnął samotnie na pustym zeskoku, czekając w padającym gęsto śniegu na skok swojego partnera z zespołu. Gdy nasz diament z Bystrej znalazł się na dole, pozostało nam trzymanie kciuków za… wiatr. Podczas przedłużającej się przerwy w konkursie byliśmy jeszcze bardziej zdezorientowani niż widzowie przed telewizorami. Spiker nie informował nas o tym, co się dzieje. Widzieliśmy wprawdzie na telebimie, iż realizowane są obrady jury, ale nie słyszeliśmy ani słowa z rozmowy między Borkiem Sedlakiem a Sandrem Pertile.

CZYTAJ TEŻ: DUETY SZANSĄ DLA SKOKÓW. DRUGIE ŻYCIE DYSCYPLINY JEST MOŻLIWE

Pierwszy okrzyk euforii wyrwał się z naszych gardeł dopiero, gdy zobaczyliśmy na telebimie austriackich skoczków unoszących ręce w geście triumfu. Niemieccy kibice, którzy stali tuż obok nas odwrócili się w tamtej chwili na pięcie i jak strzała ruszyli do wyjść. Mamy srebro!

Ceremonia medalowa zaczęła się ponad 20 minut po zakończeniu konkursu, ale warto było czekać! Na trybunach pozostało sporo kibiców w biało-czerwonych barwach – głośnymi okrzykami dziękowaliśmy naszym skoczkom. W ostatnich dniach gruchnęła wieść, iż rozpoczęły się zdjęcia do filmu fabularnego o Adamie Małyszu. jeżeli powstanie kiedyś podobny o Kacprze Tomasiaku, to jest duża szansa, iż tamten feralny skok w śnieżycy, a później euforia na podium staną się jego pierwszą sceną. Dla mnie to była chwila porównywalna do słynnego podium z Adamem Małyszem i Kamilem Stochem w Planicy w 2011 roku – moment symbolicznego przekazania pałeczki w ręce nowej generacji, przejęcia odpowiedzialności za przyszłość polskich skoków przez zawodników o kilkanaście lat młodszych od dotychczasowych liderów.

Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek na podium konkursu duetów

Przyznam, iż po tylu wrażeniach obawiałem się trochę trzygodzinnej drogi przez alpejską noc, ale pokonkursowa adrenalina trzymała mnie jeszcze długo.

CZYTAJ TEŻ: HEJTOWALI GO, A PRZYWIÓZŁ MEDALE. JAKIM TRENEREM JEST MACIEJ MACIUSIAK?

Mediolan wzywa!

Na igrzyskach olimpijskich dzieje się tak wiele, iż na sen nie po zostaje zbyt wiele czasu. A już na pewno jeżeli (tak jak ja) jest się kibicem chcącym uczestniczyć w wydarzeniach, które dzieli od siebie kilka ponad 14 godzin i 300 kilometrów drogi. Wtorek zaczynamy więc wcześnie, żeby wyrobić się na 12:10 do Santa Giulia. Jeszcze wieczorem poprzedniego dnia sprawdzamy tabele: los przydzielił nam starcie Niemców i Francuzów. W większości sportów zespołowych byłby to hitowy pojedynek europejskich potęg. W hokeju sytuacja wygląda nieco inaczej – pierwsi zajmują ósme, drudzy piętnaste miejsce w światowym rankingu IIHF. Zdecydowanymi faworytami są Niemcy, którzy fazę grupową skończyli tuż za plecami Amerykanów. Francuzi przegrali wszystkie mecze w grupie, zaliczając m.in. wstydliwe 2:10 z Kanadą.

Pociąg z Bergamo do Mediolanu jest szybki i wygodny. Już po wjeździe do olimpijskiej metropolii okazuje się jednak, iż musimy gwałtownie zmienić plany. Byliśmy przekonani, iż jedziemy na stację Milano Centrale. Pociąg nie wjeżdża na prowadzący do niej tor i kieruje się na kolejową obwodnicę centrum miasta; co gorsza, porusza się po niej z prędkością autobusu. Po ponad dwudziestu minutach jazdy w ślimaczym tempie wysiadamy na stacji Porta Garibaldi. Na szczęście to drugi największy dworzec w mieście i także z niego można gwałtownie dostać się do hali.

Kupujemy bilet w okienku (kasjer nie wie, gdzie jest Santa Giulia, ale radzimy sobie z pomocą internetu) i wsiadamy w pociąg kolei podmiejskiej. Poznajemy w nim Francuza, studenta ostatniego roku inżynierii. Ma na sobie kurtkę wolontariusza, ale mówi, iż na mecz wybiera się prywatnie – chce dopingować Trójkolorowych. Ubrał się w wolontariacki strój, żeby swobodnie poruszać się po arenie i mieć pełną wolność w wyborze zajmowanego miejsca. Razem z francuskim spryciarzem wysiadamy na stacji metra Rogoredo.

