Sport zawsze był i będzie w moim sercu. Czas na nowy rozdział! Sofia Ennaoui kończy karierę lekkoatletki. Wywiad

6 godzin temu
Zdjęcie: sofia ennaoui


Są sportowcy, których kariera nie mieści się wyłącznie w tabelach, medalach i wynikach. Bo choć Sofia Ennaoui zostawia po sobie srebro mistrzostw Europy, brąz europejskiego czempionatu, trzy medale halowych mistrzostw Europy, piąte miejsce na mistrzostwach świata, rekord Polski na 1000 metrów i złamaną magiczną granicę czterech minut na 1500 metrów – jej historia zawsze była czymś więcej niż tylko biegiem po laury.

To opowieść o talencie, który dojrzewał na oczach kibiców. O dziewczynie, która na bieżni potrafiła walczyć do ostatnich metrów, ale poza stadionem musiała mierzyć się z bólem, kontuzjami, zwątpieniem i samotnością, której często nie widać w blasku reflektorów. Sofia Ennaoui kończy karierę, zamykając rozdział pełen wielkich emocji i sportowych wzruszeń.

Joanna Jóźwik: Czy jest Ci smutno na myśl, iż kończysz zawodową karierę lekkoatletki?

Sofia Ennaoui: Z jednej strony jak dzisiaj nagrywałyśmy materiały wideo na stadionie w związku z moim zakończeniem kariery, to znowu poczułam się jak w swoim świecie.

Stadion lekkoatletyczny jest moim drugim domem. Przez wiele lat lekkoatletyka była dla mnie najważniejsza i zawsze stawiałam swoją karierę na pierwszym miejscu. To było w moim DNA… i jak sobie dzisiaj pobiegałam do ujęć, to nie mogłam się zatrzymać. Widzę, iż już troszeczkę mi tego brakuje, ale nie w tej wersji jak do tej pory, tylko tej swobodnej dostępnej dla wszystkich z nas.

JJ: A kiedyś czułaś taką wolność w bieganiu? Czy od początku byłaś nastawiona na sport i rywalizację?

SE: Rzadko czułam wolność. Powiem szczerze, iż dopiero dzisiaj naprawdę poczułam taką totalną wolność w bieganiu. Pomyślałam, iż kurczę… na tym to powinno polegać. Przecież bieganie daje wolność!

JJ: Myślę, iż jest to strasznie smutne, iż zawodniczka wyczynowa, która trenuje bieganie codziennie, czasem choćby dwa razy dziennie, nie czuła w tym wolności, a przecież to jest chyba pierwsze, co definiuje ten sport. Czym zatem był dla Ciebie?

SE: Staram się sobie przypomnieć, które treningi dawały mi przyjemność i na pewno były to te, gdzie miałam formę. To daje zawsze radość, kiedy widzisz szybkie czasy na stoperze, które nie sprawiają tobie żadnego problemu. Natomiast takich dni było kilka w ciągu roku. W większości przypadków czułam się wypruta i zmęczona. Każdy trening był planem do zrealizowania. W ostatnich latach już nie czułam tego, jak się mówi „znajdź sobie pracę, którą lubisz, a nie będziesz pracował ani jednego dnia”. Ja każdego dnia czułam się, jakbym szła do pracy, bo to była moja praca, mój zarobek i w pewnym momencie gdzieś zgubiłam tą radość. Zaczynałam to wszystko traktować bardzo na poważnie i chciałam co sezon być lepsza i lepsza. Gdzieś się to zaczęło zacierać i zamiast dawać mi radość, stawało się monotonną pracą.

JJ: Mówisz, iż większość dni treningowych byłaś przytłoczona i zmęczona treningiem. Które momenty wynagradzały to zmęczenie?

SE: Z biegiem lat było ich coraz mniej. Na pewno rekordy życiowe mi to wszystko wynagradzały. Jeden medal na Mistrzostwach Europy potrafił zresetować cały okres ciężkich przygotowań. To była nagroda za cały rok. Mogę to porównać do chodzenia do szkoły i walki o to, by mieć na świadectwie czerwony pasek.

JJ: Odnosiłam wrażenie, iż Ty bardzo lubiłaś ciężką pracę. Chciałaś zawsze bardzo dobrze się przygotować i dbałaś o absolutnie każdy szczegół.

