Przypomnijmy najważniejsze informacje w sprawie Pawła Wąska: po zajęciu 36. miejsca w sobotnich kwalifikacjach w Innsbrucku, polski skoczek został zdyskwalifikowany. Powód? Wykrycie na jego nartach smaru ze stężeniem fluoru, który już trzeci sezon jest zabroniony we wszystkich dyscyplinach rozgrywanych pod szyldem Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). O szczegółach dyskwalifikacji Wąska pisaliśmy w sobotę w korespondencji z Turnieju Czterech Skoczni - później komentował ją i wyjaśniał kontroler sprzętu FIS Mathias Hafele, a także menedżer FIS ds. fluoru Augusto Gillio.
REKLAMA
Zobacz wideo Niesamowity wyczyn Tomasiaka. Czekaliśmy na to 18 lat
Narty Wąska były sprawdzane siedmiokrotnie i za każdym razem wynik kontroli był pozytywny. Co więcej, zawartość fluoru nie była znikoma - wyglądało to tak, jakby narty zostały przygotowane zabronionym smarem. W niedzielę trener polskich skoczków Maciej Maciusiak wskazał, iż prawdopodobną przyczyną pojawienia się zabronionej substancji, był niewłaściwy lub zanieczyszczony smar wyprodukowany przez firmę TOKO.
Producent smaru odpowiada na ich tłumaczenie. "Błąd leży po stronie polskiego sztabu"
Zwróciliśmy się do szwajcarskiej firmy TOKO, o której wspomniał Maciusiak. - Z naszej strony możemy stuprocentowo zagwarantować, iż od czterech lat nie sprzedajemy bezpośrednio jako TOKO produktów zawierających stężenie fluoru. Podkreślam: nasza firma na etapie produkcji nie dodaje niczego, co zawiera fluor. Według mnie błąd w sytuacji z Pawłem Wąskiem w Innsbrucku popełniono po stronie polskiego sztabu - mówi Sport.pl dyrektor zarządzający firmy TOKO, Bruno Kernen.
Przypadek Wąska jest pierwszym takim w skokach narciarskich, a firma TOKO po raz pierwszy została wymieniona w kontekście wykrycia fluoru w jej smarach. Kernen w rozmowie ze Sport.pl zaznacza, iż o sprawie Wąska wcześniej nie słyszał, ale nie miał też do czynienia z innymi przypadkami podobnego wykorzystania smarów TOKO. Gdyby tak było, to jego firma zostałaby uznana za sprzedającą niesprawdzone produkty. - Co więcej, my wycofaliśmy z produkcji fluorowe smary już dwa lata przed tym, jak FIS zabronił ich używania. Mieliśmy też czas na rozwój naszych smarów, które nie mają nic wspólnego z fluorem. I w odpowiednich warunkach, przy niskich temperaturach, nasze zwykłe smary mają już lepsze osiągi niż te fluorowe - przekonuje Kernen.
Maciusiak: Dla nas sprawa jest zamknięta
Po uzyskaniu komentarza z TOKO zwróciliśmy się z prośbą o kolejne wyjaśnienia do Maciusiaka. Przede wszystkim o potwierdzenie dokładnego pochodzenia wykorzystanego smaru.
Trener polskiej kadry przekazał nam, iż szczegóły na pewno zna Maciej Kreczmer, serwismen polskich skoczków. Maciusiak na początku powiedział, iż to on powinien zabrać głos w sprawie dyskwalifikacji Wąska i wyjaśnień dotyczących użytego smaru. Później zadzwonił jednak do nas jeszcze raz i zapowiedział, iż cała kadra nie ma zamiaru więcej komentować tego, co się wydarzyło.
- Dla nas sprawa jest zamknięta - przekazał nam Maciusiak.