Dworzec Porta Garibaldi. Dotarcie na poszczególne areny igrzysk ułatwiają znaki

Pod wyjściem z metra czekają dwa olimpijskie autobusy. Podobnie jak w Val di Fiemme, dojazd do areny jest bardzo dobrze zorganizowany. Zapełnianie autobusów nadzorują wolontariusze, którzy kierują kibiców do poszczególnych wejść i dają sygnał kierowcom, gdy pojazdy są gotowe do odjazdu. Wszystkiemu przygląda się kilku żołnierzy z długą bronią, towarzyszy im lekki transporter opancerzony. To pierwszy raz, gdy widzę wojskowych na igrzyskach. Atmosfera jest jednak swobodna, można odnieść wrażenie, iż ten wojskowy sztafaż jest bardziej efektowną dekoracją niż odpowiedzią na realne zagrożenie – rozluźnieni żołnierze gawędzą ze sobą, wóz stoi pod namiotem i ma zablokowane koła.

Olimpijska hala powstała w dość nietypowej okolicy – przy obwodnicy miasta, daleko od centrum. Pomiędzy klepiskami zarośniętymi przez chaszcze i składowiskami gruzu wyrastają nowe osiedla bloków. W internetowych przewodnikach znajduję informację, iż okolice dworca mają złą sławę – znane są wśród mieszkańców Mediolanu jako miejsce handlu narkotykami i teren działalności gangów. My nie widzimy jednak nic, co mogłoby zdradzać ciemną stronę tego miejsca. We wtorkowe przedpołudnie Rogoredo jest oświetlone wiosennym słońcem, gwarne, wypełnione kibicami z całego świata.

Wtorek w Santa Giulia

Santa Giulia robi wrażenie. Trzy białe pierścienie, ułożone w kolejności od najmniejszego do największego, połączone ze sobą szklanymi taflami – piękna konstrukcja, która pomimo wielkich rozmiarów sprawia wrażenie lekkości. Przed igrzyskami o hali było dość głośno, ale bynajmniej nie ze względu na projekt przywodzący na myśl futurystyczny tort urodzinowy postawiony do góry nogami. Santa Giulia to obok toru saneczkarskiego w Cortinie jedyny obiekt, który został wybudowany od zera z myślą o igrzyskach. Pomimo tego nie ukończono go na czas. W dniu ceremonii otwarcia media z całego świata informowały o niedoróbkach i trwających wciąż pracach wykończeniowych.

W pierwszej chwili nie dostrzegamy niczego, co potwierdzałoby te doniesienia. Wejście do hali jest sprawne i wygodne, przestronne korytarze wypełniają stanowiska z przekąskami i oficjalnymi gadżetami igrzysk – są choćby zamykane na kod szafeczki służące do ładowania telefonów. Kupiliśmy bilety najtańszej kategorii – na miejsca pod samym dachem, położone za bramką. Na górę można dostać się windami, długą klatką schodową oraz serią pięciu platform ze schodami ruchomymi. Wybieramy tę ostatnią opcję.

Schody wwożą nas do wnętrza oświetlonego niebieskimi reflektorami szybu. Wewnątrz pachnie, jakbyśmy weszli na budowę domku jednorodzinnego. Zerkamy w dół, w stronę schodów prowadzących na podziemne kondygnacje – na niewykończonych stopniach z gołego betonu leżą worki z materiałami budowlanymi. To był jedyny moment, w którym przekonaliśmy się na własne oczy, iż hala nie została w stu procentach ukończona. Przez kolejne dwie i pół godziny odwiedziłem wiele pomieszczeń, zrobiłem choćby krótki spacer, aby rozejrzeć się po obiekcie – i nie dostrzegłem żadnych innych niedoróbek.

Wnętrze hali prezentuje się imponująco. Dwupoziomowe, strome trybuny, dzięki którym choćby siedząc w ostatnich rzędach, czujemy się blisko rywalizacji; wygodne, głębokie fotele obite imitacją skóry oraz system reflektorów pozwalający na zaprezentowanie krótkiego świetlnego show (tuż przed rozpoczęciem meczu światło na trybunach gaśnie, a na tafli lodu pojawia się logo igrzysk). Mediolan sprawił sobie nowoczesną arenę z najwyższej światowej półki. Biorąc pod uwagę rozmiar miasta i to, jak wiele się w nim dzieje, jestem spokojny o to, iż po igrzyskach nie będzie ona stała pusta.

Hala Santa Giulia. choćby z najgorszych miejsc mecze ogląda się dobrze.

Dość futurystyczną ciekawostką związaną z wyposażeniem hali jest zautomatyzowany punkt gastronomiczny. Zasada jego działania jest podobna jak w bezobsługowych sklepach spożywczych działających w kilku polskich miastach. Przy bramce znajdującej się przy wejściu należy zeskanować kartę płatniczą. System pobiera z niej 25 euro. Wewnątrz znajdują się stoiska, na których dostępnych jest kilka rodzajów hot dogów oraz napoje. Ruchy każdego z klientów obserwują zainstalowane wewnątrz kamery. Po opuszczeniu pomieszczenia system zwraca klientowi należną mu część pobranej na początku kwoty (w moim przypadku pieniądze dotarły już po dziesięciu minutach).

