To był rollercoaster. Iga Świątek miała piłkę meczową, ale ostatecznie przegrała półfinał Australian Open 2025 z Amerykanką Madison Keys. I to wciąż półfinał, do którego dotarła także cztery lata temu, pozostaje jej najlepszym wynikiem w pierwszej odsłonie Wielkiego Szlema w sezonie. Czy teraz się to zmieni?
REKLAMA
Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. "Mam nadzieję, iż jeszcze sporo przede mną"
Świątek wraca po szalonym rollercoasterze. Jednak bez polskiego meczu na otwarcie
Dotychczas można było odnieść wrażenie, iż na początku roku Idze towarzyszy większe napięcie. Ale przecież powtarzano także, iż Polka ma problem z grą na trawie, a w ubiegłym roku zamknęła usta niedowiarkom i zaskoczyła samą siebie, odnosząc historyczne zwycięstwo w Wimbledonie.
To wtedy właśnie zaczęto coraz głośniej mówić o karierowym Wielkim Szlemie. Po ostatnim występie w United Cup mogły pojawić się pewne znaki zapytania dotyczące gry Polki, ale trudno orzec, czy problemy z Sydney przeniosą się do Melbourne. Natomiast przy każdym turnieju wielkoszlemowym ważne jest, by Świątek nie trafiała od razu na bardzo groźne przeciwniczki i miała szansę złapać rytm. Na bazie losowania drabinek Australian Open wydaje się, iż ten warunek został teraz spełniony.
Druga rakieta świata nieco dłużej czekała na wyłonienie rywalki na otwarcie, bo los zestawił ją z jedną z kwalifikantek, a te zostały przydzielone do poszczególnych zawodniczek na późniejszym etapie - po zakończeniu eliminacji. Ale trudno przypuszczać, by którakolwiek z kwalifikantek okazała się dla niej poważniejszym zagrożeniem. Z perspektywy polskich kibiców dodatkową atrakcją byłoby trafienie na Lindę Klimovicovą. Pochodząca z Czech tenisistka, która w listopadzie zadebiutowała w barwach Polski w Pucharze Billie Jean King, czeka już z niecierpliwością na debiut w głównej drabince Wielkiego Szlema. Ale tak się nie stało - Świątek zmierzy się z Yue Yuan. Po raz drugi w karierze, bo 130. na liście WTA Chinkę pokonała już w ubiegłym roku w Pekinie.
Wydaje się też, iż kłopotem dla Polki nie powinno być w drugiej rundzie odniesienie zwycięstwa nad Czeszką Marie Bouzkovą lub Meksykanką Renatą Zarazuą. Najbardziej realną opcją w kolejnej fazie zmagań wydaje się zaś Rosjanka Anna Kalinska.
Polscy kibice czekają na ten mecz od pół roku. Schody w drabince Świątek od połowy turnieju
Ciekawie robi się od 1/8 finału. Na tym etapie Polkę może czekać pojedynek z Naomi Osaką. A ten przyciągałby uwagę z kilku względów. Po pierwsze, tenisistki poprzednio trafiły na siebie w drugiej rundzie Roland Garros 2024 i stoczyły emocjonujący trzysetowy pojedynek, w którym będąca faworytką Świątek była o piłkę od porażki. Przetrwała jednak napór Japonki i w powszechnej opinii był to jej najtrudniejszy mecz w tamtej edycji paryskiej imprezy, którą wygrała. Ale rywalizacja z Osaką teraz miałaby dodatkowy smaczek – w połowie poprzedniego sezonu trenerem zdobywczyni czterech tytułów wielkoszlemowych został Tomasz Wiktorowski, który wcześniej pracował ze Świątek. Od tego czasu drogi Polki i Osaki jeszcze w żadnym turnieju się nie przecięły.
Początek współpracy Japonki z byłym szkoleniowcem nie tylko Świątek, ale i Agnieszki Radwańskiej przyniósł rewelacyjne efekty – po ponad czterech latach przerwy doświadczona zawodniczka dotarła do półfinału w Wielkim Szlemie. Pytanie jednak, czy teraz będzie w stanie zagrać na takim poziomie jak w US Open 2025, bo później nie wiodło się jej już tak dobrze. Inną potencjalną rywalką Polki na tym etapie może być Eva Lys. Niemka, którą wcześniej pokonywała bez najmniejszych problemów, ale która podczas United Cup zagrała świetnie i mocniej postawiła się faworytce.
Prawdziwe schody dla Świątek mogą zacząć się w ćwierćfinale. Pojawiają się tu dwa nazwiska, które wymagają zachowania szczególnej ostrożności. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak groźna potrafi być na kortach twardych Jelena Rybakina (Polka przegrała ostatnio z reprezentantką Kazachstanu w listopadowym WTA Finals), a Belinda Bencić wzorcowo taktycznie rozegrała spotkanie ze Świątek w finale United Cup i wykorzystała wszelkie słabości rywalki.
W półfinale Polkę może czekać m.in. mecz z Amandą Anisimovą, z którą przegrała ostatnio dwukrotnie. Inny scenariusz zakłada np. pojedynek z uznawaną za koszmar 24-latki Jeleną Ostapenko, choć trudno przewidzieć, czy grająca bardzo nierówno Łotyszka będzie w stanie dotrzeć tak daleko. W meczu o tytuł z kolei mogłyby czekać liderka światowego rankingu Białorusinka Aryna Sabalenka lub Coco Gauff. Amerykanka wygrała aż cztery ostatnie mecze ze Świątek i to właśnie w meczu z nią podczas United Cup gra Raszynianki po raz pierwszy mocno się posypała.
Hurkacz uniknął najgorszego. Duży test przed Polakiem i czekanie na Djokovicia
O ile w kontekście Świątek na tegoroczny Australian Open patrzy się przez pryzmat skompletowania karierowego Wielkiego Szlema, to u Huberta Hurkacza mowa o wyczekiwanym od siedmiu miesięcy powrocie. Wrocławianin, który pauzował z powodu kolejnych kłopotów z kolanem, ze świetnej strony pokazał się w United Cup i przed losowaniem drabinki turnieju w Melbourne wspominano, iż wielkim pechowcem byłby gracz z czołówki, który trafiłby na Polaka już na początku imprezy. A było to możliwe, bo ten po raz pierwszy od lat nie jest rozstawiony w Wielkim Szlemie.
Rozpoczęcie tak ważnego turnieju od konfrontacji z topowym przeciwnikiem mogłoby też być jednak sporym niebezpieczeństwem dla Hurkacza. Na szczęście, uniknął go. Zacznie od meczu z Belgiem Zizou Bergsem (43. ATP), z którym jeszcze nigdy się nie mierzył. W drugiej rundzie mógłby trafić na Holendra Tallona Griekspoora, którego pokonał ostatnio w United Cup, a w trzeciej na Czecha Jakuba Mensika, z których wygrał oba dotychczasowe spotkania. Wisienką na torcie byłoby, gdyby dotarł do 1/8 finału i zagrał przeciwko legendarnemu Serbowi Novakovi Djokoviciowi.
O ile jednak bardzo efektowny występ Hurkacza w Sydney natchnął sporą dawką optymizmu, to warto też zachować ostrożność. Nie można bowiem zapominać, iż United Cup był jego pierwszym startem od ponad pół roku. I o tym, iż rywalizacja w Wielkim Szlemie to dla singlistów mecze rozgrywane do trzech wygranych setów. A to oznacza dodatkowy test wytrzymałości dla 28-letniego Polaka.

1 godzina temu











