Damian Żurek to powinien być nowy bohater polskiego sportu. A jest bodaj największych pechowcem w całej naszej olimpijskiej kadrze na igrzyska Mediolan/Cortina d’Ampezzo.
REKLAMA
Zobacz wideo
Damian Żurek to znakomity sportowiec, któremu w Mediolanie brak szczęścia nie pozwolił się spełnić. Dwa razy miał złe losowania, dwa razy jechał tuż po dwóch głównych rywalach – Stolzu z USA i de Boo z Holandii – dwa razy skojarzonymi w parę, w której nawzajem tak się napędzali, iż wywalczyli złote (Amerykanin) i srebrne (Holender) medale. A Polak został z niczym.
Choć chciałoby się wierzyć, iż tylko w sensie medalowym został z niczym. Że zyskał szacunek u swoich kibiców. Że zapisał się w naszych sercach. Na tyle Żurek bezdyskusyjnie zasługuje. Poznajcie jego historię, naprawdę warto.
Wszystko zaczęło się niepozornie. Przedszkolak postawił na swoim
Damian Żurek był na początku podstawówki. Od razu po treningach łyżwiarskich miał zajęcia na basenie. Na dobicie. Na zahartowanie. Jolanta Kmiecik, jedna z jego pierwszych trenerek, opowiada, jak będąc w wodzie chwytał się poręczy przy słupkach startowych, a ona musiała odklejać jego palce i zmuszać go, by pływał. Prawda jest taka, iż Damian od zawsze wolał wodę w stanie stałym. Z lodowiska nie można go było przegonić nigdy. Kiedy trenerka Jola wyjeżdżała na zawody ze starszymi dziećmi, kilkulatek płakał, iż straci trening. I tak naciskał na tatę, iż w końcu trenował pod jego okiem, na planach przekazanych przez panią Kmiecik.
Ta miłość trwa już 20 lat, a zaczęła się niepozornie, zaskakująco. Ale wygląda na to, iż jest jedną z najmocniejszych, o jakich słyszeliśmy w całym polskim sporcie. choćby jeżeli dziś, podczas igrzysk, wygląda na miłość nieodwzajemnioną.
Przedszkolak Damian Żurek, rocznik 1999, miał sześć lat, gdy będąc z rodzicami na zakupach, zauważył w sklepie łyżwy. – Początkowo nie kupiliśmy mu tych łyżew, bo ani ja nie jeździłam, ani mąż, i uznaliśmy, iż to tylko taka chwilowa zachcianka – mówi nam mama Damiana, Mariola Żurek. – Ale Damianek tak płakał, jak żeśmy wrócili do domu, iż musieliśmy zmienić zdanie – dodaje.
- To była jesień. Najpierw złożyliśmy to do kupy tak, iż Damian sobie w tym chodził po domu, bo to były takie łyżworolki, w których można było montować kółka na zmianę z płozami. Jak przyszła zima, to poszliśmy na ślizgawkę i zacząłem prowadzać go za rękę dookoła toru. Robiłem tam setki kilometrów – wspomina ze śmiechem i ze łzami w oczach tata panczenisty. - Później on się puścił, zaczął jeździć, a ja szedłem koło niego. Za jakiś czas już nie nadążałem za nim, bo jeździł szybciej, więc stałem w jednym miejscu, a on zaczął mnie prosić, żeby mu czas mierzyć. I tak to się zaczęło – opowiada pan Darek.
Pieniądze to nie wszystko
W środę 11 lutego w Mediolanie Damian Żurek był czwarty na 1000 metrów. Do medalu zabrakło mu 0,07 s. Gdy pół Polski powtarzało "szkoda", "co za pech", "strasznie przykro", on mówił, iż jest zadowolony, a choćby dumny. I spokojny przed walką na 500 metrów. Bo upewnił się, iż jest w formie. I iż wszystko wytrzymuje mentalnie.
Żurek w olimpijski sezon Pucharu Świata skończył (bo PŚ swój finał miał już przed igrzyskami) na drugich miejscach i na 500, i na 1000 metrów. Na dłuższym dystansie był na podium trzy razy na pięć startów. Na krótszym – miał bilans 6/9. Ale na 1000 metrów nie wygrywał, a na 500 tak. I to były zwycięstwa wyjątkowo smaczne. Na sam koniec pucharowej rywalizacji w Inzell Polak odniósł dwa zwycięstwa z dwoma rekordami toru. Dwukrotnie wyprzedzał Jordana Stolza, amerykańskiego geniusza panczenów, który do Mediolanu przyjechał z nastawieniem na cztery złota w czterech startach i dwa już ma - wygrał oba dystanse, który Żurek skończył na czwartych miejscach.