Dodatkową, nieoczywistą atrakcję obiektu stanowią… widoki. Położenie Mediolanu u północnego skraju Niziny Padańskiej ma tę wspaniałą konsekwencję, iż z każdego punktu miasta (jeśli tylko wspiąć się odpowiednio wysoko, aby perspektywy nie zasłaniały inne budynki) doskonale widać Alpy. W przerwach między tercjami przy szklanych ścianach ustawiają się grupki kibiców z telefonami, którzy starają się uchwycić nietypowy kadr – na pierwszym planie autostrada, dalej podmiejskie magazyny, a w tle ośnieżone szczyty.

Niemiecka lekcja

Sam przebieg meczu okazuje się trochę rozczarowujący. Liczyłem na to, iż występujący z pozycji underdogów Francuzi zaskoczą rywali, stawią im opór i dzięki temu widowisko będzie utrzymywało odpowiednią temperaturę. Niestety, Niemcy już w czwartej minucie gry otwierają wynik, a w hali po raz pierwszy rozbrzmiewa dynamiczny refren Major Tom (…völlig losgelöst) Petera Schillinga. Od niemieckich kibicek dowiaduję się, iż ten krautpopowy hit z lat 80. często towarzyszy meczom hokejowym za naszą zachodnią granicą. Od internetu – iż przeżył renesans popularności podczas piłkarskiego EURO 2024, stając się dla wielu Niemców ścieżką dźwiękową udanych meczów Die Mannschaft pod wodzą Juliana Nagelsmanna.

Przed końcem pierwszej tercji niemieccy hokeiści dokładają jeszcze dwa trafienia. Jednostronny obraz meczu oraz duża liczba neutralnych kibiców (aż do zakończenia fazy grupowej nie było przecież wiadomo, kto w nim zagra) sprawiają, iż atmosfera na trybunach jest dość senna. Co kilka minut podnoszą się w różnych częściach hali nieśmiałe okrzyki Deutschland! Deutschland! oraz (cichsze) Allez les bleus!, ale po kilkunastu sekundach gasną.

Gwiazdą drugiego planu, która szczególnie jasno błyszczy w przerwach pomiędzy tercjami, jest organista, Dieter Ruehle. Zapewnia oprawę muzyczną w prawdziwie amerykańskim stylu, zachęca kibiców do wspólnego klaskania, ale też prezentuje szczyptę wirtuozerii, gdy ze swobodą odgrywa fragment Bohemian Rhapsody albo wplata w wykonywane akordy motyw z 99 Luftaballons.

Ruehle to prawdziwy weteran swojego fachu. Na co dzień gra na meczach hokeistów Los Angeles Kings, w latach 1994-1996 można było go usłyszeć w serii gier o NHL, między 2006 a 2015 rokiem był DJ-em US Open, przez ponad dekadę grał też dla Lakersów. W 2002 roku po raz pierwszy występował podczas igrzysk i od tamtego czasu co dwa lub cztery lata powraca na olimpijskie areny, podczas letniej odsłony imprezy zamieniając lodowe areny na koszykarskie hale.

Wyświetl ten post na Instagramie

Druga część meczu jest nieco lepsza w wykonaniu Trójkolorowych. Wreszcie wyrównują się statystyki strzałów i już cztery minuty po wznowieniu gry Pierre-Edouarde Bellemare zdobywa dość szczęśliwego gola, odbijając krążek rykoszetem od jednego z rywali. Młody francuski bramkarz, Antoine Keller uwija się jak w ukropie, zatrzymując kolejne strzały Niemców, jednak jego koledzy nie są już w stanie zdziałać nic więcej w tercji obronnej przeciwnika.

W ostatniej części meczu trener Yorrick Treille podejmuje jeszcze ryzyko gry bez bramkarza. Grający w przewadze liczebnej Francuzi wprawdzie dłużej utrzymują się w posiadaniu krążka, ale ta optyczna przewaga nie przekłada się na groźne sytuacje podbramkowe. Na pożegnanie Niemcy aplikują rywalom dwie kolejne bramki i zapewniają sobie miejsce w ćwierćfinale.

Przy wyjściu ujawniają się niedostatki hali i jej położenia. Schody ruchome stają się wąskim gardłem – wejścia na nie muszą pilnować wolontariusze, którzy co kilkanaście minut zatrzymują kibiców czekających w kolejce do pierwszej platformy. Kolejny, większy zator powstaje kilkanaście minut później, już pod halą, gdy szeroka arteria dla pieszych zmienia się w dość wąski chodnik prowadzący wzdłuż ulicy. W tym miejscu czuwa zespół wolontariuszy, którzy co 2-3 minuty unoszą w górę tabliczki z napisem „STOP!”.

Tłum przesuwa się ślamazarnie, ale posłusznie stosuje się do tych sygnałów – wszyscy wokół są zrelaksowani i uśmiechnięci, nikt nie okazuje oznak zniecierpliwienia. Nic dziwnego, w końcu niebo jest nieskazitelnie błękitne, a temperatura w słońcu przekracza 15 stopni. W kibicowskich plecakach lądują bluzy, a na kibicowskich nosach – okulary słoneczne.

