Prevc goni Nykaenena. Do tej pory nikomu się to nie udało

2 godzin temu

Jest w świecie skoków pięć wielkich imprez. Puchar Świata, mistrzostwa świata, mistrzostwa świata w lotach, Turniej Czterech Skoczni, no i igrzyska. Tylko jeden gość skompletował je wszystkie. Ten gość to najlepszy skoczek w historii i zwie się Matti Nykaenen. Przez lata nikt do niego nie dołączył. Ale teraz o krok jest – sensacyjnie – Domen Prevc. Czy mu się uda?

Domen Prevc kontra historia. Czy dogoni Nykaenena?

Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć o jednej, bardzo ważnej kwestii: pięć najważniejszych trofeów skompletować można dopiero od 1980 roku. To w okresie 1979/80 ruszył pierwszy sezon Pucharu Świata. Dawniejsi skoczkowie po prostu nie mogli tego zrobić i mieli do dyspozycji tylko cztery imprezy.

Choć i to nie do końca.

Bo zimowe igrzyska olimpijskie ruszyły w 1924 roku. Rok później rozpoczęto organizację mistrzostw świata (nawiasem pisząc: triumf w igrzyskach był w tamtym okresie traktowane jako równoczesne wywalczenie złota MŚ). W 1953 roku ruszył z kolei Turniej Czterech Skoczni, a dopiero w 1972 mistrzostwa świata w lotach (również dlatego, iż wcześniej skoczni mamucich nie było). Innymi słowy skoczkowie, którzy rządzili w międzywojniu mogli zdobyć dwa tytuły. Ci powojenni – trzy. Dopiero kolejne pokolenia dostały czwartą i piątą wielką imprezę.

Ale mimo wszystko to 46 lat historii. Całkiem sporo. A jednak poza Nykaenenem żaden z gigantów tego sportu nie zdołał zgarnąć tego skokowego „pokera”.

Kto jednak był blisko?

Spis treści

  1. Domen Prevc kontra historia. Czy dogoni Nykaenena?
  2. Galeria sław. I każdemu brakuje jednego tytułu
  3. Era pierwsza. Poprzednie stulecie
  4. Era druga. Trzy lata z rzędu
  5. Era trzecia. Dwójka wielkich ostatnich lat
  6. Domen o jeden krok od nieśmiertelności
  7. Matti nie będzie już sam?
  8. Czytaj również na Weszło:

Galeria sław. I każdemu brakuje jednego tytułu

Cztery na pięć jako pierwszy zgromadził Hans-Georg Aschenbach, który wygrał wszystko poza Pucharem Świata. Sęk w tym, iż PŚ wygrać nie mógł, bo… skończył karierę, zanim powołano tę imprezę do życia. Jako jedyny z ery „przedpucharowej” ma jednak cztery pozostałe tytuły, łącznie z mistrzostwami świata w lotach. Austriak to zresztą wielki skoczek, ale bardzo gwałtownie zszedł ze sceny – już w wieku 25 lat, po ledwie pięciu sezonach startów.

A i tak wygrał w tym okresie wszystko, co wówczas mógł wygrać.

I może trochę szkoda, iż nie dotrwał do trzydziestki, żeby choć przez jeden sezon powalczyć o Kryształową Kulę. W każdym razie – po Aschenbachu zaczyna się już galeria dobrze nam znanych nazwisk, którą ustawimy chronologicznie – według momentu, w którym skompletowali cztery trofea z pięciu dostępnych.

Era pierwsza. Poprzednie stulecie

Po pierwsze więc: Jens Weissflog. Wielki skoczek najpierw z NRD, a potem reprezentujący już Niemcy. Lista jego sukcesów się ciągnie, ale nas interesują te pierwsze, które pozwoliły mu skompletować „karetę”. A te wszystkie przyszły w latach 1984-1985. Krótki okres, a już miał niemal wszystko. Niemal, bo zabrakło mu mistrzostwa świata w lotach. Niemiec gonił za nim przez całą karierę, ale nie był urodzonym lotnikiem. Mimo tego dwa razy stał na podium – w 1985 roku, w najwyższej formie, był 2. Pięć lat później skończył 3.

