Sprawę dyskwalifikacji Wąska z kwalifikacji w Innsbrucku opisywaliśmy w sobotniej korespondencji z Turnieju Czterech Skoczni. W poniedziałek producent smaru, którego produkt wywołał całe zamieszanie, odpowiedział Maciejowi Maciusiakowi, który poinformował, iż to ta firma - TOKO ze Szwajcarii - była za niego odpowiedzialna. Nie sprzedano go Polakom bezpośrednio, a wszystkie w ten sposób dystrybuowane smary są sprawdzane i nie ma możliwości, żeby zawierały fluor. Najprawdopodobniej błąd, który przyczynił się do dyskwalifikacji Wąska, leżał zatem po stronie polskiego sztabu.
REKLAMA
Zobacz wideo Ogromne zamieszanie wokół dyskwalifikacji Polaka na TCS. O co chodzi z zakazem fluoru?
Norwegowie zareagowali na dyskwalifikację Wąska. Forfang mówi o niesprawiedliwości
Na wykluczenie Wąska gwałtownie reagowano także w zagranicznych mediach. W niedzielę, po zawodach w Innsbrucku, pojawił się między innymi artykuł dziennikarza Tore Ulrika Bratlanda, dziennikarza norweskiego dziennika "Dagbladet". Czytamy w nim: "Johann André Forfang i Marius Lindvik zostali złapani z powodu sztywnych sznurków w kombinezonach podczas mistrzostw świata w Trondheim. Zostali zawieszeni na trzy miesiące, mimo iż uwierzono, iż nic o nich nie wiedzieli. Jaka jest różnica między sztywnymi nitkami w kombinezonie a przyłapaniem na użyciu nart, na których wykryto fluor? Dlaczego jedno oznacza dyskwalifikację, a drugie zakaz?".
To ustawienie tych spraw na równi, co najmniej częściowo. Bratland zastanawia się w ten sposób, czy ich konsekwencje na pewno są adekwatne.
Po pytaniu postawionym przez autora pojawiły się jeszcze słowa norweskiego skoczka Johanna Andre Forfanga, który we wcześniej części tekstu, stwierdził, iż nie wierzy w przypadkowe użycie smaru przez Polaków. - To tylko pokazuje, jak niesprawiedliwy jest świat - stwierdził Norweg w reakcji na zestawienie sprawy Norwegów z Trondheim z zeszłego roku z tą tegoroczną Polaków z Innsbrucku.
Forfang nie chciał rozmawiać. Norweski dziennikarz: "Nie mam pojęcia, co zrobili lub czego nie zrobili Polacy"
O słowach Forfanga chciałem porozmawiać z samym skoczkiem. Po pytaniu o rozmowę w mixed zonie dla dziennikarzy po kwalifikacjach w Bischofshofen Norweg chwilę zastanawiał się, czy nie zatrzymać się przy mnie, ale ostatecznie odmówił i poszedł dalej.
W mixed zonie poprosiłem też o komentarz Tore Ulrika Bratlanda. Chciałem wiedzieć, czemu pomyślał, iż zestawienie obu wspomnianych spraw to dobry pomysł. Norweg najpierw zgodził się odpowiedzieć mi na pytanie tam na miejscu, ale po pierwszym zdaniu poprosił jednak, żeby mógł przesłać mi kilka zdań w formie pisemnej, żeby mógł lepiej wypowiedzieć się po angielsku - czasami na żywo ma z tym problemy.
- Nie mam pojęcia, co zrobili lub czego nie zrobili polscy skoczkowie. Ale w przypadku podobnej sprawy w Norwegii zrobiłaby się burza - zaczyna Bratland w przesłanej nam wypowiedzi. - Myślę, iż sprawa pozwala postawić ciekawe, zasadnicze pytanie. Obie sprawy, norweskiej i polskiej kadry, zawierają wątek sprzętu do skoków narciarskich, w którym zostało wprowadzone coś dodatkowego, obcego i czego, odnosząc się do przepisów, nie powinno tam być. Mówimy o sztywnych sznurkach i fluorze. jeżeli to zostało zrobione intencjonalnie, sprawia, iż zyskuje się przewagę, której inni rywalizujący nie mają. W praktyce możesz powiedzieć, iż to oszustwo. Dlaczego jedna sprawa to zawieszenie, a druga dyskwalifikacja? Gdzie jest narysowana linia? Czy FIS przeprowadzi śledztwo, żeby wyjaśnić tę kwestię w pełni? - pyta się Norweg.
