Mundial 2026 po raz pierwszy zostanie rozegrany w trzech państwach. / Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:FIFA_World_Cup_2026_Draw_Reception_%2854972841852%29.jpg (CC BY 4.0)Czekaliśmy na ten moment cztery długie lata. Niedługo nasza cierpliwość zostanie jednak wynagrodzona. 11 czerwca rozbrzmi bowiem pierwszy gwizdek zapowiadający start największego piłkarskiego widowiska na świecie. Włączmy zatem w tle nowy utwór Shakiry, rozgrzejmy telewizyjne odbiorniki i przygotujmy nasze gardła na czas piłkarskiej ekstazy. Proszę Państwa, Mundial czas zacząć. Najpierw przyjrzyjmy się jednak gospodarzom tegorocznego święta.
Troje gospodarzy (USA, Kanada i Meksyk), 48 reprezentacji, 12 grup turniejowych oraz 104 spotkania – tego jeszcze nie doświadczyliśmy w historii Mistrzostw Świata. Kongres FIFA decydując się na taki format tegorocznych rozgrywek już 13 czerwca 2018 roku, niewątpliwie chciał uczynić z nich największe współczesne sportowe widowisko. Kibice mają na co czekać,zwłaszcza sympatycy państw goszczących – w końcu to na ich ziemiach odbędzie się walka o najważniejsze piłkarskie trofeum. Należałoby się więc godnie zaprezentować i pokazać, iż jest się godnym organizacji takiego turnieju. Nadzieje są duże mimo zróżnicowanego poziomu popularności piłki nożnej w tych krajach. Na barach zawodników spoczywa duża odpowiedzialność, by sprostać zadaniu – granica między statusem czarnego konia turnieju a kompletnym rozczarowaniem jest bowiem bardzo cienka.
USMNT
Stany Zjednoczone można śmiało nazwać głównym organizatorem tegorocznych rozgrywek. Choć cały turniej jest podzielony między trzema krajami, to właśnie w USA odbędzie się większość spotkań. 78 z 104 meczów zostanie rozegranych właśnie w Stanach, w tym te najważniejsze – ćwierćfinały, półfinały, mecz o trzecie miejsce oraz sam finał. Oznacza to, iż Amerykanie wzięli na siebie lwią część przygotowywań. Ponadto 11 z 16 stadionów, na których rozgrywane będą mecze, należy właśnie do nich. Mowa tu m.in. o MetLife Stadium w Nowym Jorku, AT&T Stadium w Teksasie czy Mercedes-Benz Stadium w Atlancie.
Nie ma wątpliwości, iż Amerykanie spróbują zdominować turniej tak samo, jak jego organizację. Choć nie są faworytem rozgrywek, liczą na to, iż okażą się czarnym koniem Mundialu. W swojej piłkarskiej historii reprezentacja Stanów Zjednoczonych najdalej doszła do półfinału (w 1930 roku, czyli w pierwszej edycji mistrzostw). W lipcu chcieliby powtórzyć to osiągnięcie.
Sam selekcjoner USA – Mauricio Pochettino – wierzy jednak w coś więcej. W opublikowanym filmiku przez oficjalne konto USMNT w mediach społecznościowych pytał zawodników: ,,Dlaczego nie my?”. Jak podkreślił: ,,Musimy naprawdę uwierzyć, iż możemy tam być. Musimy marzyć”. Słowa te oddają jego ogromną wiarę w to, iż z tą reprezentacją może osiągnąć coś niemożliwego. Nikt bowiem przed konkursem nie stawia ich w roli faworytów do sięgnięcia po złoto. Pomijając fakt, iż piłka nożna nie jest najpopularniejszą dyscypliną w Stanach Zjednoczonych, sama kadra także nie należy do piłkarskich gigantów. W rankingu FIFA drużyna USA w tej chwili plasuje się na 16 miejscu. Jej czołowi zawodnicy występują w topowych europejskich zespołach (m.in. Pulisić – AC Milan, Mckennie – Juventus, Robinson – Fulham). Ponadto w CONCACAF (Konfederacji Piłki Nożnej Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów) są drugą najbardziej utytułowaną reprezentacją. Mimo to jej potencjał nie może równać się z piłkarskimi gigantami, co potwierdziły towarzyskie spotkania z Belgią oraz Portugalią na przełomie marca i kwietnia. Amerykanie oba mecze przegrali (2-5 i 0-2). Trudno jest więc podzielać optymizm argentyńskiego trenera i wymieniać kadrę USA jako potencjalnych kandydatów do zdobycia medalu. Nie można jednak lekceważyć ich szans na historyczne zaprezentowanie się w turnieju. W końcu w ich szeregach znajdziemy wiele obiecujących nazwisk, stanowiących o sile klubów, w których występują.