Jens Weissflog. Fot. Newspix

MŚ w lotach to zresztą ta impreza, która najczęściej nie pozwalała komuś zgarnąć pokerka. Takim przypadkiem jest też Espen Bredesen. Norweg, który zaliczył dwa wielkie sezony – 1992/93 i 1993/94. Miał chłop swój okres i wykorzystał go niemalże w pełni. W 1993 roku został mistrzem świata, a sezon później zgarnął PŚ, złoto i srebro igrzysk oraz Turniej Czterech Skoczni. Zabrakło mu tylko złota z lotów, gdzie był drugi.

Zresztą to historia przypominająca tę Domena Prevca – z tą różnicą, iż Słoweniec loty wygrał. Ale do tego jeszcze przejdziemy.

Pięć lat po Bredesenie w bardzo podobnym stylu cztery trofea zgarnął bowiem Kazuyoshi Funaki. I kto interesuje się skokami nie od dziś, ten z miejsca powinien być w stanie wskazać, iż Japończyk nie wygrał Kryształowej Kuli. I to jedyny taki przypadek w tym gronie. U siebie, w Nagano wielki japoński skoczek zgarnął złoto i srebro igrzysk. Wcześniej w tym samym sezonie wygrywał też Turniej Czterech Skoczni i mistrzostwa świata w lotach. Tytuł „zwykłych” MŚ dołożył rok później, w Ramsau, na skoczni normalnej.

Ale PŚ? Tego się zdobyć nie udało. w okresie 1997/98 wyprzedził go jeden z największych „meteorów” w świecie skoków – Primoz Peterka. Słoweniec był lepszy o 20 punktów. A rozegrano wówczas 27 konkursów.

Era druga. Trzy lata z rzędu

Potem? Potem trzeba było czekać 11 lat na kolejnego „karetowca”. A jak już poczekaliśmy, to w trzy sezony dostaliśmy trzech.

W zimie 2009/10 cztery trofea skompletował Simon Ammann. Rok później zrobił to Thomas Morgenstern. A w 2012 roku Gregor Schlierenzauer. Każdemu z nich chwilę to jednak zajęło – od pierwszego wielkiego triumfu do tego „kompletującego” minęło odpowiednio osiem lat u Szwajcara, pięć u starszego Austriaka i cztery u najmłodszego z tego grona. Simi ostatecznie też jest w tym zestawieniu przykładem wyjątkowym – bo jako jedyny skoczek z czterema pozostałymi tytułami nie wygrał Turnieju Czterech Skoczni.

Igrzyska – wiadomo. Ma cztery złota, z dwóch dubletów. Mistrzostwo świata zgarnął w 2007 roku na dużej skoczni w Sapporo, gdy niespodziewanie na podium nie stanął Adam Małysz. A MŚ w lotach i Puchar Świata w swoim najlepszym sezonie – w 2010 roku. Swoją drogą Ammann jest przykładem skoczka, który kompletowanie trofeów zaczął od tego teoretycznie najcenniejszego – złota olimpijskiego.

Dokładnie tak jak Thomas Morgenstern, który w 2006 roku o 0,1 punktu ograł kolegę z kadry, Andreasa Koflera na skoczni dużej w czasie igrzysk w Turynie. Potem był Puchar Świata (07/08), a na samym końcu – przy okazji zdobycia Kolejnej Kryształowej Kuli – mistrzostwo świata i Turniej Czterech Skoczni (w 2011 roku). Na MŚ w lotach Thomas na podium był jednak tylko raz – w 2006 roku – i zajął trzecie miejsce.