SE: Tak, to prawda. Ciężka praca była moją domeną, i to było coś na bazie czego funkcjonowałam. Dawało mi to poczucie spokoju, iż zawsze robiłam absolutnie wszystko co w mojej mocy w danych przygotowaniach. Po czasie jestem z siebie i swojej postawy bardzo dumna, bo nie mam do siebie w tej chwili pretensji, iż mogłam do pewnych aspektów bardziej się przykładać. Często tego typu mechanizmy przekładam również na inne dziedziny życia. Czasami to dobrze, bo gwałtownie mogą przyjść tego efekty. Natomiast z drugiej strony to nie daje psychice wytchnienia. Od najmłodszych lat byłam w ciągłym kołowrotku napędzanym na sukces, na nowe osiągnięcia. Można się w tym zagubić…

JJ: Kiedy straciłaś euforia do sportu?

SE: Ja myślę, iż euforia z lekkiej zabrały mi kontuzje. Straciłam na koszt leczenia jakieś 3-4 lata… to spowodowało, iż przestałam się cieszyć z tego, co robię.

JJ: Pamiętam, iż Sofia Ennaoui ciągle walczyła z jakąś kontuzją. Źle się diagnozowałeś? Nie wykonywałeś odpowiedniej ilości ćwiczeń? Co zawiniło?

SE: Jedni mają kontuzji mniej, inni zawodnicy więcej. Pogodziłam się z tym i starałam nie rozkładać na czynniki pierwsze. Każdą dolegliwość skrzętnie diagnozowałam, słuchałam się lekarzy i robiłam to, co powinnam. Teraz, po czasie wiem, iż zabieg na pietę Haglunda wyszedł rewelacyjnie. gwałtownie wróciłam do uprawiania sportu i mogłam biegać na pełnych prędkościach. Mogłam to zrobić 3 lata wcześniej i może by mi to mniej obrzydziło sport.

Kilka lat biegałam ze stanem zapalnym jednego bądź dwóch Achillesów, a kilka razy był choćby naderwany. Wyobraź sobie codziennie pracować, nie tylko z bólem związanym z treningiem, ale z bólem, z którym funkcjonuje się całe dnie, bo dolegliwości z piętą doskwierają ci na każdym kroku. W końcu układ nerwowy powiedział „stop”, bo ile da się znieść takiego życia z bólem. Gdybym wiedziała, iż to wszystko tak dobrze się poukłada, to pewnie bym się szybciej zoperowała i to jest jedyna rzecz, jaką bym zmieniła.

Poza tym nie miałam innych, większych kontuzji, które mnie wykluczały.

JJ: Osiągnęłaś praktycznie pełnoletność w lekkiej atletyce. Już od wieku juniorki zdobywałaś medale na mistrzostwach Europy i poprawiałaś rekordy kraju…

SE: Tak i wiem, iż gdyby nie te kontuzje, które mi doskwierały, to pewnie zdobyłabym ich więcej.

JJ: Umiałaś odpuszczać?

SE: Gdy już nie mogłam biec… Pamiętam jak dziś decyzję przed Igrzyskami Olimpijskimi w Tokio, na które miałam kwalifikację. Zabrakło mi, może tygodnia, dwóch, żeby wyluzować trening przed startem na Drużynowych Mistrzostwach Europy. Myślę, iż do tego Tokio bym pojechała, bo planowaliśmy z trenerem Szymaniakiem zmniejszać obciążenia, ale na jednym z ostatnich treningów poczułam, iż chyba naderwałam Achillesa… Pamiętam, iż jeszcze z miesiąc walczyłam, żeby wrócić do przygotowań i żeby do tego Tokio pojechać, ale w końcu się poddałam. Podczas treningu na stadionie po prostu się zatrzymałam i powiedziałam do trenera Szymaniaka, iż już nie dam rady trenować. Byłam znana w środowisku z tego, iż ZAWSZE wykonywałam trening. Co by się nie działo, ja trening zawsze bym ukończyła, więc możesz sobie wyobrazić, jaki to był okropny ból…

JJ: Ja nie chcę sobie choćby wyobrażać!

SE: Tak to wyglądało. Sport nie jest dla miękkich ludzi i Ty dobrze o tym wiesz.

JJ: Miałyśmy twardą dupę, ale miękkie serduszko.

SE: Dokładnie tak. Lekkoatletyka była zawsze miłością, moją i Twoją.

Niestety ta miłość była czasami wyłącznie jednostronna.

JJ: Czy czułaś żal, iż to właśnie Ciebie spotykają kontuzje, których nie możesz się pozbyć?

