Równo tydzień dzieliło zwolnienie Rubena Amorima z Manchesteru United i Xabiego Alonso z Realu Madryt. Znamienne, iż akurat oni niemal równocześnie wylądowali na bezrobociu. Wszak jeszcze rok temu wyglądali na najpoważniejszych kandydatów na nowe gwiazdy tego zawodu. Jose Mourinho i Pep Guardiola pokolenia dzisiejszych 40-latków; zgadzały się choćby narodowości i – poniekąd – ścieżki karier. Portugalczyk dochodził przecież do zaszczytów, nie mając bogatego boiskowego przetarcia. Hiszpan, jak niegdyś Guardiola, już w krótkich spodenkach wyglądał na stratega.
REKLAMA
Zobacz wideo Robert Kubica odciska dłoń! Wielka chwila na Gali Mistrzów Sportu
Ich szybkie fiaska w dwóch globalnych markach to część szerszego trendu. Michael Cox w niedawnym artykule w The Athletic zastanawiał się, dlaczego klubom Premier League tak trudno dziś znaleźć odpowiednich trenerów. Po drugiej stronie kanału La Manche wyzwania są zresztą podobne. Nowa fala trenerów, której nadejścia z ekscytacją oczekiwano jeszcze kilka lat temu, ma na razie wielkie problemy z prowadzeniem największych klubów świata.
Złoci weterani
Na liście ostatnich zwycięzców Ligi Mistrzów znajdują się wyłącznie nazwiska z wieloletnim doświadczeniem: Luisa Enrique, Carlo Ancelottiego, Pepa Guardioli, Thomasa Tuchela, Hansiego Flicka czy Juergena Kloppa. Ostatnim, który sięgnął po to trofeum przed pięćdziesiątką, był w 2018 r. Zinedine Zidane. Ale akurat jego kariera trenerska jest bardzo specyficzna. Z jednej strony już jest jednym z najbardziej utytułowanych szkoleniowców w historii futbolu. Z drugiej: pracował dotąd tylko w jednym klubie, jedynie przez cztery pełne sezony, do tego urządzał sobie kilkuletnie przerwy – obecna trwa już niemal pięć lat. Przed nim Ligę Mistrzów wygrywali Enrique (wtedy jeszcze trener w miarę początkujący), Ancelotti czy Jupp Heynckes. Powoli cofamy się już do czasów zawodowej młodości Guardioli, Mourinho czy Juergena Kloppa.
To głównie oni, do spółki z Rafaelem Benitezem, Tuchelem czy Antonio Conte, mniej utytułowanymi, ale jednak mającymi za sobą momenty świetności, naturalnie przejęli w futbolu schedę po pierwszym pokoleniu prawdziwych trenerskich gwiazd. Kult szkoleniowca to wynalazek piłkarskiej nowoczesności. Wcześniej zdarzali się oczywiście charyzmatyczni stratedzy, w rodzaju Herberta Chapmana, Rinusa Michelsa, Billa Shankly’ego czy Helenio Herrery, ale w znacznej mierze piłka była sportem zawodników.
Odchodzące pokolenie
Jeszcze w czasach pierwszych "Galacticos" na początku XXI wieku Florentino Perez do prowadzenia największych graczy świata zatrudniał w Realu Madryt zupełnie przeciętnych trenerów, w rodzaju Carlosa Queiroza, Vanderleia Luxemburgo czy Bernda Schustera. Jakby chciał pokazać, iż po to kupuje najlepszych piłkarzy, by nie musieć się przejmować trenerami.
W Anglii trendy biegły już w innym kierunku. Wieloletnia rywalizacja Aleksa Fergusona z Arsenem Wengerem stała się osią narracyjną lat wzrostu Premier League. Z czasem w Hiszpanii starcia Guardioli z Mourinho stały się nie mniej emocjonujące niż Cristiano Ronaldo z Leo Messim. A kolejną dekadę na Wyspach ukształtowały pojedynki Pepa z Kloppem, których początkowo różne spojrzenia na piłkę z czasem zaczęły się do siebie upodabniać.
Czytaj także:
Lewandowski wśród największych tego świata. Niebywały wyczyn Polaka
Ta era powoli odchodzi jednak w zapomnienie. Ancelotti, Tuchel, Julian Nagelsmann czy Mauricio Pochettino zajęli się prowadzeniem reprezentacji narodowych, oddając się mniej wyczerpującym, a wciąż lukratywnym zajęciom. Klopp przeszedł na przedwczesną emeryturę, pełniąc jedynie funkcję doradczą w piłkarskich projektach Red Bulla. Czar Mourinho już dawno się wyczerpał. Choć przez cały czas pracuje, w ostatnich latach już raczej na peryferiach wielkiego futbolu. Na szczycie trzyma się Guardiola, ale i z niebieskiej części Manchesteru napływa coraz więcej sygnałów o zbliżającym się końcu ery. Zostaje Diego Simeone, pracujący w Atletico Madryt przez całą epokę. Poza nimi starsi systematycznie usuwają się w cień, ewentualnie schodzą coraz niżej w tabelach. A kolejna generacja przekonuje się o rosnącej skali wyzwania.