Tak wyglądają okolice hali Santa Giulia

Rozwodniona atmosfera

Po meczu ruszamy metrem w stronę centrum. Wysiadamy pod Duomo, czyli mediolańską katedrą – jednym z symboli miasta i największym kościołem we Włoszech. Większość znajdującego się przed nią placu zajmuje oficjalny sklep igrzysk, który urządzono w trzech połączonych ze sobą namiotach. Wewnątrz można zaopatrzyć się w oficjalne gadżety igrzysk, stroje reprezentacji Włoch, a nawet… kolekcję retro z logotypem pierwszych igrzysk w Cortinie, tych z 1956 roku. Czapki, bluzy, kurtki, plecaki, maskotki, kubki, pocztówki – wybór jest ogromny. Ceny raczej z gatunku tych olimpijskich:

  • za magnes trzeba zapłacić 10 euro,
  • za koszulkę 40,
  • za sweter – 85.

Obok sklepu postawiono trzypiętrową wieżę. Wewnątrz znajdują się telewizyjne studia nadawcze ze wspaniałym widokiem na fasadę katedry. Analogiczną konstrukcję, tylko iż mniejszą i zarezerwowaną w całości dla włoskiego nadawcy publicznego, zobaczymy później koło olimpijskiego znicza.

Zwiedzamy katedrę oraz położone obok niej muzeum i wchodzimy do wnętrza drugiego z architektonicznych symboli miasta – Galerii Wiktora Emanuela II, imponującego pasażu handlowego z drugiej połowy XIX wieku, nazwanego na cześć pierwszego króla Włoch. W centralnym punkcie dachu z żelaza i szkła (w momencie ukończenia był cudem inżynierii) mieni się neon w kształcie logotypu igrzysk. Wokół (jak o każdej porze roku i w każdym momencie dnia) tłoczy się tłum turystów z całego świata. Co bardziej wykwintnie ubrani zaglądają do salonów Chanel i Yves Saint-Laurent albo do sklepu firmy Borsalino, najstarszego producenta luksusowych kapeluszy we Włoszech.

W centrum nie brakuje znaków wskazujących, iż w mieście dzieje się coś ważnego. Na Piazza del Duomo stoi szklana gablota z gigantycznym logiem igrzysk i zegarem, który w ostatnich miesiącach odliczał czas pozostały do ceremonii otwarcia. Nad jezdniami Corso Vittorio Emanuele II i Via Orfeici jeden ze sponsorów imprezy zamontował neony prezentujące zawodników poszczególnych dyscyplin. Reklamy zdradzają, które produkty wzbudzają narodową dumę Włochów i największe zainteresowanie przyjezdnych. Na jednej Sofia Goggia i Federica Brignone trzymają w rękach wielką bryłę sera Grana Padano. Na innej para łyżwiarzy figurowych tańczy o zachodzie słońca na zamarzniętych wodach Laguny Weneckiej. W tle oświetlony Pałac Dożów, a na pierwszym planie – gigantyczny kieliszek prosecco.

Olimpijskie neony na ulicach Mediolanu

Gdy spaceruje się przez centrum Mediolanu, trudno nie odnieść wrażenia, iż olimpijska atmosfera rozmywa się tu w pędzie codziennego życia; a już na pewno ma zupełnie inny charakter niż dwa lata wcześniej w Paryżu. Igrzyska zimowe to przecież wydarzenie o znacznie mniejszej skali niż letnie – a organizatorzy podzielili je dodatkowo na cztery części, rozpraszając zawody po całych północnych Włoszech. W efekcie ponad sześciomilionowa aglomeracja, szczycąca się mianem modowej stolicy Europy i biznesowego centrum Włoch, stała się gospodarzem zmagań w zaledwie czterech dyscyplinach: hokeju, łyżwiarstwie szybkim, łyżwiarstwie figurowym i short tracku. Spacerując po centrum, co jakiś czas mijamy sportowców i działaczy w kurtkach różnych reprezentacji, ale giną oni w morzu turystów, którzy zalewają stolicę Lombardii przez cały rok.

CZYTAJ TEŻ: ROSJANIN ZDOBYŁ DLA POLSKI MEDAL NA ŁYŻWACH. OTO JEGO HISTORIA

Rozwodnieniu olimpijskiej atmosfery sprzyja to, iż areny wszystkich konkurencji znajdują się daleko od centrum Mediolanu – jedna przy obwodnicy miasta, a dwie pozostałe w podmiejskich miejscowościach. To model będący przeciwieństwem igrzysk paryskich, które rozgrywano w znacznej części w sercu miasta, czasem wręcz wewnątrz zabytków lub w pobliżu atrakcji turystycznych.