SE: Wielokrotnie czułam żal. Gdy to się działo, zadawałam sobie w głowie pytanie „dlaczego ja?”. Kiedyś w lesie, gdy byłam już bardzo zmęczona, szczególnie psychicznie, wykrzyczałam z płaczem „DLACZEGO JA?”. Na przestrzeni lat lekkoatletyka stała się dla mnie miłością platoniczną, a sukcesy stały się niedoścignione. Pewien etap w moim życiu chyba przeminął i zaczęłam się z tym godzić, powolutku, z dnia na dzień, iż może to już nigdy nie wróci.

JJ: Ile trwał okres od pierwszych sygnałów Twojego organizmu, iż to nie pójdzie dalej, od momentu, kiedy powiedziałaś sobie „rozumiem, czas odwiesić kolce”?

SE: Myślę, iż w 2023 roku już na Mistrzostwach Świata w Budapeszcie były pierwsze sygnały, iż jestem bardzo zmęczona, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Później nie pomagały długie roztrenowania i adekwatnie żadne inne czynności, które robiłam! Doszło do tego, iż w przygotowaniach do Igrzysk Olimpijskich w Paryżu wzniosłam się na niebotyczny poziom profesjonalizmu. Wstawałam o 6 rano, chodziłam codziennie na poranne spacery z ekspozycją na naturalne światło słoneczne. Medytowałam, blokowałam ekspozycję na światło niebieskie, przeszłam na specjalistyczną dietę i mogłabym tak wymieniać bez końca… Wykonywałam wszystkie protokoły od specjalistów, z którymi współpracowałam. To faktycznie trochę pomagało, ale było widać, iż choćby przy tak wielkim zaangażowaniu nie jest dobrze. Organizm dawał coraz większe sygnały, iż już nie jest w stanie się wzbić na wyżyny i znieść wielomiesięcznych obciążeń treningowych.

Światełkiem w tunelu była zmiana trenera i wyjazd do Anglii. Tam ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu byłam w stanie po kilku miesiącach od zabiegu rozpocząć treningi w nowej grupie już na wysokim poziomie.

Faktycznie z miesiąca na miesiąc było widać, jak dobrze adaptuję się do nowych bodźców i zaczęło to wyglądać ponadprzeciętnie. W maju 2025 roku było sporo treningów, które kończyłam zaraz za Georgią Bell czy Sarah Healy, więc dla mnie to było naprawdę motywujące! Jakbym biegała 3:55 – 3:56, to bym była przeszczęśliwa! No, ale biegałam dużo, dużo wolniej. Przestała dowozić mi psychika. Lata kontuzji, lata presji, lata trudów, lata ciężkiego treningu i reżimu, któremu ja sama się poddałam, zaczęły wychodzić. Coraz bardziej, bardziej, bardziej. Po tamtym sezonie zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Na początku walczyłam, żeby wrócić do sportu. Doszłam jednak do momentu, w którym wstałem pewnego dnia i pomyślałam, iż to już koniec, po prostu…

JJ: Jak trudna była to myśl? Czułaś zawód i smutek, czy raczej nadzieję, iż to początek czegoś nowego?

SE: Spadł mi kamień z serca! Poczułam się nagle wolna. Tak, jak poczułam się dzisiaj biegając po stadionie, bez żadnego „trzeba”, bez żadnego „muszę”. Doszłam do momentu, w którym jestem ze sobą w zgodzie. Wiem, iż to już jest odpowiedni moment, iż zrobiłam absolutnie wszystko co mogłam. Pasja, którą miałam przez lata, zaczęła destrukcyjnie działać na mnie i moje życie. Kiedyś przychodzi słowo „koniec”. Do mnie przyszło właśnie teraz.

JJ: Pomówmy o radosnych momentach Twojej kariery. Zostawmy te kontuzje i wszystkie inne przeciwności losu. Sport zawodowy to też niezapomniane chwile, kiedy zdobywasz medal, jesteś w życiowej formie i dosłownie fruwasz!