Poszukiwania przyszłych gwiazd
Wielkie kluby, poszukując nowych trenerów, coraz częściej muszą podejmować ryzyko. Do prowadzenia suto opłacanych gwiazd wynajmują fachowców będących dopiero obietnicą. Dobrze obrazuje to przykład Bayernu Monachium, który, po kontrowersyjnym zwolnieniu Nagelsmanna i nieudanym pobycie Tuchela, został praktycznie bez naturalnych opcji. Po długich i chaotycznych poszukiwaniach sięgnął po Vincenta Kompany’ego, który chwilę wcześniej spadł z Burnley z Premier League. Ryzyko się opłaciło. Praca Belga przerosła najśmielsze oczekiwania i 39-latka można uznawać za wschodzącą gwiazdę zawodu. Mogło jednak wyjść znacznie gorzej, o czym Bayern przekonał się kilka lat wcześniej, próbując wciągnąć Niko Kovaca za uszy na najwyższy poziom, gdy przemawiał za tym jedynie Puchar Niemiec zdobyty z Eintrachtem Frankfurt. Nie wyszło. Chorwat po ponad roku został zwolniony.
Ręki do nowo zatrudnianych trenerów nie ma na razie Todd Boehly, amerykański właściciel Chelsea. Zwolniwszy Tuchela krótko po zdobyciu Ligi Mistrzów, próbował już wznieść na ten poziom Grahama Pottera, Franka Lamparda czy ostatnio Enzo Marescę. Bez skutku. Teraz powierzył drużynę Liamowi Roseniorowi, licząc, iż wreszcie wykreuje gwiazdę zawodu. W Barcelonie kilka lat temu to samo próbowali zrobić z Xavim. Gdy się nie udało, sięgnęli po bardziej sprawdzone rozwiązanie. Choć i ono narodziło się dla świata futbolu przypadkiem. Flick, owszem, był w niemieckiej piłce cenionym fachowcem, ale jedynie jako asystent i działacz. Bayern dostał do prowadzenia tylko tymczasowo, by dać działaczom czas na znalezienie następcy Kovaca. Nikomu nie przyszło wówczas do głowy, iż idealnego kandydata mają pod nosem. Nie mogło, bo Flick miał 20-letnią przerwę w samodzielnej pracy. Sprawdził się i został na dłużej. A posucha na światowym rynku trenerskim pozwoliła przeskoczyć mu z jednego superklubu do innego.
Wychować sobie trenera
jeżeli trenera nie można znaleźć, trzeba go wychować. Z takiego założenia, niezadowoleni po czasach Davida Moyesa, Louisa Van Gaala i Jose Mourinho, wyszli w Manchesterze United. Najdłużej od czasu Fergusona – to już niemal 13 lat – wytrzymał na Old Trafford Ole Gunnar Solskjaer. To on był również najbliżej przywrócenia "Czerwonych Diabłów" do gry (i sukcesów) na pożądanym poziomie. Teraz niewykluczone, iż po fiaskach projektów Ralfa Rangnicka, Erika ten Haga i Amorima, w czerwonej części Manchesteru spróbują jeszcze raz. Tym razem z Michaelem Carrickiem.
Jak można takim podejściem odnieść sukces, pokazali w londyńskim Arsenalu, gdzie zmagali się z problemem schedy po Wengerze. Nie wyszło Unaiowi Emery’emu, kolejnemu z trenerskich talentów sprzed lat. Ale Mikel Arteta, były asystent Guardioli, pracuje przy Emirates już sześć lat, systematycznie poprawiając drużynę. Na razie wstawił do gabloty tylko Puchar Anglii i dwie Tarcze Wspólnoty, ale w tym roku zdaje się zmierzać po mistrzostwo, co byłoby ostatecznym potwierdzeniem, iż warto było czekać.