Trudno jednak robić z tego zarzut wobec Włochów – igrzyska zimowe to przecież impreza wymagająca znacznie bardziej wyspecjalizowanych aren niż letnie. Historia sportów zimowych zna próby organizowania plenerowych zawodów w przestrzeni miejskiej (ostatnio np. sprinty PŚ w biegach narciarskich, które w latach 2017-2021 odbywały się na nabrzeżu Łaby w Dreźnie). W mediolańskim klimacie takie pomysły są jednak niemożliwe do zrealizowania.

Nieoficjalna waluta igrzysk

Naszym kolejnym celem jest… olimpijskie centrum wymiany przypinek. Przypinki to istotny element olimpijskiej kultury, co dla osoby oglądającej zawody w telewizji (jak ja przez całe życie) może być zaskakujące. Pierwsze olimpijskie przypinki pojawiły się podczas czwartych igrzysk w nowożytnej historii. W 1908 roku w Londynie miały pomóc identyfikować zawodników poszczególnych reprezentacji i dyscyplin. Podczas paryskich igrzysk z 1924 roku sportowcy po raz pierwszy w dziejach zamieszkali w wiosce olimpijskiej. To właśnie tam powszechne stało się wymienianie przypinek, które stało się świetnym pretekstem do nawiązywania międzynarodowych znajomości.

Ta tradycja trwa do dziś wśród zawodników, trenerów i wolontariuszy. Jedyna różnica jest taka, iż zasób trafiających do obrotu przypinek jest znacznie większy. Oprócz organizatorów igrzysk i narodowych komitetów olimpijskich swoje komplety przygotowują także sponsorzy, media, czy wreszcie… sami olimpijczycy. W tym roku dość głośny był przypadek amerykańskiej saneczkarki Sophii Kirkby – przywiozła ona ze sobą do Cortiny całą kolekcję manualnie wykonanych, ceramicznych przypinek (tak, to ta sama, która zdobyła internetową sławę za sprawą randek z olimpijczykami z całego świata i zdawanych z nich na bieżąco relacji w mediach społecznościowych). W olimpijskich transmisjach często można zobaczyć smycze lub czapki ozdobione przypinkami z całego świata – później stają się one dla ich właścicieli pamiątkami przypominającymi sportową przygodę życia i wszystkich spotkanych podczas niej ludzi.

Zupełnie inne podejście do przypinek ma druga zainteresowana nimi grupa – „zawodowi” kolekcjonerzy. To właśnie oni wypełniają olimpijskie centrum wymiany przypinek. Zorganizowano je w biurowcu na rogu Via Vincenzo Capelli i Via Carlo de Cristoforis, w pomieszczeniu o gabarytach średniej wielkości sklepu w galerii handlowej. To pierwszy raz od zimowych igrzysk w Pjongczangu z 2018 roku, gdy organizatorzy przygotowali przestrzeń przeznaczoną dla kolekcjonerów. Większość z nich zrezygnowała z przyjazdu do Tokio i Pekinu ze względu na pandemiczne restrykcje. W 2024 roku w Paryżu musieli zaś radzić sobie, rozstawiając swoje kolekcje na ulicach prowadzących do olimpijskich aren czy w okolicach miasteczka dla kibiców.

Zbiór przypinek jednego z kibiców

Wewnątrz mediolańskiego centrum znajduje się kilka stanowisk, przy których kolekcjonerzy prezentują swoje albumy. Z niektórymi miałem okazję zamienić kilka słów. Większość z nich to mężczyźni w średnim wieku – spotykam sporo Amerykanów i Kanadyjczyków. Do swojego hobby podchodzą z wielką pasją i zaangażowaniem. Jeden z moich rozmówców zaczął gromadzenie swojej kolekcji od letnich igrzysk w Los Angeles w 1984 roku, inny od rozgrywanych cztery lata później zimowych igrzysk w Calgary. Od tamtego czasu co dwa lub cztery lata stawiają się na każdej kolejnej imprezie.

Jak sami przyznają, znają się doskonale i za każdym razem spotykają niemal dokładnie te same twarze. W ich kolekcjach pojawia się wiele egzemplarzy liczących ponad 30, 40 lat. Moją uwagę przyciąga jednak jedna z ich najświeższych zdobyczy – duża, biała przypinka z napisem „No ICE in Milan!”. Temu hasłu towarzyszy pięć obręczy kajdanek, ułożonych na wzór olimpijskich kół. Kilkadziesiąt minut później naklejkę z tym samym wzorem zauważam w metrze.

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, iż nazwa „olimpijskie centrum wymiany przypinek” jest dość myląca. Zawarcie transakcji z wytrawnym zbieraczem nie jest bowiem łatwe. Andrzej próbował przehandlować przypinkę PKOl-u z igrzysk w Soczi. Jeden kolekcjoner powiedział mu, iż nie jest zainteresowany, bo polskich przypinek ma już zbyt wiele, drugi oznajmił, iż chętnie się wymieni, ale na model z serii „Milano Cortina 2026”, a trzeci – iż przypinka z Soczi go nie interesuje, bo na tamtych igrzyskach go nie było. Z perspektywy przeciętnego kibica sala nieopodal Porta Garibaldi to więc bardziej centrum wystawowe niż miejsce wymiany. Warto też zaznaczyć, iż w tej zabawie nie ma drogi na skróty – kolekcjonerzy co do zasady nie pozbywają się swoich zbiorów w zamian za gotówkę. W grę wchodzi tylko wymiana i, jak mówi mi jeden z nich, właśnie dlatego ta zabawa jest tak ekscytująca.