Podczas ubiegłego Mundialu uważano, iż wówczas młoda i niedoświadczona drużyna jest przygotowywana dopiero pod tegoroczne Mistrzostwa. W 2022 roku bowiem reprezentacja Stanów Zjednoczonych zgłosiła drugą najmłodszą kadrę w turnieju. Był to jasny sygnał mówiący o tym, iż to Mistrzostwa Świata 2026 są tymi najważniejszymi. Jako iż Amerykanie posiadają większe doświadczenie i obycie w turnieju, fani oczekują czegoś więcej niż 1/8 finału.
W tym pomóc mają gwiazdy amerykańskiej reprezentacji – z pewnością zalicza się do nich Christian Pulisic. W 2018 roku w towarzyskim meczu z Włochami, mając zaledwie 20 lat, po raz pierwszy założył opaskę kapitańską. Od tamtego czasu Amerykanie postrzegają go jako twarz swojej kadry. Na swoim koncie ma wiele rekordów – jest najmłodszym piłkarzem, który zdobył gola w seniorskiej reprezentacji USA, a także ustanowił rekord kwoty transferowej za amerykańskiego piłkarza. Nic więc dziwnego, iż sympatycy nazywają go Kapitanem Ameryką. Wiele razy podnosił narodową kadrę z kolan. Na jego barkach spoczywa więc ogromna odpowiedzialność za jej dyspozycję – ta bowiem nierzadko zależy od jego indywidualnej formy. Niestety, w ostatnim czasie Pulisic zaliczył słabe występy w AC Milanie, co nie wróży sukcesu w Mistrzostwach. Od grudnia zeszłego roku nie zdobył dla Rossonerich żadnego gola, a w ostatnich pięciu miesiącach zanotował jedynie dwie asysty w występach klubowych. Nie mógł ,,wybrać sobie” gorszego momentu na obniżkę formy. Sami Amerykanie wskazują, iż może to być największy problem ich kadry przed startem turnieju.
Optymistyczna wizja selekcjonera i głęboka wiara kibiców nie sprawiły, iż atmosfera wokół kadry pozostała bez skazy. Po zastąpieniu Gregga Berhaltera w 2024 roku argentyński trener zdążył już zrazić do siebie właśnie wspomnianego wyżej Pulisica. W czerwcu ubiegłego roku Pochettino nie powołał go na zgrupowanie kadry. Wynikało to z decyzji Amerykanina, który był gotowy rozegrać dwa mecze towarzyskie (z Turcją i Szwajcarią), ale chciał opuścić spotkania Złotego Pucharu CONCACAF. Swój wybór tłumaczył zmęczaniem, gdyż w ciągu sezonu rozegrał wiele spotkań dla AC Milanu jako najważniejszy zawodnik. Nie chciał ponadto przemęczać organizmu przed zbliżającymi się Mistrzostwami. Ta decyzja nie spodobała się selekcjonerowi amerykańskiej kadry. Jak określił to na jednej z zeszłorocznych czerwcowych konferencji: ,,Zawodnicy muszą się słuchać i trzymać naszego planu. Nie mogą sami go dyktować (…) Kiedy podpisywałem kontrakt w federacji, byłem głównym trenerem. Nie byłem manekinem”. W konsekwencji nie powołał Pulisica na żadne z rozgrywanych latem spotkań. Oczywiście, w mediach zawrzało. Jedni stawali się po stronie zawodnika, inni bronili stanowiska Pochettino. Był to moment, w którym trener chciał zbudować swój autorytet w szatni, ceną starcia z największą gwiazdą kadry. Konflikt jednak nie potrwał długo i już we wrześniowych meczach Pulisic wrócił do gry.
USA znalazło się w turniejowej grupie D. Oznacza to, iż zawodników czekają starcia z reprezentacją Paragwaju, Australii oraz Turcji. Koszyk ten uznawany jest za nieprzewidywalny. W jego skład wchodzą bowiem drużyny, które można uznać za równe sobie, więc żadna z nich nie może przypisać sobie z góry trzech punktów.