Po Inzell sami Amerykanie (z "New York Timesa") pisali, iż Polak może zniweczyć plan Jordana. A pan Dariusz Żurek podekscytowany omawiał z nami tę publikację, gdy kilka dni temu w Tomaszowie prezentował nam swoje archiwa.
Jadąc do rodzinnego domu Damiana Żurka wiedzieliśmy, iż to nie będzie pałac. Znamy realia, wiemy, iż Polska łyżwiarzy szybkich kocha co najwyżej raz na cztery lata, w porze igrzysk. I to wyłącznie pod warunkiem, iż ci łyżwiarze właśnie wtedy sięgają po medale. Krążki z Pucharów Świata i choćby mistrzostw świata biało-czerwonych kibiców nie grzeją, a skoro tak, to i sponsorzy zdobywców tych medali raczej nie zauważają. Damian Żurek choćby po brązie MŚ z 2024 roku nie znalazł żadnej firmy, która coś by mu dorzuciła do ministerialnego stypendium. Damian Żurek pozostał gwiazdą tylko lokalną. W Tomaszowie Mazowieckim już od lat jest postacią znaną i szanowaną. To chłopak stąd, ze zwykłego, szarego blokowiska. Z małego, dwupokojowego mieszkania. Z podwórka, na którym nieraz trzeba było pokazać charakter. Jak słyszymy od rodziców, za ochroniarza Damiana często robił brat, Wiktor. Mimo iż jest młodszy aż o cztery lata, potrafił nabić guza komuś, kto czepiał się skupionego na sporcie Damiana. Starszy z braci Żurków od zawsze był spokojny, grzeczny, poukładany i ani na chwilę nie zszedł z tej drogi, którą właśnie próbował dojechać na szczyt. Wielka szkoda, iż nie dojechał. Że nie zdobył chociaż jednego medalu.
Za czwarte miejsca Żurek dostanie po 50 tysięcy złotych w tokenach od Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Będzie miał też wypłacane stypendium z ministerstwa sportu w wysokości 11,7 tysiąca złotych brutto miesięcznie przez półtora roku. To dużo dla panczenisty z Polski. A choćby bardzo dużo. W Holandii, ojczyźnie tego sportu, zawodnicy mogą przebierać w sponsorskich ofertach. – Może do Damiana już teraz też zaczną się zgłaszać – ma nadzieję Żurek senior. – Znana z telewizji, a kiedyś z short tracku pani Aida Bella niedawno została menedżerką syna na pewno właśnie po to, żeby mu pod tym względem pomóc – dodaje.
O pieniądzach zarabianych przez Damiana na łyżwach jego rodzice mówią wprost: nie są najważniejsze. I trudno im nie wierzyć. Bo skoro za wygranie zawodów Pucharu Świata dostaje się tysiąc euro, to szału zdecydowanie nie ma i na pewno nie z myślą o skoku na kasie pędzi się dalej. Porównajmy tę kwotę choćby ze skokami narciarskimi, gdzie zwycięzca konkursu PŚ kasuje 15 tysięcy euro. – No niestety, za drugie miejsce w całej końcowej klasyfikacji Pucharu Świata w łyżwiarstwie nagroda jest mniejsza niż za jedno zwycięstwo w skokach. To 11 tysięcy euro – mówi pan Darek.
- To jest sport dla pasjonatów. Fortuny się na pewno nie zarobi, gdy się jest łyżwiarzem w Polsce. Tym ważniejsze są więc takie sprawy jak premia za medal i przede wszystkim olimpijska emerytura za ten sukces [państwo zaczyna ją wypłacać, gdy medalista skończy 40 lat i już nie jest aktywnym zawodnikiem]. To daje stabilizację – mówi nam jeszcze papa Żurek. Niestety, Damian tej emerytury nie wywalczył.
Z Bródką zdobył olimpijskie złoto i już wtedy zauważył Żurka
I tyle o pieniądzach wystarczy. Bo to naprawdę nie jest historia o skoku na kasę. To miała być historia jak ze starych, dobrych, romantycznych czasów sportu. I jest, tylko odpowiedniego zakończenia jeszcze nie ma.