Oprócz stanowisk dla kolekcjonerów przy Via Carlo de Cristoforis znajduje się też niewielki sklepik zaopatrzony w oficjalne przypinki tegorocznych igrzysk. Organizatorzy trafnie zwęszyli popyt – przygotowali szeroką kolekcję, w skład której wchodzą nie tylko przypinki przedstawiające wszystkie olimpijskie dyscypliny, ale też kilkanaście modeli poświęconych poszczególnym dniom imprezy.

Ciekawym pomysłem była seria przypinek ukazujących dzielnice Mediolanu. Przez 11 dni, od soboty 7 lutego do wtorku 17 lutego, pracownicy mediolańskiej organizacji turystycznej rozdawali je za darmo w różnych punktach miasta. Akcja zaczynała się równo w południe, a dokładną lokalizację ogłaszano w mediach społecznościowych cztery godziny wcześniej. Z tego, co czytam w internecie, pomysł cieszył się wielkim powodzeniem, a przygotowane zapasy rozchodziły się błyskawicznie.

Zgiełk i cisza

Po wyjściu z przypinkowego targu kierujemy się w okolice Zamku Sforzów, gdzie przygotowano olimpijską wioskę skierowaną do kibiców. Po dotarciu do niej miałem ochotę jak najszybciej stamtąd uciec. To miejsce hałaśliwe i męczące – przypomina raczej branżowe targi lub wesołe miasteczko niż przestrzeń sprzyjającą spędzaniu wolnego czasu. Komercyjny wymiar igrzysk, wewnątrz aren krępowany zapisami Karty Olimpijskiej, która wciąż (na szczęście) zakazuje eksponowania logotypów innych niż te należące do producentów strojów i sprzętu, w okolicach Castello Sforzesco daje o sobie znać w mocno przytłaczającej postaci.

Stężenie logotypów na metr kwadratowy zbliża się tu do poziomu notowanego na Krupówkach w szczycie zimowych ferii, a do wszystkich namiotów ustawiają się kolejki chętnych. Rozkrzyczany konferansjer rzuca w tłum gadżetami jednego ze sponsorów, produkty innego reklamuje pawilon obudowany gigantycznymi LED-owymi ekranami. Są też stoiska, na których można skorzystać z symulatora narciarstwa zjazdowego lub zagrać w imitację curlingu na plastikowej macie.

Trzeba przyznać, iż MKOl według osobliwego klucza dobiera sponsorów imprezy, która według szczytnych idei jej założyciela miała służyć budowaniu lepszego i bardziej uczciwego świata – znajdują się wśród nich m.in. producenci piwa i słodzonych napojów gazowanych, platforma pośrednicząca w krótkoterminowym wynajmie mieszkań czy korporacja kontrolująca chiński serwis sprzedażowy.

O ile w kibicowskiej (czy raczej sponsorskiej) wiosce panuje krzykliwy zgiełk, o tyle położony nieopodal niej Piazza Sempione tchnie miłym spokojem. To właśnie w centrum tego placu znajduje się Łuk Pokoju, w prześwicie którego zawieszono olimpijski znicz. Gdy do niego docieramy, jest tu około 400-500 osób. Wieczór jest przyjemnie ciepły, więc połowa tej grupy rozsiadła się na schodach okalających plac. Druga połowa tłoczy się przy barierkach okalających zabytek. Wtapiamy się w ten tłumek, aby wraz z nim w ciszy wpatrywać się w olimpijski ogień – symbol znacznie potężniejszy i bardziej trwały niż wszystkie logotypy i kontrakty sponsorskie świata.

Znicz olimpijski na Piazza Sempione

Po kilku minutach rozglądam się wokół i zdaję sobie sprawę z tego, iż otaczają mnie zupełnie inni ludzie niż wcześniej. Zniknęły szykowne czerwone płaszcze, zniknęły wielobarwne olimpijskie kurtki – widzę zwykłe ubrania, widzę więcej siwych włosów, słyszę głównie rozmowy prowadzone po włosku. Tuż obok nas dżentelmen w wieku przedemerytalnym ogląda na telefonie olimpijską transmisję. Po chwili wywiązuje się między nami (i jego żoną, która, jak mówi, często podróżuje w sprawach służbowych do Warszawy) pogawędka na temat igrzysk. Nasi rozmówcy są Mediolańczykami. Chwalą imprezę, podkreślają, iż komitet organizacyjny stanął na wysokości zadania. Są dumni ze swojego miasta. Przyznają, iż podczas igrzysk w stolicy Lombardii żyje się trudniej, niektóre miejsca wyłączone są z ruchu samochodowego. Ale to przecież tylko dwa tygodnie, a przez ten czas patrzy na nas cały świat, vero?

