Robert Karaś znowu się skompromitował. Totalne samozaoranie

1 miesiąc temu
Zdjęcie: Screenshot YT: https://www.youtube.com/watch?v=qidwByrQSKs


Wywiad w TVN był dla Roberta Karasia szansą, by w końcu posypać głowę popiołem i przyznać się do popełnionych błędów. O ile ultratriathlonista przyznał, iż brał zakazane środki, o tyle skruchy w ogóle nie wyraził. To była jedna wielka kompromitacja i samozaoranie - pisze Konrad Ferszter ze Sport.pl.
Przed miesiącem Robert Karaś został zdyskwalifikowany przez Amerykańską Agencję Antydopingową (USADA) za kolejną wpadkę dopingową. W próbce pobranej od ultratriathlonisty po zawodach na Florydzie w lutym 2024 r. wykryto dwie zakazane substancje: drostanolon i klomifen.


REKLAMA


Zobacz wideo


Karaś otrzymał tak surową karę przede wszystkim dlatego, iż była to jego druga wpadka. W lipcu 2023 r. dowiedzieliśmy się, iż Polak miał pozytywny wynik testu antydopingowego, który wykonano trzy dni po zawodach w Rio de Janeiro, gdzie Karaś pobił rekord świata na dystansie 10-krotnego Ironmana. Wykryto u niego drostanolon oraz meldonium. Federacja IUTA (International Ultra Triathlon Association) ten rekord jednak wymazała, a Polaka zawiesiła na dwa lata.
W sobotę telewizja TVN opublikowała pierwszy wywiad z Karasiem po decyzji USADA o ośmioletniej dyskwalifikacji. W rozmowie z Mateuszem Hładkim ultratriathlonista kolejny raz tłumaczy się z przewinień i opowiada, jak w ogóle do nich doszło. I trzeba powiedzieć wprost: Karaś, zamiast wykorzystać szansę do przyznania się do błędu, tylko się skompromitował. To było samozaoranie.
Nie będę wnikał i rozstrzygał, ile czasu w organizmie utrzymuje się drostanolon i jak wykrywalny jest klomifen, co chętnie i zawile tłumaczył Karaś. Nie mam takiej wiedzy i mieć jej nie muszę. Wystarczy, iż wcześniejszych tłumaczeń zawodnika nie przyjęła Polska Agencja Antydopingowa.
Karaś ośmieszył się już w pierwszym zdaniu, kiedy na pytanie: "Czy nas wszystkich oszukałeś i jechałeś na dopingu?", odpowiedział: "Nie, zupełnie nie". I chwilę później przyznał, iż wziął zakazane środki z pełną świadomością i premedytacją.


Tak nie zachowują się sportowcy
- Wiedziałem, iż są to środki zakazane. Ale nie wiedziałem, na co wpływają. Zapytałem o to dopiero, kiedy dostałem pierwsze pismo, iż wpadłem na dopingu - wypalił Karaś. A wcześniej dał popis skrajnej głupoty i nieodpowiedzialności.
Karaś tłumaczył, iż zakazane środki otrzymał od mężczyzny, który sam przedstawiał się jako "Michał". Ultratriathlonista trafił do niego w trakcie przygotowań do walki w Fame MMA z "Filipkiem", która odbyła się w lutym 2023 r.
- Była taka sytuacja, iż złamałem jeden i drugi nadgarstek, żebra i kość śródstopia. Kiedy złamałem piątą kość śródstopia, to był kulminacyjny moment i zauważył to też kolega na macie. Powiedział mi: "Robert, ty się cały sypiesz. Ty nie jesteś do tego stworzony. Idź do lekarza, bo powinieneś być inaczej suplementowany" - wspominał Karaś.
I tu ośmieszył się kolejny raz, bo, jak się okazało, Karaś nie poszedł do lekarza, tylko co najwyżej do hobbysty, czego choćby nie sprawdził. - Poszedłem do gościa. (...) To nie był lekarz, tylko ja myślałem, iż to jest lekarz. Nie sprawdzałem jego kwalifikacji - przyznał ultratriathlonista.


Karaś nie sprawdził ani środków, które przyjął, ani człowieka, który mu je przepisał. Który sportowiec na świecie robi coś takiego? Ale to tylko początek. Karaś bowiem nie tylko nie widzi swojej winy, ale także broni mężczyzny, który przepisał mu zakazane środki.
- Nie chcę analizować jego słów. Ja go bardzo szanuję, bo wiem, iż chciał mi pomóc. (...) Według mnie on zna się na suplementowaniu sportowców. Nie żałuję, iż do niego poszedłem - mówił. By za chwilę dodać: - On tutaj się pomylił. Nie chciał źle, nie chciał mnie wkopać. Nie miał wiedzy.
W ten sposób Karaś tłumaczył, jak doszło do tego, iż zakazane substancje, które miały zniknąć z jego organizmu po 72 godzinach, utrzymały się w nim kilka miesięcy. Ultratriathlonista tłumaczył, iż drostanolon zachował się w tłuszczu, o czym "Michał" nie miał pojęcia. Widocznie jednak nie znał się na suplementowaniu sportowców, czego uparcie trzymał się Karaś. A wystarczyło skorzystać z pomocy prawdziwego lekarza, specjalisty, a nie anonimowego szarlatana. Ten pierwszy na pewno nie przepisałby dopingu.
"Wszyscy biorą, wezmę i ja"
Odrębną sprawą są intencje Karasia. Tutaj też nie zachował się jak sportowiec. Karaś nie czuje się winny, bo jego zdaniem sprawa nie wpisuje się w definicję "dopingu", którą on sam ułożył sobie w głowie. - Dla mnie branie dopingu to jest intencja, żeby zrobić sobie sztuczną przewagę nad innymi. Ale ja wiem, co ja czułem w sercu. Ja nie chciałem. Nie chciałem zawieść kibiców. Chciałem tylko wyjść do walki - powiedział Karaś.