- Kiedy prowadziłem kadrę, w której był m.in. Zbyszek Bródka, to zawsze po sezonie wracałem tutaj do klubu i pracowałem z młodymi zawodnikami. Wśród nich był Damian i jego się nie dało nie zauważyć. Jestem trenerem od ponad 40 lat i na pewno Damian to jeden z najzdolniejszych zawodników, jakich poznałem. I najbardziej pracowitych – mówi Wiesław Kmiecik, kolejny człowiek z Tomaszowa. - Nasza kooperacja trwała kilka lat, a najmocniej zajmowałem się Damianem przez dwa lata, gdy byłem trenerem kadry juniorów. Pamiętam dwa szczególnie ważne momenty. Kiedy Damian miał 13 lat, to na klubowym wyjeździe do Inzell osiągnął życiówkę na 500 metrów na poziomie 45 sekund. A tamten sezon zaczynał z rekordem o pięć sekund gorszym. Tak olbrzymi postęp w ciągu jednego roku mówił jasno, iż to będzie kiedyś świetny zawodnik. A drugi moment to zawody Viking Race w holenderskim Heerenveen wygrane przez Damiana, gdy był juniorem młodszym, miał 17 albo 18 lat. To są nieoficjalne mistrzostwa Europy. Gdy tam z Damianem pojechaliśmy, to pobił rekord toru zawodów mających już 20 lat historii. To był wynik na poziomie rekordu świata – kontynuuje Kmiecik.
Nagrodę za wygranie tamtych zawodów odnajdujemy na szafie w salonie państwa Żurków. Na około dwóch metrach kwadratowych stoi tyle pucharów i statuetek, iż trudno je zliczyć. Między nimi ustawione są jeszcze kartki z kalendarza. Z datami ważnych występów Damiana. A trochę niżej leży 10 opasłych tomów z wynikami wszystkich zawodów z udziałem syna pani Marioli i pana Dariusza. – Proszę zobaczyć, mam tu wycinki z gazet, protokoły sędziowskie i własne zapiski od samego początku – mówi pan Darek, otwierając pierwsze tomisko. - O, tu jest rok 2007 i są wyniki pierwszych oficjalnych zawodów Damianka – ożywia się jego tata. - Było trzecie miejsce w kategorii dzieci do lat dziewięciu, a on miał wtedy dopiero siedem i pół roku – podkreśla z dumą. – W tak wczesnym wieku rywalizował choćby z 11-latkami. I od zawsze umiał się skupiać tylko na sobie. Niczym się nie zrażał. Czy był w takich zawodach 30., czy 40., to nie było ważne. Patrzył tylko na to, żeby poprawiać swoje czasy, swoje własne rekordy – mówi pan Darek.
"Niczym się nie zrażał" z ust taty Damiana brzmi teraz jak najważniejsze zdanie, jakie wypowiedział. Trzeba wierzyć, iż tak będzie dalej. Że Damian dojedzie co najmniej do następnych igrzysk i tam wywalczy medal.
Wyjątkowe szaliki i mnóstwo miejsca w specjalnym zeszycie
A co do skupienia Damiana tylko na tym, żeby poprawiać swoje wyniki, to podkreślmy z całą mocą, jak bardzo tej zimy Żurek swoje wyniki wyśrubował.
Gdy siedliśmy z panią Mariolą i panem Dariuszem do kawy i ciastek, na stole w salonie rodzinnego domu Damiana ledwo mieściły się jego medale. A tata przygotował tylko te z bieżącego sezonu. W 14 startach w Pucharze Świata nasz sprinter zdobył tych medali dziewięć. – Plus dwa za mistrzostwa Europy. Oba złote – liczył pan Darek. Za klasyfikację generalną zarówno 500, jak i 1000 metrów, Damian dostał po statuetce dla światowego numeru dwa. Pan Darek z wielką dumą otwierał nam futerały i prezentował te kawałki kryształu. A z jeszcze większym nabożeństwem traktował dwa złote krążki syna z Inzell. Te, które dostał za pokonanie wszystkich, w tym Stolza, w ostatnich przedolimpijskich próbach na 500 metrów. To było wymowne. Nie trzeba było pytać ojca o jego nadzieje i marzenia.