Za niedobór trenerskich gwiazd odpowiada jednoczesne nałożenie się kilku czynników. Jednym z nich wydaje się wyschnięcie tradycyjnych źródeł nowoczesnej myśli szkoleniowej. W tym zawodzie od dekad rządziło raptem kilka nacji. Dwie być może najbardziej wpływowe, jeżeli chodzi o przeciwstawne idee taktyczne, pochodziły z Włoch i Holandii. Jedna kultywowała głównie sztukę obrony, druga ataku. Pierwsza wypuszczała w świat postaci pokroju Arriego Sacchiego, Giovanniego Trapattoniego, Fabio Capello czy Carlo Ancelottiego, druga - Johana Cruyffa, Louisa Van Gaala, Franka Rijkaarda, Ronalda Koemana i wielu innych, chętnie zatrudnianych w wielkich klubach. Ostatnimi czasy jednak trudno o ich następców. Holendrzy wypuścili wprawdzie ten Haga, po jego sukcesach w Ajaksie Amsterdam, i Arne Slota, po dobrym okresie w Feyenoordzie Rotterdam. Ten pierwszy pobytami w Manchesterze i Leverkusen zszargał sobie jednak reputację. Drugi zanotował fantastyczny pierwszy sezon w Liverpoolu, zakończony mistrzostwem Anglii, ale w drugim walczy już o przetrwanie. I gdyby został w najbliższym czasie zwolniony, trudno się spodziewać, iż za chwilę ruszyłby po niego kolejny wielki klub.
Włoski kryzys
We Włoszech jest chyba jeszcze gorzej. Świat futbolu raczej odwrócił się od trenerów bazujących głównie na zabezpieczeniu bramki, więc Massimiliano Allegri, mimo niewątpliwych sukcesów w ojczyźnie, nigdy nie dostał szansy za granicą. Na Wyspach pracował Antonio Conte, ale jemu szkodzi chroniczna nieumiejętność osiągnięcia sukcesu w pucharach. Na eksport Włosi wysyłali zwykle tych trenerów, którzy w ich warunkach uchodzili za bardzo ofensywnych, jak Maurizio Sarri czy Roberto De Zerbi. Albo Marescę, zawodowo ukształtowanego pod okiem Guardioli.
Pierwszy, mimo wygrania Ligi Europy z Chelsea, nie wskoczył jednak na globalną karuzelę. Drugi wciąż uchodzi za jednego z najmodniejszych trenerów, ale na razie pracuje w klubach z niższego szczebla, jak Szachtar Donieck, Brighton czy Olympique Marsylia. Ostateczna weryfikacja w miejscu, w którym efektowny styl będzie musiał połączyć z natychmiastowymi wynikami, wciąż więc jeszcze przed nim. Trzeci właśnie stracił pracę w Chelsea. Nadziei nie spełnił też Thiago Motta. Jego Bolonią zachwycało się pół trenerskiego świata, ale z Juventusu został pogoniony jeszcze szybciej niż Andrea Pirlo. W Turynie pracuje więc dziś będący w wieku emerytalnym Luciano Spalletti. Najbliżej wyrobienia sobie reputacji supertrenera byłby pewnie Simone Inzaghi, który potrafił w Interze połączyć włoską sztukę obrony z nowoczesnym atakiem i dobrymi wynikami. Dwoma finałami w Lidze Mistrzów zapracował jednak na lukratywny kontrakt na Bliskim Wschodzie i tyle go wielka piłka widziała.
Selekcjonerska bańka
W ostatnich kilkunastu latach rolę europejskiej kuźni talentów częściowo przejęli od Holendrów Niemcy, z ich nastawieniem na wysoki pressing i szybki odbiór piłki. Ich najbardziej utytułowani trenerzy, Klopp, Flick, Loew czy Tuchel, to już jednak panowie po 50., a choćby 60. Nagelsmann zajął się prowadzeniem kadry, a następców za bardzo nie widać. Doszło choćby do tego, iż czołowe tamtejsze kluby coraz chętniej sięgają po fachowców z zagranicy. Bayern trenuje Belg, Bayeru Leverkusen od ośmiu lat nie prowadził na stałe Niemiec. Borussia Dortmund, niegdyś kuźnia także trenerskich talentów, sięgnęła po Kovaca, negatywnie zweryfikowanego w Bayernie. Edin Terzić, który sensacyjnie doprowadził ją dwa lata temu do finału Ligi Mistrzów, do dziś nie znalazł kolejnej pracy. Fabian Huerzeler, najzdolniejszy dziś młody niemiecki trener, prowadzi Brighton. W Bundeslidze, może poza Sebatianem Hoenessem ze Stuttgartu, przyszłych kandydatów do prowadzenia największych klubów świata aktualnie nie widać.
Zobacz też: gwałtownie poszło. Oto gdzie może trafić Xabi Alonso
Jednocześnie praktycznie zamarł przepływ pomiędzy światami piłki reprezentacyjnej i klubowej. Rola selekcjonera została zakwalifikowana jako zupełnie inny fach. To, iż ktoś dobrze radzi sobie w rozgrywkach międzynarodowych, nie owocuje więc już dziś ofertami z największych klubów, jak kiedyś było choćby z Luisem Felipe Scolarim czy Juergenem Klinsmannem. Joachim Loew, jeden z najlepszych selekcjonerów XXI wieku, po rozstaniu z reprezentacją Niemiec nie dostał pracy w piłce klubowej.