Wyzwanie przed reprezentacją Stanów jest więc bardzo trudne. Rozgrywają Mundial na swojej ziemi, ale nie zawsze jest to gwarancja sukcesu. Jak wiemy, atut własnego boiska może być ogromnym wsparciem, ale także wielkim ciężarem. Zobaczymy więc za parę tygodni, jak sprawdzi się to w przypadku Amerykanów.
Les Rouges
Drugim zgłoszonym krajem-współgospodarzem została Kanada. 13 meczów turnieju zostanie rozegranych na jej stadionach – BC Place w Vancouver oraz BMO Field w Toronto. W porównaniu do zaangażowania Amerykanów jest to dość symboliczna cegiełka. Natomiast koszt ich organizacji wyniesie ponad miliard dolarów amerykańskich, co według Biura Budżetowego jest bliskie wydatkom poprzednich państw-organizatorów.
Sama reprezentacja Kanady jest notowana na 30. miejscu w światowym rankingu, co czyni z niej zespół konkurencyjny, ale nie ze ścisłej czołówki. Kanada tylko dwa razy zakwalifikowała się na Mundial (w roku 1986 oraz w 2022) i dwa razy odpadła już po fazie grupowej. Swojego pierwszego gola w turnieju zdobyła natomiast dopiero cztery lata temu w meczu przeciwko Chorwacji. W rozgrywkach na swoim kontynencie także radzi sobie przeciętnie. W ostatnim Złotym Pucharze CONCACAF odpadła w ćwierćfinale. Jej ostatnim osiągnięciem było zdobycie trzeciego miejsca w turnieju Ligi Narodów. Dlatego też oczekiwania co do potencjalnego sukcesu Kanadyjczyków na Mundialu są mniejsze – podstawowym celem jest wyjście z grupy.
Selekcjonerem reprezentacji Kanady od 2024 roku jest Jesse Marsch, Amerykanin, który udzielając wywiadu dla GiveMeSport uznał, iż te Mistrzostwa są ważnym momentem dla kraju, mimo iż cała uwaga może być skoncentrowana na USA: ,,W Meksyku i Stanach ten sport ma już silną pozycję. Ale dla Kanady to wielki moment w naszej historii. Więc choćby jeżeli wszystko kręci się głównie wokół USA – a uważam, iż tak właśnie jest – to dla takiego kraju jak Kanada wciąż jest to niesamowita szansa”. W swojej wypowiedzi podkreślał także, iż rozgrywanie turnieju na swoim terenie nie mogło lepiej zbiec się w czasem, w którym reprezentacja jest w swojej najlepszej formie od lat. ,,Zajmujemy najwyższe miejsce w rankingu, jakie kiedykolwiek mieliśmy. Mamy coraz więcej piłkarzy grających w wielkich europejskich klubach. Ten sport zakorzenia się u nas coraz mocniej. Nie ma lepszego momentu na organizację Mistrzostw Świata niż właśnie teraz”. Ze słów byłego trenera Leeds możemy wywnioskować więc, iż rozegranie choć części spotkań przy własnej publiczności może może wpłynąć na postrzeganie, a w konsekwencji na rozwój, piłki nożnej w tym kraju. rozmowie z TSN Marsch krytykował podejście kanadyjskiej federacji do tej kwestii: ,,Staramy się również pozyskać fundusze i zbudować silniejsze podstawy finansowe i strukturalne dla Kanadyjskiego Związku Piłki Nożnej, ponieważ nasza federacja jest w gorszej kondycji niż większość państw afrykańskich, i nie przesadzam”. Dlatego też tegoroczny turniej ma zmienić sposób myślenia o piłce w tym kraju.
Choć omawiana dyscyplina w Kanadzie jest uznawana za niszową, fani futbolu bez problemu powinni wymienić chociaż jednego zawodnika reprezentującego jej barwy – jest nim Alphonso Davies, niekwestionowany lider kadry, w której gra od 2017 roku. Jako pierwszy Kanadyjczyk zaczął występować w europejskim klubie ze ścisłej czołówki – Bayernie Monachium. W bawarskim zespole występuje od 2019 roku. Dla wielu pozostaje topowym lewym obrońcą. W końcu kiedy zdobywał Ligę Mistrzów w 2020 roku, był czołowym zawodnikiem niemieckiej drużyny. Niestety, w tym sezonie Davies nie mógł w pełni wykorzystać swojego potencjału z powodu licznych kontuzji. Dla Bayernu rozegrał jedynie 13 spotkań w minionej kampanii Bundesligi. Ponadto uraz mięśniowy, którego doznał w spotkaniu Ligi Mistrzów z PSG, może wykluczyć jego obecność w pierwszym meczu reprezentacji na Mistrzostwach. Jak powiedział Marsch 25 maja reporterom: ,,Myślę, iż Alphonso zagra na Mistrzostwach. Nie sądzę jednak, iż będzie gotowy 12 czerwca… ale zobaczymy”. Jest to zła informacja dla sympatyków tej reprezentacji. Oznacza to bowiem, iż kadra pozostaje bez największej gwiazdy. Co więcej, choćby po powrocie, dyspozycja Kanadyjczyka może nie być optymalna, zważywszy na brak regularnej gry. Mimo to sama jego obecność pozytywnie wpłynie na morale kolegów z drużyny.