Hafele mówi o ponownej kontroli Polaków. Kolejne znaki zapytania
Po niedzielnym konkursie sprawę ponownej kontroli nart Polaków pod kątem obecności na nich fluoru skomentował kontroler sprzętu FIS Mathias Hafele. - Wykonaliśmy kontrolę i pomiary przed serią próbną. Przyniesiono nam narty zawodników polskiej kadry, także te Pawła Wąska. Zrobiliśmy test i narty reszty kadry były w porządku, a te Pawła ponownie przyniosły pozytywny wynik jak w kwalifikacjach. Przeszliśmy do kontenera polskiego serwisu i je wyczyściliśmy. Byłem obok i obserwowałem, co robią. Wzięliśmy potem narty i wykonaliśmy kolejne pomiary. Wtedy wszystko było już OK - wskazał w rozmowie ze Sport.pl Austriak.
- Próbowaliśmy wspólnie ustalić przyczynę tego, co się wydarzyło. Dali nam smar i zrobiliśmy ponowne pomiary, w których smar pojawił się tylko na niewielkiej przestrzeni na narcie. Od razu wychodził pozytywny wynik. Czy to oznacza, iż smar był niewłaściwy lub zanieczyszczony? Nie wiemy. Dostałem od nich ten smar, ale nie wiem, skąd go mają, jak go kupili, ani niczego więcej - dodał Hafele.
Dopytaliśmy go o to, czy informował o możliwie zanieczyszczonym smarze także inne kadry. Gdyby ten został pozyskany bezpośrednio od konkretnej firmy, mogłoby go mieć także więcej reprezentacji. - Nie zostało nam powiedziane, iż to produkt szwajcarskiej firmy, więc nie informowaliśmy też kadr o możliwym niewłaściwym, zabronionym smarze - odpowiedział działacz FIS. To, iż z jego słów wynika, iż Polacy nie podali nazwy firmy, ani iż Hafele jej nie zna, może budzić wątpliwości.
Nie można wykluczyć, iż Polacy chcieli użyć fluorowego smaru. Niczego jednak nie zyskali
Wracając do słów Kernana z TOKO - jeżeli przyjąć je za oficjalną i prawdziwą wersję, to zostaje kilka możliwych scenariuszy wyjaśnienia sprawy dyskwalifikacji Wąska.
Nieoficjalnie usłyszeliśmy, iż smar zawierający stężenie fluoru, którego użyli Polacy, miał zostać kupiony nie od producenta, a od firmy pośredniczącej w dostarczaniu tego typu produktów. Miało się to wydarzyć dwa-trzy lata temu. To jednak niepotwierdzone informacje. I choćby gdyby były prawdziwe, to i tak wskazują na spore niedopatrzenie polskiego sztabu.
Na dodatek w momencie, gdy słowami przedstawiciela firmy TOKO podważone jest tłumaczenie Maciusiaka, nie można wykluczyć, iż smar został użyty, żeby go przetestować. Czyli intencjonalnie.
Tego prawdopodobnie nie będziemy w stanie ustalić - ktoś musiałby się do tego przyznać, a wiadomo, iż to bardzo rzadkie w takich sytuacjach. Jednak jeżeli tak by się stało, mielibyśmy do czynienia z próbą oszustwa. A taka powinna zostać wyjaśniona przez FIS, choćby jeżeli smary fluorowe w skokach nie dają wielkiej przewagi - zysk może pojawić się tylko w prędkości na progu, raczej gdy tory najazdowe są mokre, np. po deszczu. Czyli nie w warunkach, które panowały w Innsbrucku podczas kwalifikacji. Wyniki prędkości Polaków też nie pokazują, żeby taki ewentualny eksperyment był udany. Co nie oznacza, iż powinien móc zostać przeprowadzony - w żadnym razie.
Forfang "nie wierzy", iż sprawa Wąska to przypadek. Potem odpowiada na przesadzone stwierdzenie
Zasady to zasady. Skoro fluoru używać nie można, to nie miał prawa znaleźć się na nartach Wąska czy któregokolwiek z polskich skoczków. I dyskwalifikacja Polaka była absolutnie słuszna.