Thomas Morgenstern świętujący olimpijskie złoto. Fot. Newspix

Gregor? Jemu brakuje igrzysk. Miał do nich pecha, bo albo wyrastał mu znakomity Simon Ammann (i Adam Małysz, w 2010 roku Gregor był dwa razy trzeci, za nimi właśnie), albo nie był już w formie pozwalającej zgarniać medale indywidualnie (2014). A igrzyska w Turynie (2006) odbyły się o rok za wcześnie, by mógł na nich walczyć. W swoim primie wygrał jednak wszystko, co było poza tym do wygrania.

Zaczął od lotów, na których zawsze sobie radził – po złoto sięgnął już w 2008 roku. O dziwo nie zgarnął wtedy jednak Kryształowej Kuli, na tą musiał poczekać jeszcze rok… ale poza tym nie dołożył do dorobku nic. W kolejnym sezonie też nie. Dopiero w 2011 roku został mistrzem świata, a sezon później zgarnął Turniej Czterech Skoczni, którego tu brakowało. A gdy w okresie 2012/13 wygrał Puchar Świata po raz drugi, wydawało się, iż igrzyska w Soczi będą jego.

Ale nie były. A wiecie, kto wtedy królował?

Era trzecia. Dwójka wielkich ostatnich lat

Rosyjskie igrzyska były, oczywiście, popisem Kamila Stocha. Złoty dublet Polaka niesamowicie cieszył, tym bardziej, iż Kamil potwierdzał tym samym swoją klasę i dokładał kolejne trofea do wywalczonego rok wcześniej mistrzostwa świata. Na koniec sezonu zgarnął też pierwszą Kryształową Kulę. Czyli miał już trzy z pięciu trofeów.

Na czwarte czekał do sezonu 2016/17, gdy wygrał Turniej Czterech Skoczni. Złoty Orzeł ładnie uzupełnił jego kolekcję (rok później zgarnął drugiego, wygrywając wszystkie konkursy, to taki dodatkowy plusik przy tych czterech trofeach) i zostało do wygrania tylko jedno. Czyli to najpopularniejsze brakujące trofeum: mistrzostwa świata w lotach. I o rany, jak było blisko! W 2018 roku Kamil był drugi, przegrał z Danielem-Andre Tande o 13,3 punktu. Tyle iż ewidentnie się nakręcał i ze skoku na skok wydawał się lepszy.

Kamil Stoch na igrzyskach w Soczi. Fot. Newspix

Gdyby odbyła się czwarta seria… to kto wie. Norweg, owszem, lotnikiem był genialnym, ale potrafił też – jak rok wcześniej w trakcie TCS – kompletnie się spalić. Wtedy uratowało go to, iż warunki nie pozwoliły na dokończenie rywalizacji.

A Kamilowi zabrało to największą szansę na bycie mistrzem świata i w lotach. Niestety.

W tamtym momencie trzy z pięciu trofeów miał już na koncie Stefan Kraft, drugi z największych skoczków ery „pomałyszowej”. Zaczął, o dziwo, od Turnieju Czterech Skoczni, który wygrał w 2015 roku. O dziwo, bo potem ta impreza zupełnie Stefanowi nie leżała. Radził sobie za to świetnie czy to w Pucharze Świata, czy na mistrzostwach świata – w 2017 roku zgarnął podwójne złoto na tych drugich i wygrał Kryształową Kulę.

Zaskakująco długo czekał jedynie na triumf na lotach. Bo przecież Stefan to lotnik doskonały, były rekordzista świata w długości skoku i trzykrotny zdobywca Pucharu Świata w lotach właśnie. A do 2024 roku nie mógł tytułu zdobyć. Wtedy jednak zaliczał kolejny ze swoich wielkich sezonów i wygrywał trzecią Kryształową Kulę. A po drodze najlepszy okazał się i w Tauplitz. Miał więc cztery wielkie trofea.

Do piątego jednak miał zawsze najdalej ze wszystkich tu wymienionych. Brakuje mu bowiem złota igrzysk. Jego najlepsze miejsce na tej imprezie? Zaledwie 10. Olimpijskie konkursy po prostu mu nie leżą, ale też ma do nich pecha – bo sezony z igrzyskami w tle to zawsze te, w których Stefan formą nie imponuje.