Kraj klonowego liścia znalazł się w grupie B. O dalszą grę w turnieju będzie walczyć więc z Bośnią i Hercegowiną, Katarem oraz Szwajcarią. Jest to zestawienie, w którym może się wydarzyć wszystko. Za lekkiego faworyta możemy uznać Szwajcarię. Nie oznacza to jednak, iż inne drużyny nie mają szans na wyjście z grupy. Podkreślmy, iż z takimi rywalami Kanada ma realne szanse na historyczny awans do fazy pucharowej turnieju. Według Marscha nie jest to grupa najłatwiejsza. Jak podkreślił w GiveMeSport: ,,To będzie test, w którym każdy z rywali będzie stawiał innego rodzaju wyzwania”.
Już niedługo Kanada może dokonać czegoś historycznego przed własną publicznością. Mimo chwilowej nieobecności swojego lidera nie tracą nadziei na sukces. Ich występ może stać się impulsem do zakorzenienia tej dyscypliny w kraju – dlatego tak ważne jest, jak wypadną w turnieju.
El Tri
Meksyk to już ostatni gospodarz turnieju. Podobnie jak Kanada, zorganizuje 13 spotkań na swoich stadionach. W tym celu zgłosił zaledwie trzy obiekty: Estadio Azteca w Mexico City, BBVA Bancomer w Monterrey oraz Estadio Akron w Guadalajarze. Na tym pierwszym, legendarnym obiekcie, 11 czerwca odbędzie się mecz otwierający tegoroczne Mistrzostwa Świata. w którym Meksyk podejmie Republikę Południowej Afryki.
W porównaniu do Kanady, Meksyk może pochwalić się bogatą historią występów na Mundialu. Wystąpił w końcu w 17 edycjach turnieju z 22 dotychczas zorganizowanych (nie wliczając tegorocznego), a w 1970 i 1986 roku był choćby organizatorem. Największym osiągnięciem El Tri było dwukrotne dojście do ćwierćfinałowego etapu Mistrzostw – akurat w latach, gdy byli organizatorami. w tej chwili znajdują się na 15 miejscu w rankingu FIFA. W strefie CONCACAF pozostają liderem klasyfikacji medalowej federacji. W poprzednim roku wzbogacili gablotę, zdobywając Złoty Puchar. Dlatego też nie byłoby błędem stwierdzić, iż są mają najwięcej doświadczenia z trójki gospodarzy.
Trenowaniem kadry także zajmuje się obyty w futbolu trener, 67-letni Javier Aguirre. Doświadczenie zbierał w rodzimej lidze i La Liga. Samą reprezentację Meksyku prowadził zaś już na dwóch wcześniejszych Mundialach (w 2002 oraz 2010 roku). Wówczas dotarł z nią dwukrotnie do ⅛ finału. Przed startem tegorocznych rozgrywek nie opuszcza go optymizm związany z graniem przed własną publicznością. Meksykanin nie ukrywa, iż może być to decydujący czynnik wpływający na występy kadry. Jak uznał w rozmowie z byłym graczem Cuauhtémoc Blanco: ,,Kiedy zobaczyłem terminarz, pomyślałem: ,,To wyjątkowa okazja, nie możemy jej przegapić”. Właśnie to mówię moim zawodnikom. Anglia była mistrzem u siebie i nigdy więcej. Gra u siebie jest bezcenna”. Ponadto stwierdził, iż grupa, w której się znaleźli, jest w zasięgnięciu ręki i nie powinni mieć problemu z zakwalifikowaniem się do następnej rundy. Podobnie więc jak Pochettino, ma nadzieję na niezapomniany popis swojej kadry.