Szybko wyjaśnia się, co przyciągnęło pod barierki tak wiele osób. Dowiadujemy się, iż o każdej pełnej godzinie prezentowany jest efektowny pokaz – geometryczny stelaż znicza składa się i rozkłada, a wszystkiemu towarzyszy gra świateł i specjalnie przygotowana muzyka. Kilkuminutowy spektakl robi dobre wrażenie, choć oglądanie pierwszy raz w życiu olimpijskiego ognia jest dla mnie tak poruszającym doświadczeniem, iż nie potrzebuję żadnych dodatkowych wodotrysków.

CZYTAJ TEŻ: NAJWIĘKSI WYGRANI I PRZEGRANI ZIMOWYCH IGRZYSK

Umieszczenie znicza w Arco della Pace było świetnym pomysłem. Dzięki temu Piazza Sempione stał się miejscem spotkań ludzi z całego świata – Mediolańczyków, uczestników igrzysk i kibiców. Dla mieszkańców miasta, dla których olimpijskie bilety pozostają poza finansowym zasięgiem, wieczorny spacer pod Łuk Pokoju jest świetnym i najłatwiej dostępnym sposobem, aby poczuć się przez chwilę częścią tej wielkiej imprezy.

W gościach

Gdy znicz ponownie składa się do postaci, w której go zastaliśmy, rozpoczynamy ostatni etap naszej mediolańskiej wyprawy. Chcemy zajrzeć do działających w centrum miasta domów poszczególnych reprezentacji. Zwykle funkcjonują one w wynajętych lokalach (choć zdarzają się też inne pomysły – Dom Polski, jak wspomniałem wcześniej, działał w rozkładanym TIR-ze, który podróżował między olimpijskimi miejscowościami). Takie domy są miejscem spotkań sportowców, trenerów, działaczy, dziennikarzy i kibiców z danego kraju, czasem prezentowane są w nich także sportowe osiągnięcia czy oferta turystyczna poszczególnych państw. Można porównać je do pawilonów wystawy EXPO, z tą różnicą, iż działają na znacznie mniejszą skalę.

Na pierwszy ogień wpadamy do Domu Belgijskiego. Urządzono go w niewielkim pubie, który także na co dzień podaje piwa z państw Beneluksu. Na czas igrzysk udekorowano go narodowymi flagami, a w przedsionku zorganizowano sklepik z gadżetami belgijskiej kadry. W środku jest wesoło i gwarno, towarzystwo wydaje się międzynarodowe. Kelnerzy w czerwono-żółto-czarnych koszulkach krążą we wszystkie strony, roznosząc kufle bière blanche i opakowania wypełnione frytkami z majonezem. Podejmujemy jeszcze nieudaną próbę zdobycia od obsługi belgijskiej przypinki (kolejne dwie także będą bezowocne – w drugim tygodniu igrzysk zapasy są już mocno przetrzebione) i ruszamy dalej.

Dom narodowy gospodarzy igrzysk zaplanowany jest oczywiście ze znacznie większym przepychem, panuje w nim też o wiele bardziej oficjalna atmosfera. Urządzono go w monumentalnym budynku, który na co dzień mieści muzeum sztuki i wzornictwa Triennale di Milano. Na czas igrzysk w jego części zainstalowano Muzeum Olimpijskie (działa od 18 września 2025 do 1 listopada 2026, wstęp za opłatą) i Dom Włoski. Wewnątrz znajdziemy m.in. ścianę, na której znajdują się nazwiska wszystkich reprezentantów Włoch na tegorocznych igrzyskach oraz listę tych spośród nich, którzy sięgnęli po medale; pokój, w którym na trzech telebimach można oglądać transmisje z igrzysk, a także wystawę kilku ostatnich kolekcji olimpijskich przygotowanych przez firmę Emporio Armani.

Na koniec zaglądamy jeszcze do… Domu Słowackiego! Ta wyprawa to już trochę większa operacja logistyczna – aby dostać się do środka, musimy zarejestrować się na stronie internetowej, podając swoje dane i adresy mailowe. Biorąc pod uwagę, iż Słowacy wystawili stosunkowo nieliczną reprezentację (prawie połowę stanowią hokeiści), a ich komitet olimpijski (wydawałoby się) nie należy do krezusów świata sportu, może trochę dziwić decyzja o urządzeniu Casa Slovacca na przeszklonym dziedzińcu wystawnej kamienicy w prestiżowej lokalizacji, około trzech minut marszu od Duomo.

Dziedziniec Domu Słowackiego

Dwaj budzący respekt ochroniarze zakładają nam na ręce opaski z kodami QR i wchodzimy do środka. Wewnątrz można zagrać w grę zręcznościową inspirowaną hokejem czy wypełnić quiz sprawdzający wiedzę o historii sportów zimowych na Słowacji. Na gwałtownie jestem w stanie przywołać w pamięci jedynie nazwiska legendarnej już narciarki alpejskiej, Petry Vlhovej i wielkiej nadziei słowackich skoków, Hektora Kapustika, więc tej przyjemności sobie odmawiam.

