Polka odepchnięta, sędziowie choćby nie chcieli na to patrzeć. "Niesprawiedliwe"

2 godzin temu
To była poruszająca scena: trener Gregory Durand klęczał przed Gabrielą Topolską, w ewidentnej pozie pocieszyciela po jej nieudanym ćwierćfinale na 1000 m, do którego łyżwiarka awansowała jako jedyna z polskiej reprezentacji.
Miała najgorszy tor na starcie. Na cztery okrążenia przed końcem próbowała powalczyć o pozycję, ale została zablokowana, straciła dystans, jej wagon odczepił się od składu. Jechała dalej i obserwowała, czy stanie się coś jeszcze z przodu, co ją uratuje, ale nie stało się nic.


REKLAMA


Przykucnięty trener gestykulował łagodnie, nie gwałtownie, a ona z opuszczoną głową potakiwała, jakby dziękując za dobre słowo. To był jej ostatni start, koniec balu. I to przecież po czterech latach od dramatu w Dreźnie, poważnego upadku, który ją wykluczył z igrzysk w Pekinie, choć miała w kieszeni kwalifikację. To było dodatkowo poruszające o tyle, iż trener ma opinię tego, który cyzeluje agresywną jazdę, pewne wyprzedzanie, a więc twardy francuski typ, a nie żaden pocieszyciel, wzruszył się, czy co?
I faktycznie pozory oszukały reportera. Durand przeprowadził olimpijską lekcję wyprzedzania w wyścigach o takiej wadze, jak ćwierćfinały igrzysk olimpijskich. – Powiedział, iż powinnam zaczekać na ostatnie dwie rundy, kiedy wszystkie zaczniemy poważnie walczyć o pozycję i dopiero wtedy przeprowadzić porządny atak – powiedziała Topolska Sport.pl. – Zaatakowałam po wewnętrznym torze jazdy, Włoszka Chiara Betti to zauważyła, zablokowała i odepchnęła mnie, ale sędziowie choćby nie oglądali tego. To niesprawiedliwe, bo był to faul, który zakończył mój wyścig.
W ten sposób zakończył się olimpijski debiut Topolskiej, która powiedziała, iż wyniesie lekcje: między innymi tę, o której mówił trener. Do Pekinu nie pojechała – choć kwalifikacje miała - z powodu poważnego wypadku, jaki miała na obozie w Dreźnie. Dziś wyglądała na przybitą, ale z drugiej strony… adekwatnie od dwóch dni mówi głównie o viralu, jaki pragnie zrobić z jej walki do upadłego – dosłownie – w eliminacjach biegu na 1000 m. Zdaje się, iż właśnie to jej zostanie w głowie na dłużej.
W wypadku na ostatnim odcinku prostej przed metą wpadła na nią jak szybowiec w swobodnym opadzie Amerykanka Corinne Stoddard i przewróciła. Obie przez ułamek sekundy – setne części – oszołomione siedziały przy bandzie, i obie nagle poderwały się jak koty rażone prądem przez kociego policjanta z Wrocławia. Dwa metry dzielące je od linii mety jako pierwsza pokonała desperackim rzutem Polka – wysunęła płozę, a płoza się liczy. Weszła do ćwierćfinału. - Dzieją się tu różne cuda, trzeba być obecnym, jechać świadomie, a nie jak jeździec bez głowy – powiedziała, gdy spotkałem ją w niedzielę w wiosce olimpijskiej.


jeżeli na chwilę pozostać przy analogiach z inwentarzem żywym, Topolska należy do bardziej powszechnego w short tracku gatunku myszy pancernych. Szczupłych, niewysokich kobiet, które raczej nie dają się zepchnąć łokciami na bok, a w każdym razie nie jest to takie łatwe, jak dziś w ćwierćfinale. Filigranowa, krucha – na pozór. Natalia Maliszewska jest potężniejsza, budząca respekt od pierwszego spotkania oko w oko. Dlatego wydaje się, iż jej ruchy są wolniejsze, bo są, ale prędkość taka sama. Topolskie zasuwają, cwaniakują, wciskają się, są wszędobylskie. Short track tego wymaga. Tylko iż takich pancernych myszy jest tu bardzo dużo.
W eliminacjach na 500 m Felix Pigeon awansował do środowych biegów finałowych a Michał Niewiński odpadł, ale ponownie zrobił to z urokiem i uśmiechem, gdy już było po wszystkim.
W finale biegu na 1000 m zwyciężyła i zdobyła szósty złoty medal dla Holandii Xandra Velzeboer przed Courtney Sarault (Kanada) i Gilli Kim (Korea).
Idź do oryginalnego materiału