Ten zapał studzi jednak jeden z zawodników – César Montes, biorąc udział w dniu medialnym przed towarzyskim meczem z Australią, przyznał, iż nie wolno lekceważyć przeciwników. Pierwszy mecz rozgrywany 11 czerwca będzie tym najważniejszym. Porażka w meczu otwarcia z RPA może bowiem odebrać im pewność siebie i nałożyć presję w dalszej części turnieju. Innymi słowy, nie każdy podziela pozytywne nastawienie selekcjonera.
Podczas gdy reprezentacje Stanów Zjednoczonych i Kanady mogą być utożsamiane z pojedynczymi nazwiskami – Pulisiciem oraz Davisem – w kadrze Meksyku nie ma wybijających się postaci. Jest to grupa składająca się zarówno z doświadczonych zawodników (np. 40-letniego Guillermo Ochoy), ale także bardzo młodych piłkarzy, takich jak Gilberto Mora (17-latek). Patrząc na to z tej perspektywy, widzimy, jak kadra łączy stabilizację z młodzieńczą świeżością. Mimo wszystko niektórzy zawodnicy wybijają się z grupy – za takiego uznawany jest Edson Alvarez. W tym sezonie grał on na zasadzie wypożyczenia w Fenerbahce. Wraz ze zmianą trenera West Ham oddał go pod skrzydła jeszcze wtedy prowadzącego turecki zespół José Mourinho. Mimo iż stał się tam jednym z najlepiej opłacanych zawodników, wystąpił jedynie w 12 spotkaniach ligi tureckiej. Z pozostałych wykluczyły go liczne kontuzje, dlatego też minionej kampani na pewno nie zaliczy do udanych. Jednak mimo rozczarowującego roku jego pozycja w kadrze nie jest uznawana za niepewną. Tegoroczny Mundial będzie trzecim w jego karierze – 28-latek wystąpił już w Mistrzostwach Świata w Rosji i Katarze. Z powodu zdobytego doświadczenia pozostaje kluczowym zawodnikiem w linii defensywnej reprezentacji Meksyku. Nie dziwi więc fakt, iż na zgrupowania jest powoływany regularnie (oczywiście wykluczając absencje z powodu kontuzji). Ponadto nie raz wyszedł na boisko jako kapitan El Tri. Jako zawodnik charakteryzuje się nieustępliwością i zawsze gra do końca. Ma mentalność lidera, który podczas turnieju ma spajać zróżnicowaną wiekiem reprezentację.
Meksykanie na etapie rywalizacji grupowej zmierzą się z reprezentacją RPA, Koreą Południową i Czechami. Znając już zdanie Javiera Aguirre, wiemy, iż nie boją się żadnego z tych przeciwników. Atut rozgrywania turnieju u siebie, dodatkowo napędza ich ambicje do godnego zaprezentowania się w konkursie. Mimo to w grupie A trudno jednoznacznie wskazać jej faworyta. Jak podkreślił wcześniej Montes, pierwszy mecz może być starciem decydującym o tym,jak dalej potoczą się losy reprezentacji z Ameryki Północnej. W takim spotkaniu presja osiągnięcia dobrego rezultatu może przygnieść, więc Meksyk powinien wystrzegać się nadmiernej pewności siebie.
Trzy różne reprezentacje. Troje odmiennych gospodarzy. Jedno marzenie – zdobycie tytułu Mistrza Świata. Podarowanie kibicom upragnionego trofeum zdobytego przy wkładzie własnym w organizację. Scenariusz idealny, ale czy prawdopodobny? Na pewno dla zawodników, którzy chcieliby wpisać się na karty historii tego turnieju. Byłoby to nie lada osiągnięciem dla każdej z tych kadr. Stanom przyniosłoby chwałę głównego organizatora i przedefiniowanie pozycji soccera. Fani z Kanady w końcu zmieniliby perspektywę na tę dyscyplinę, co przysłużyłoby się jej rozwojowi. Meksyk zaś odciągnąłby uwagę rodaków od problemów, z którymi boryka się kraj, dając im możliwość przeżycia piłkarskiej ekstazy. Każda reprezentacja ma coś do udowodnienia, jednak gra przy własnych trybunach w roli gospodarza nie zawsze wiąże się z sukcesem. Równie dobrze ich występy mogą skończyć się kompletną porażką. Z niecierpliwością będziemy więc czekać na ich występ w samym turnieju.
Paulina OGŁOSZKA

5 dni temu