SE: Tak, tych momentów było bardzo dużo! Pierwszy, który wspominam bardzo często, to start w Berlinie na Mistrzostwach Europy. To tam zdobyłam pierwszy medal wielkiej imprezy na stadionie. Kurczę, ja tego biegu do końca nie pamiętam, bo wszystko tam wydarzyło się tak idealnie, wręcz w magiczny sposób, tak jak to sobie wymarzyłam i zwizualizowałam z psychologiem. Oczywiście w przygotowaniach miałam trochę pecha, bo będąc w St. Moritz na 2-3 tygodnie przed tą imprezą zachorowałam. Mimo to pamiętam, iż wtedy byłam w tak dobrej formie psychicznej, iż nic nie było w stanie mnie zatrzymać. Serio! choćby gdybym chora położyła się do łóżka na tydzień i tak zdobyłabym ten medal. Najlepiej wspominam momenty, kiedy moja psychika była wolna i biegałam lepiej niż bym się tego mogła spodziewać. To były dla mnie absolutnie najpiękniejsze chwile. Rywalizacja bez żadnej kalkulacji czy skomplikowanych taktyk.

JJ: Dużo było takich startów?

SE: Nie, myślę, iż na palcach dwóch rąk mogę to policzyć, jakbym się pewnie jakoś tak bardzo nad tym zastanowiła. Reszta to były starty bardzo ciężko wypracowane, zaplanowane, które trzeba było dowieść.

JJ: Sport to też kawał życia! Co zabierzesz z niego w dalszą podróż? Co zapakujesz do torby? Które umiejętności, jakie wartości?

SE: Do tej symbolicznej torby zabiorę przede wszystkim ludzi, których spotkałam po drodze. Miałam ogromne szczęście współpracować z wybitnymi sportowcami, trenerami, ale też z fantastycznymi firmami i ekspertami z różnych branż. Każde takie spotkanie czegoś mnie nauczyło i ukształtowało. Bardzo dużo dały mi również treningi za granicą. Zobaczyłam, iż można osiągać najwyższy poziom sportowy, nie rezygnując z życia prywatnego. Najlepsi zawodnicy świata potrafią oddzielić trening od codzienności, mają przestrzeń na odpoczynek, rodzinę i zwyczajne życie. To właśnie daje im wewnętrzny spokój i długofalową równowagę. Dziś wiem, iż sukces nie powinien być budowany kosztem wszystkiego innego. Sport nauczył mnie też czegoś bardzo ważnego o relacjach. Kiedy wszystko idzie dobrze, wokół jest wiele osób. Prawdziwą wartość ludzi poznaje się jednak wtedy, gdy przychodzą trudniejsze momenty. Właśnie wtedy zostają Ci, na których naprawdę można liczyć. To lekcja, którą zabiorę ze sobą na całe życie. Z perspektywy zawodowej wynoszę ze sportu umiejętności, które są cenne w każdej branży: konsekwencję, odporność psychiczną, umiejętność pracy pod presją czy współpracy z ludźmi oraz gotowość do ciągłego uczenia się. Sport nauczył mnie także pokory i świadomości, iż choćby po największym sukcesie następnego dnia trzeba wrócić do pracy.

JJ: Czy Ty masz pomysł na to, co moglibyśmy zmienić, żeby moment zakończenia kariery sportowej był mniej bolesny?

SE: Zgodnie stwierdziłyśmy, iż to jest duży problem, którym trzeba się zająć. Większość sportowców, choćby tych, którzy kończą studia, są zabezpieczeni finansowo i mają poukładane życie prywatne tak czy inaczej bardzo przeżywają zakończenie kariery.

Gdy mówimy o zakończeniu jednej czynności, którą doprowadzamy do absolutnej perfekcji, to ciężko jest się skupić na czymś innym, żeby jeszcze drugą czy trzecią robić na tym samym poziomie. To jest bardzo, bardzo trudne, żeby się przygotować do zakończenia kariery, choćby jak Ci się wydaje tak jak mi, iż masz skończone studia, masz plan na siebie, masz wszystko poukładane, zainwestowane pieniądze, szczęśliwy związek, to i tak jest to niezwykle trudne, bo to kawałek Ciebie. Ba! choćby nie kawałek, a większość Ciebie i nagle musisz żegnać się z tym bezpowrotnie… Postawiłabym przede wszystkim na edukację i dzielenie się tym, jak przeżywali podobne sytuacje doświadczeni sportowcy już po tej drugiej stronie z tymi, którzy są w tej chwili w prime time. To pomoże rozjaśnić, poukładać i ukierunkować sportowców. Wielu na topie nie wie, co będzie robić po karierze i to jest bardzo duży problem, którym za bardzo nikt się nie zajmuje. Sama na swoim przykładzie mogę powiedzieć, iż mi zajęło to miesiące, a niektórym sportowcom zajmuje to lata. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, iż będzie dobrze. Słyszymy: „dasz radę!”, natomiast bardzo rzadko ktoś mówi „odpuść”… Sportowcy w DNA mają to, żeby się nie poddawać i przede wszystkim są od najmłodszych lat zaprogramowani, do tego, żeby wygrywać, zawsze dawać radę i mierzyć się z największymi przeciwnościami losu. Skoro wychodzę na start na mistrzostwach świata, na igrzyskach olimpijskich i walczę z najlepszymi na świecie, no to co, nie dam sobie rady? Jak mam kontuzję czy gorszy sezon, no to jasne, iż ze wszystkim sobie poradzę! Każdy sportowiec czuje się trochę niezniszczalny. Mój psycholog mówi, iż skoro się było kiedyś półbogiem, to jak żyć normalnie? Myślę, iż tak jest. Bo my nie przyznajemy się, iż żyjemy w cudownym świecie, który, gdy pryska jak bańka mydlana, to nie wiemy, w którą stronę podążać.