Jednocześnie w niedzielę pojawił się głos norweskiego skoczka, Johanna Andre Forfanga. On wątpi w tłumaczenia Wąska. - Naprawdę w to nie wierzę. Na pewno nie był to sabotaż. Były spore ilości fluoru, a nie tylko pozostałości. Nie wierzę, iż to był przypadek - mówił norweskiemu "Dagbladet". Powiedział też, iż ostatni raz, kiedy FIS dokonywał kontroli pod kątem wykrycia fluoru w smarach do nart, to grudniowe zawody w Wiśle. Mogłoby to sugerować, iż Polacy myśleli, iż tym razem też jej unikną.
Według informacji Sport.pl taka kontrola była jednak wykonywana np. w Garmisch-Partenkirchen, kilka dni wcześniej. I na niej narty miał mieć sprawdzone Piotr Żyła, który nie został jednak zdyskwalifikowany, więc musiał mieć smar pozbawiony zawartości fluoru. Wiemy jednak, iż Polacy dysponują wieloma smarami różnych producentów i nie wszystkim zawodnikom musieli przygotowywać narty korzystając z tego samego środka. To ważne także w kontekście rozważań dotyczących tego, czy w kwalifikacjach w Innsbrucku nie powinno zostać zdyskwalifikowanych więcej polskich skoczków niż tylko Wąsek. Nie mamy jednak informacji, czy zostali sprawdzeni. Hafele nie potwierdził dotąd, czy inni polscy skoczkowie też oddawali narty do kontroli przed skokami w sobotę.
W tym samym artykule "Dagbladet", w którym swoje wątpliwości wskazał Forfang, dziennikarz Tore Ulrik Bratland porównał oszustwo Norwegów z mistrzostw świata w Trondheim - stosowanie kombinezonów z wszytymi sznurkami umożliwiającymi manipulację materiałem w kroczu - do używania fluorowych smarów przez Polaków. Gdy autor zapytał w tekście, jaka jest różnica pomiędzy tymi sprawami i dlaczego jedna przyniosła dyskwalifikację, a druga trzymiesięczne zawieszenie, poniżej pojawiły się słowa Forfanga: - To tylko pokazuje, jak niesprawiedliwy jest świat.
To stwierdzenie wydaje się mocno przesadzone, bo w żadnej sprawie dyskwalifikacji za fluor FIS nie prowadził śledztwa dotyczącego manipulacji sprzętem. Czyli, krótko mówiąc, nie uznawano ich za konieczne do wyjaśnienia w ramach śledztwa FIS, nie rozpatrywano ich jako tak poważnych wykroczeń. A sprawę norweskich zmanipulowanych strojów już tak potraktowano. Oto różnica, o którą pytają Norwegowie.
Zresztą Forfang i Marius Lindvik, drugi z ukaranych skoczków, zawarli ugodową umowę z FIS, w której zgodzili się na nałożenie na nich zawieszenia wskazanego przez federację i zaakceptowali jego powód.
Do sprawy zakazanego fluoru na polskich nartach będziemy na Sport.pl wracać. A Turniej Czterech Skoczni zbliża się do finału. Przed nami ostatni konkurs w Bischofshofen - zawody odbędą się we wtorek, kwalifikacje zaplanowano na poniedziałek, na godz. 16.30. Na starcie znów pojawi się piątka Polaków, na skocznię wróci Wąsek, który po dyskwalifikacji z Innsbrucku ma żółtą kartkę - kolejna dyskwalifikacja oznacza dwa konkursy zawieszenia i utratę miejsca startowego dla Polski w czasie jednego wydarzenia. Poza Wąskiem w Bischofshofen wystąpią jeszcze Kacper Tomasiak, Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Maciej Kot.

1 dzień temu