Przy stole z medalami i zdjęciami Damiana w poniedziałkowe popołudnie 9 lutego stały już dwie spakowane torby. Na komodzie obok leżały biało-czerwone szaliki z godłem i napisem "Polska" z jednej strony, a z drugiej z wyszytym dumnie "Damian Żurek". – To będzie niespodzianka dla Damiana. Mamy nadzieję, iż zauważy, jak się przygotowaliśmy, żeby mu kibicować z trybun - mówiła pani Mariola.
W drogę do Mediolanu rodzice Żurka wyruszyli we wtorek 10 lutego. Pojechali z nadziejami, iż jak nie 11 lutego, to 14 lutego będą się cieszyć z możliwości dołożenia kolejnej błyskotki do medalowej kolekcji syna. Ale dla nich to naprawdę nie było najważniejsze. W najświeższym zeszycie pan Darek pokazał nam jeszcze wiele pustych stron. – Na pewno po igrzyskach będzie je czym wypełnić. Niezależnie od wyników syna, choć wierzę, iż będę tu wklejał radosne zdjęcia i piękne wycinki z mediów – słyszeliśmy.
Po covidzie Żurek złożył obietnicę. I teraz ją spełnił
Dla rodziców Damiana już wyjazd na igrzyska, żeby kibicować swojemu dziecku, to coś więcej niż spełnienie marzeń. My, kibice złaknieni sukcesów polskich sportowców, zapamiętujemy tych, którzy sięgają po olimpijskie medale. Oni przeżywają swoją własną historię.
- Pamiętam, jak Damian pierwszy raz w życiu dostał reprezentacyjny strój. Wypożyczyli mu go, gdy jechał na mistrzostwa Europy dzieci do Heerenveen. Nigdy nie zapomnę, jaki byłem wzruszony, iż mój syn startuje z orzełkiem na piersi. Zawsze byłem wielkim kibicem polskich sportowców, a teraz mogę kibicować swojemu dziecku na igrzyskach olimpijskich. O czymś takim choćby nigdy nie marzyłem, coś takiego ciężko sobie wyobrazić. Przecież my z żoną choćby za bardzo nie umiemy jeździć na łyżwach, a nasz syn stał się jednym z najlepszych łyżwiarzy na świecie – mówi wzruszony tata czwartego panczenisty igrzysk Mediolan/Cortina 2026 na 500 i 1000 metrów. I dodaje coś, co każdy czytelnik mający dzieci uprawiające jakikolwiek sport powinien swoim pociechom przeczytać. – Jeden jedyny raz w życiu Damian powiedział, iż nie chce iść na trening. To był strasznie upalny dzień, a on się źle czuł i leżał. Gdy zbliżała się godzina zajęć, Damianek powiedział, iż nie chce jeździć, ale jednak chciałby pójść na ten trening, żeby chociaż popatrzeć na innych. Jak wychodziliśmy z domu, to wziął rolki, mówiąc, iż to tylko tak na wszelki wypadek. Oczywiście na koniec normalnie trenował. On nigdy, naprawdę nigdy, nie odpuścił – podkreśla Dariusz Żurek.
Całą historię pan Darek kończy jeszcze jednym wspomnieniem. - Jest taka fajna wypowiedź, mam to nagrane. Damian po biegu na 500 metrów w Pekinie udzielał wywiadu dla telewizji i jeszcze taki podekscytowany, pełen adrenaliny mówił: „No, okej, fajnie, to dobry debiut na igrzyskach, ale obiecuję wam, iż za cztery lata będę walczył o medale" – słyszymy od Żurka seniora.
To ta wiara, ta determinacja doprowadziła Damiana do pięknej walki o medale w Mediolanie. Cztery lata temu na covidowych igrzyskach, na które dojechał w ostatniej chwili (długo przebywał na kwarantannie w Polsce, ponieważ wynik badania nie pozwolił mu polecieć do Chin z kadrą) Żurek zajął 13. miejsce na 1000 metrów i 11. na 500 metrów. – To co, teraz w chociaż jednym starcie poprawi się o 10 miejsc? – zapytaliśmy jego rodziców na pożegnanie. W odpowiedzi obojgu tylko zabłyszczały oczy. Dziś błyszczą od łez nam. Bo jak tu się nie wzruszyć, poznając taką historię? I tylko szkoda – wielka szkoda – iż bez happy endu.

2 godzin temu