Na końcu dziedzińca znajduje się niewielka estrada, na której słowacka wokalistka występuje w towarzystwie klawiszowca i saksofonisty. Atmosfera na sali jest dosyć senna – zajętych jest zaledwie kilka stoików, przy których wyraźnie zblazowani działacze popijają słowackie piwo. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy wejściu do restauracji, funkcjonującej w jednej z sal odchodzących od dziedzińca. W porównaniu do okolicznych lokali ceny są tu naprawdę atrakcyjne, a perspektywa zajęcia pustego stolika bez rezerwacji bliska. No ale nie, bez przesady. Uwielbiam haluszki, bryndzę i kiszoną kapustę, ale zamiast tego decyduję się na włoski fast food – i świetnie na tym wychodzę.

Dzień kończymy na Milano Centrale, często nazywanym „najpiękniejszym dworcem na świecie”. Rzeczywiście, monumentalny budynek z 1931 roku, którego przepych miał być dowodem potęgi faszystowskich Włoch, przypomina bardziej katedrę niż dworzec kolejowy. W wieczornym pociągu do Bergamo można poczuć się jak na trasie Grodzisk Mazowiecki-Warszawa. Niemal wszyscy mówią po polsku: połączenie portu lotniczego w Bergamo z ośmioma polskimi lotniskami robi swoje. Ostatni dzień wyjazdu wypełnia mi już niestety niemal w całości podróż do Polski.

Nie zabrakło w niej jednak nieoczekiwanych akcentów sportowych. Po wejściu do strefy przylotów lotniska w Modlinie wpadłem na… kilkunastu policjantów. Okazało się, iż razem ze mną do Polski przyleciało około czterdziestu fanów Fiorentiny, którzy wybierali się na mecz Ligi Konferencji Europy do Białegostoku.

Ci vediamo!

Z Italii przywiozłem wspaniałe olimpijskie wspomnienia, zachwyt nad włoskimi krajobrazami i zabytkami, o które tak łatwo było zahaczyć, przemieszczając się między arenami igrzysk, ale też gościnnością, otwartością i pozytywnym nastawieniem gospodarzy – wszyscy wolontariusze, ale też większość zwykłych Włochów, z którymi rozmawiałem, witała mnie z wielką serdecznością i była pozytywnie nastawiona do igrzysk. choćby wolontariuszka, która kazała mi zejść ze schodów trybuny w Predazzo, robiła to z szerokim uśmiechem, a sprzedawca z oficjalnego sklepu na Piazza di Duomo, chwilę po poinformowaniu mnie, iż nie znajdę w nim koszulki, po którą pędziłem pięć minut przed zamknięciem, już zagadywał mnie z typowo włoską wylewnością i komplementował mój zegarek.

CZYTAJ TEŻ: HEJT, ROZPACZ I ŻENUJĄCE ZDJĘCIA. NAJWIĘKSZE HISTORIE IGRZYSK

Na najcieplejsze wspomnienie zasłużył bez wątpienia wolontariusz z parkingu w Val di Fiemme, który nauczył mnie (przejechałem wcześniej 350 kilometrów), jak wrzucić wsteczny bieg w wynajętym Fiacie Punto (nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z fiatowską skrzynią biegów).

Cortina ma coś, czego Turynowi zabrakło: tożsamość sportową wpisaną w krajobraz. Góry są tu sceną, aktorem i narratorem. Sport jest częścią codzienności, nie dodatkiem. Dlatego gospodarze mówią dziś – z pełnym przekonaniem – iż chcą olimpiady skromniejszej, autentycznej, opartej na tradycji regionu, pięknie miejsca i zaangażowaniu mieszkańców – pisał w przedigrzyskowym felietonie dla TVP Sport Włodzimierz Szaranowicz, legenda olimpijskiego dziennikarstwa i niezrównany w Polsce piewca idei Pierre’a de Coubertina.

Zabierając się za pisanie tego tekstu, obiecywałem sobie, iż będę unikał generalizowania: opiszę wszystko, co spotkało mnie przez 48 godzin (które zawarły w sobie więcej treści niż niejeden tydzień), a po przeczytaniu tej opowieści każdy (kto dobrnie do końca) wyciągnie wnioski samodzielnie. Na mediolańskich igrzyskach nie brakowało organizacyjnych niedociągnięć, to jasne. Na podstawie tego, czego doświadczyłem, trudno mi jednak oprzeć się wrażeniu, iż nakreślony przez Szaranowicza cel został przez Włochów osiągnięty.

Michał Marchlewski

fot. własne

Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:

  • Punkt widzenia zależy od chwili urodzenia? O zadowoleniu z igrzysk
  • Curling rośnie w siłę. A gdzie są Polacy? „450 złotych miesięcznie”
  • Pieroguszka gwiazdą igrzysk. Skąd się wzięła? [REPORTAŻ]
  • Olimpijczycy spod samiuśkich Tater? Niekoniecznie!
Idź do oryginalnego materiału