I podobnie jest w tym roku. Można więc założyć, iż akurat on swojej kolekcji nie skompletuje.

Został więc jeden kandydat. Niespodziewany.

Domen o jeden krok od nieśmiertelności

Najpierw był wielkim talentem. Potem skoczkiem, który nie potrafił go zrealizować – poza lotami rzecz jasna. Bo na nich zawsze mógł odpalić. Do startu sezonu 2024/25 jego dorobek nie był przesadnie okazały: 14 podiów Pucharu Świata, z czego 6 to wygrane konkursy. Sęk w tym, iż aż cztery zwycięstwa Domena zdarzyły się w okresie 2016/17, gdy rozpoczął fenomenalnie i zdawało się, ze może być nastoletnią gwiazdą pokroju Gregora Schlierenzauera.

A potem przyszło załamanie. Problemy z techniką. Gorsza forma. Bywało, iż wypadał ze składu Słoweńców na wielkie imprezy.

Odżył właśnie zimą 2024/25. Choć też nie tak, iż od razu. W pierwszych 15 konkursach radził sobie fatalnie. Trzykrotnie nie przebrnął kwalifikacji, z czego raz przez dyskwalifikację. Raz wlepili mu też taką już w konkursie. Do tego pięciokrotnie przepadał w pierwszej serii. Łącznie w piętnastu startach punktował sześć razy. Zdobył w tym czasie ledwie 81 punktów.

Po czym pojechał na loty do Oberstdorfu. I nagle był trzeci oraz pierwszy. Jeszcze chwilę zajęło mu ustabilizowanie tego, co tam wypracował. Ale od drugiego konkursu w Lake Placid nie wypadał już – z jednym wyjątkiem – z najlepszej „10”. Osiem na dziewięć konkursów kończył w niej. Cztery razy stał na podium. Dwa razy był najlepszy.

No i zdobył też mistrzostwo świata, rzecz jasna. Zasłużenie, bo był tamtego dnia ewidentnie ponad resztą stawki. I to chyba kompletnie go odblokowało. A na koniec sezonu dołożył jeszcze rekord świata w długości loty w Planicy (oficjalny, bo ten spoza konkursów dzierży Ryoyu Kobayashi).

Bo ten sezon to dominacja Słoweńca. Wygrywa najwięcej konkursów. Skacze najlepiej i najrówniej. Jest wielkim faworytem do złota na dużej skoczni olimpijskiej i mniejszym na normalnej. jeżeli wywalczy choć jedno z nich – będzie miał wszystko.

Bo ten sezon ułożył się tak, iż do wygrania były cztery trofea. I Domen, który do tej pory miał w dorobku tylko jedno z nich, na igrzyska jedzie jeszcze z Turniejem Czterech Skoczni i mistrzostwem świata w lotach, gdzie w obu przypadkach był bezapelacyjnie najlepszy. Niemal pewny jest już – musiałby chyba nie skakać do końca sezonu, by dać nadzieję komukolwiek na dogonienie go – Kryształowej Kuli.

Zostały igrzyska. Tylko igrzyska.

Pytanie brzmi więc: czy w tej formie Słoweniec może przegrać? No może. Mówimy o jednym konkursie, opcjonalnie dwóch. Już jego siostra, Nika, też dominatorka, pokazała, iż nic nie jest pewne. Na normalnej skoczni przegrała złoto. Minimalnie, ale jednak. A potem polało jej się trochę łez, mimo iż zgarnęła srebro – pierwszy w karierze medale igrzysk. Domen na normalnej nie będzie aż takim faworytem, dziś więc może skończyć choćby poza podium.