- Gdybym wiedział, iż w Fame MMA nikt nie bierze zakazanych środków, nigdy sam bym po nie nie sięgnął. Dla mnie doping jest oszustwem nad rywalem. Ale wiedziałem, iż to ma zniknąć z organizmu po 72 godzinach. Wiedziałem, iż w obszarze triathlonu nikogo nie oszukam. Moje intencje nie były takie, żeby oszukać innego triathlonistę na zawodach - dodał.
Ręce opadają. Karaś wiedział, iż przyjmuje zakazane środki, ale do winy się nie poczuwa, bo - jego zdaniem - w Fame MMA biorą wszyscy. Poza tym środki miały zniknąć z jego organizmu maksymalnie do trzech dni, więc sprawy w triathlonie w ogóle nie powinno być. Czy można bardziej bezpośrednio wystawić się na strzał?
Panie Robercie, przy całym uznaniu dla pańskich wcześniejszych osiągnięć, tak nie zachowuje się sportowiec. Tłumaczy się pan, iż zaufał nieodpowiedniej osobie, ale z drugiej strony w ogóle pan tego nie żałuje. Z premedytacją przyjął pan zakazany środek tylko dlatego, iż w Fame MMA nie wykonuje się testów antydopingowych. "Wszyscy biorą, wezmę i ja" - tak nie tłumaczy się sportowiec. Niezależnie od okoliczności.
Karaś tłumaczy, iż pozostałości przyjętych przed walką środków nie miały żadnego wpływu na osiągane przez niego wyniki w dwóch kolejnych startach w Ironmanach. Trudno w to uwierzyć, bo nie od dziś wiadomo, iż meldonium, które u niego wykryto, zwiększa tolerancję na wysiłek fizyczny. Zresztą co to w ogóle za tłumaczenie? Sportowiec z krwi i kości nie przyjąłby dopingu pod żadnym pozorem. Karasia dziś sportowcem trudno nazwać. A na pewno nie tym zawodowym.


Nie tylko trochę głupi
- Ja nikogo nie oszukałem. Tego w trzy dni miało nie być. Nie chciałem sobie zrobić sztucznej przewagi nad "Filipkiem". Chciałem tylko stanąć na nogi, z czego pewnie też cieszył się mój przeciwnik, bo uratowałem nie tylko tę walkę, ale też jego pieniądze, bo w krótkim czasie pewnie nie znaleźliby mu kolejnego przeciwnika. (...) Nie kumam, czemu ludzie widzą we mnie oszusta. Nie zrobiłem nic złego. Zero - powiedział Karaś.
Spieszę z odpowiedzią. Panie Robercie, ludzie widzą w panu oszusta, bo świadomie i z premedytacją wziął pan doping. choćby jeżeli w Fame MMA i Ironmanach nie dało to panu przewagi nad rywalami - w co naprawdę trudno uwierzyć - to sam czyn sprawia, że, owszem, zrobił pan coś złego.
I, co najgorsze, Karaś nie tylko nie żałuje szprycowania się, bo według swojej definicji nie zrobił nic złego. On cynicznie tę sytuację wykorzystał dla korzyści. - Czy żałuję, iż wziąłem? Myślałem o tym i szczerze? Nie byłbym dzisiaj w Bahrajnie. Nie miałbym takich możliwości. Ta furtka otworzyła się dopiero wtedy, kiedy osoby z rodziny królewskiej królestwa Bahrajnu zapoznały się z tą sprawą, wiedziały, jak jestem zdeterminowany, do czego jestem zdolny, jaki mam talent i chciały to wykorzystać. Więc chyba nie żałuję. Nie cofnąłbym czasu. Pomimo hejtu śpię spokojnie - wypalił Karaś, który ma zamiar teraz reprezentować Bahrajn.
Po tej wypowiedzi trudno mieć dla Karasia cień współczucia. - Może jestem trochę głupi - powiedział Karaś Hładkiemu, gdy został spytany, dlaczego nie sprawdził człowieka, który przepisał mu zakazane środki. Cały wywiad pokazał, iż słowo "trochę" było niedoszacowaniem.
Idź do oryginalnego materiału