JJ: Sofia, czy Ty jesteś z Ciebie dumna?

SE: Hmmm… Nie wiem.

JJ: Masz wór medali i Ty się zastanawiasz?

SE: Medale to tylko symbol, a dla mnie liczy się to, co mam w głowie i w sercu po latach spędzonych w sporcie. Tytuły same w sobie nigdy nie dawały mi tyle dumy z siebie, co przyziemne czy ludzkie aspekty. Cieszę się, iż wypracowałam silną markę osobistą, a moja kariera była ważna i wartościowa dla ludzi. Dzięki temu wspieram wiele inicjatyw oraz motywuję młodych adeptów sportu przekazując im to, czego sama się nauczyłam. Wychodzę również poza świat sportu dzieląc się z ludźmi swoimi doświadczeniem podczas występów publicznych oraz będąc uczestnikiem licznych wydarzeń.

Dla mnie wartością teraz jest już zupełnie coś innego. Bardzo mi się pozmieniały priorytety, szczególnie przez ostatni rok. Medale trzymam w pudełku z Ikei. I choćby nie są podpisane. W moim domu na pierwszy rzut oka nie zobaczysz żadnych pamiątek. Pamiętam moment, kiedy je wszystkie schowałam. To było w 2023 roku po przyjeździe z Budapesztu. Mentalnie coś we mnie wtedy pękło. Po powrocie wszystkie medale i puchary schowałam do kartonów, a regał wyrzuciłam na śmietnik.

JJ: Czy to już czas na nowy regał?

SE: Mój chłopak twierdzi, iż w naszym przyszłym domu przygotuje na to specjalne miejsce. Trochę wstyd, iż trzymam wszystko w pudłach, ale spokojnie, to kawał mojego życia więc przyjdzie moment, kiedy znajdzie się dla nich wyjątkowe miejsce.

JJ: Komu jesteś wdzięczna za tę przygodę? Za to, gdzie teraz jesteś i kim jesteś?

SE: Na przestrzeni lat dziękowałam wszystkim: trenerom, sponsorom, klubowi, PZLA, Ministerstwu Sportu i Turystyki, Ministerstwu Obrony Narodowej, wojsku… Lista byłaby bardzo długa gdybym zaczęła dłużej wymieniać. Wszystkim ludziom, którzy stanęli na mojej drodze jestem dalej bardzo wdzięczna, bo bez nich wiele sukcesów nie miałoby racji bytu. Ostatnie miesiące zaszła we mnie spora zmiana i zaczęłam być wdzięczna również, a może przede wszystkim sobie. Zrobiłam kawał dobrej roboty i włożyłam ogromny wysiłek w to, co zbudowałam przez ostatnie lata. Bywa, iż czasami o tym dalej zapominam…

JJ: Sofia zapisałaś się na kartach historii lekkiej atletyki!

SE: Skoro tak mówisz, to musiałaś przestudiować dokładnie tabele, bo ja do nich nigdy nie zaglądałam, zawsze robił to trener Szymaniak. Wychodzi na to, iż to dobry moment, żeby się pożegnać, z bogatym doświadczeniem i życiowymi refleksjami zaczynam pisać nowy rozdział. Czas zawiesić kolce na kołku i pójść dalej, bo życie to przygoda i warto o tym pamiętać.

JJ: Sofia, witaj po drugiej stronie! Nie chcę brzmieć jak wszyscy ludzie w sporcie, ale powiem, iż „będzie dobrze!”

SE: Tak. Pamiętajmy tylko, iż każdy z nas musi finalnie sam znaleźć receptę na własne szczęście.

Idź do oryginalnego materiału