Sukcesy Didiera Deschampsa z kadrą Francji nie przełożyły się na jego powrót do codziennej pracy trenerskiej. Luis De La Fuente, Lionel Scaloni czy Roberto Mancini, którzy wygrywali ostatnie wielkie turnieje, nie zaczęli być przymierzani do Reali i Barcelon tego świata. Znamienne, iż drogę z reprezentacji do największych klubów byli w stanie pokonać ostatnio tylko ci, którzy jako selekcjonerzy przekonali się, iż to nie dla nich: Flick, zwolniony z kadry Niemiec, przejął Barcelonę, Enrique, po niepowodzeniu z reprezentacją Hiszpanii, dostał propozycję z PSG.
Odrealnione wymagania
Być może problemem nie są jednak wcale niedostatki trenerów nowej fali, ale horrendalne wręcz wymagana, jakie współczesny futbol im stawia. Trenerzy mają być twarzami i rzecznikami klubów, charyzmatycznymi liderami, godzącymi interesy wymagających właścicieli oraz rozkapryszonych gwiazd i ich agentów. Oczekuje się, iż będą wygrywać zawsze i wszędzie. Co trzy dni. Na wszystkich frontach. Prezentując styl zapierający dech w piersiach i kreując przyszłe gwiazdy. Nie trenując, bo w przerwach między sezonami trzeba lecieć na kolejne zamorskie turnieje, by zarobić dla klubu jeszcze więcej pieniędzy. To oczekiwanie niemożliwego. choćby jeżeli komuś jakimś cudem przez jakiś czas udaje się to wszystko łączyć, wystarczy jedno niepowodzenie, by zyskać łatkę nieudacznika, którą przy obecnej rzeczywistości medialnej trzeba odklejać potem przez lata.
Czytaj także:
Po czterech dniach picia na Ibizie podjął decyzję życia. Mówi o nich cały świat
Z perspektywy czasu wielkie postaci z przeszłości wydają się ludźmi sukcesu, ale Klopp, obejmując Borussię, miał już w CV spadek z Bundesligi z FSV Mainz. Capello nie awansował z Anglią na Euro. Ancelotti za cudotwórcę zaczął uchodzić dopiero w końcówce kariery. Ani na początku we Włoszech, ani w środku kariery, gdy zwalniały go Bayern i Napoli, a zatrudniał Everton, nie wyglądał na nietykalnego. Enrique dwa razy wygrał Ligę Mistrzów, ale nie podbił ani Celty Vigo, ani Romy. Ferguson czy Wenger miewali całe lata, kiedy nie wychodziło im kompletnie nic. W dzisiejszej rzeczywistości, przy kilku superklubach, które nie mogą sobie pozwolić na sezon przejściowy, nie mówiąc o kilku, pewnie nie przetrwaliby na stanowiskach tak długo.
Błędny punkt odniesienia
Być może, zamiast szukać kolejnych przyszłych gwiazd z nieskazitelnym CV, wielkie kluby zaczną powoli sięgać po trenerów z drugiego obiegu. Tych, którzy kiedyś uchodzili za cudowne dzieci, później podlecieli zbyt blisko Słońca i teraz mozolnie odbudowują reputację. Jak Emery, po niepowodzeniach w Paryżu i w Londynie skazany na Villarreal i Aston Villę, którą najpierw wprowadził do Ligi Mistrzów, a teraz wiedzie w okolice szczytu tabeli Premier League. Albo Kovac, po Monaco i Wolfsburgu, znów dobrze radzący sobie w klubie z poziomu fazy pucharowej Ligi Mistrzów. To, iż Alonso przepracował w Realu tylko pół roku, nie zmniejsza jego wyczynów w Leverkusen, których nie da się wytłumaczyć przypadkiem. Amorim, przegrywając w United, nie powinien być zmuszony do ponownego zaczynania z poziomu ligi portugalskiej. Całkiem niewykluczone, iż kariery Kloppa, Guardioli czy Ancelottiego to zresztą błędne punkty odniesienia, bo mowa o jednostkach wybitnych, najbardziej wpływowych i utytułowanych trenerach w historii futbolu. Jak nie w każdym piłkarskim pokoleniu rodzi się Leo Messi, nie w każdej nowej fali trenerów objawi się nowy Guardiola. Co nie znaczy, iż nie w niej dobrych fachowców.

1 godzina temu