CZYTAJ TEŻ: KACPER TOMASIAK NA PODIUM IGRZYSK? „KANDYDAT DO MEDALU”

Ale na dużej? O, tam jeżeli ktokolwiek odbierze mu pierwsze miejsce, to będzie to absolutna sensacja. Gigantycznych wręcz rozmiarów. Historia uczy nas jednak, iż naprawdę wszystko jest możliwe. Sara Takanashi, Janne Ahonen, Gregor Schlierenzuaer czy Adam Małysz też nie mają indywidualnego olimpijskiego złota, a wydawało się pewne, iż jakieś w karierze zdobędą. Mają za to takie Wojciech Fortuna, Toni Nieminen czy – uwaga, uwaga – Lars Bystoel.

Dopiero skocznia więc pokaże, jak to wszystko się skończy. Ale jeżeli zgodnie z przewidywaniami – Domen dogoni legendę.

Matti nie będzie już sam?

Upadają kolejne rekordy Mattiego Nykaenena – bo tak musi się dziać – lub przynajmniej (jeśli nie da się inaczej) są wyrównane. Rekord wygranych w PŚ pobił już lata temu Gregor Schlierenzauer. Kryształowe Kule wyrównał w 2007 roku Adam Małysz. Rekord podiów poprawiło aż sześciu zawodników, z czego pierwsi już lata temu. I tak dalej, i tak dalej.

Wciąż jednak Matti jest największym skoczkiem w historii , bo to wszystko, co wspomniane, dzieli się między wielu zawodników. Teraz – jeżeli Domenowi się uda – kolejny może sięgnąć po kawałek tego tortu.

Jednak Nykaenen to wszystko robił sam. Zdobył cztery Kryształowe Kule. Trzy złota olimpijskie. Po jednym tytule MŚ i MŚ w lotach. Dwa Turnieje Czterech Skoczni. Wielkie wyczyny. Największe. Wciąż tylko on ma komplet trofeów.

To osiągnięcie, które aktualne jest od sezonu 1984/85. 41 lat.

Kompletować Matti zaczął to wszystko w 1982 roku, gdy zdobył tytuł mistrza świata w Oslo. Miał wtedy ledwie 18 lat. Rok później sięgnął po pierwszą Kryształową Kulę, po drodze zabierając również do domu Złotego Orła. W 1984 roku zdobył złoto na igrzyskach w Sarajewie – na dużej skoczni. A w kolejną zimę – mistrzostwem świata w lotach – skompletował pokera. Miał wszystko, choć, oczywiście, dokładał potem jeszcze trochę trofeów.

To, co Nykaenen zrobił w cztery sezony, Domen może osiągnąć w ledwie dwa. Z drugiej strony – nie zrobi tego tak szybko, jak Matti. Ten bowiem miał niespełna 22 lata, gdy dokładał tytuł w… słoweńskiej Planicy – ten ostatni potrzebny. Prevc, choć był kiedyś genialnym nastolatkiem, dziś ma już niemal 27 wiosen na karku.

Ale czy to robi jakąkolwiek różnicę? Raczej nie.

W końcu żaden ze skoczków obecnych na igrzyskach nie był jeszcze na świecie, gdy wielki Fin wygrywał to wszystko (Kamil Stoch urodził się nieco przed tym, jak Nykaenen zdobywał złoty dublet na igrzyskach w Calgary w 1988 roku). To dla nich prehistoria. Podobnie jak dla wielu fanów tego sportu.

Pora, żeby ktoś to zmienił. jeżeli będzie to Domen, to owszem, będzie w tym pewna ironia losu, iż udało się jemu, a nie żadnemu z wymienionych wcześniej wielkich skoczków. Z drugiej strony: czy gdyby dokonali tego Funaki albo Bredesen, korzystając z dwóch lat fantastycznej formy, to byłaby to inna historia, niż opcjonalny triumf Domena?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

  • Nowe wieści o Lindsey Vonn. Przeszła już dwie operacje
  • Prevc razy dwa, czyli Domen i Nika ruszają po złota igrzysk
  • Rozmiar ma znaczenie w locie. O co chodzi z penisami skoczków?
  • Kacper Tomasiak na podium igrzysk? Goldberger komentuje
  • Skoczkowie walczą o medale. „Wszystko się może wydarzyć”
Idź do oryginalnego materiału