- Wierzę w to, iż chodzi tu o wiarygodność skoków narciarskich jako sportu. Musimy mieć możliwość zaufać, iż porównywalne sprawy są traktowane równo. Nie zajmuję jednak stanowiska na temat tego, co wydarzyło się z polskimi skoczkami. Jedynie zadaję pytania o zasadniczy aspekt sprawy - podsumowuje dziennikarz "Dagbladet".
Burza po słowach Norwegów. Pertile nie chce tego komentować. Szef niemieckich skoków reaguje
Słowa Bratlanda i wypowiedź Forfanga wywołały spore kontrowersje, wręcz burzę w mediach społecznościowych. Sam pisałem o nich na X: "To jest przegięcie". Kibice zaczęli się pytać, czy skoczek mówi tak "na poważnie", wskazywali, iż od skandalu z Trondheim stał się "antypatyczną postacią". W reakcji na artykuł Bratlanda dziennikarz TVP Sport Michał Chmielewski w swoim wpisie na X napisał: "Panie Bratland, pan wstydu nie masz".
Zaznaczmy, iż żadna dotychczasowa dyskwalifikacja w zawodach FIS związana z wykryciem obecności fluoru nie wywołała wszczęcia śledztwa przez federację. Były uznawane za zwykłe przekroczenie przepisów i wykluczały zawodników z wyników rywalizacji, gdy wykrywano obecność stężenia fluoru podczas kontroli sprzętu, ale nie miały większych konsekwencji. W przypadku manipulacji przy kombinezonach Norwegów było inaczej - zwłaszcza że, zanim wykryto nieprawidłowości w ich strojach, udowodniono im oszustwo na filmiku, gdzie widać ich przygotowywanie przed zawodami.
Czy powinno być inaczej? Dyrektora Pucharu Świata w skokach, Sandro Pertile, zapytałem o to, czy zgadza się z tezą Norwegów. - Nie chcę tego komentować. Myślę, iż to moment na to, żebyśmy rozmawiali o sporcie. Widzę wiele świetnych występów zawodników, a skupiamy się za mocno na innych rzeczach. Skoczkowie zasługują na więcej zainteresowania niż w tej chwili dostają - przekazał Włoch.
- Z tego, co słyszałem to był ich własny błąd - mówi Sport.pl szef niemieckich skoków, Horst Huettel, o sprawie dyskwalifikacji Pawła Wąska. - To mogło się zdarzyć, choć nie powinno. Wzięcie niewłaściwego smaru jest przecież możliwe. Przynajmniej wiemy, iż system FIS działa dobrze i wykrył ten przypadek. Każdy musi uważać. I nie powinniśmy porównywać tej sprawy z żadną inną dyskwalifikacją. A już na pewno nie ze skandalem z MŚ w Trondheim. Nic, co wydarzyło się od marca, nie może się równać z tymi wydarzeniami. Patrzymy jednak w przyszłość. A norweskiej kadrze życzę wszystkiego dobrego. Żeby również patrzyli przed siebie - wskazuje działacz.
Hipokryzja dyrektora norweskich skoków. Nie chce "wchodzić w dyskusję", choć wcześniej sam ją zaczynał
Johann Andre Forfang nie skomentował nam tego, co powiedział o sprawie Wąska dla "Dagbladet", ale do słów swojego kolegi odniósł się Halvor Egner Granerud. Zapytałem się go, czy zgadza się ze zdaniem Forfanga. - Wiem o wiele za mało na temat fluoru i jego wpływu na skoki, żeby skomentować tę sprawę. Jest dziwna. Wszystkie smary przez ostatnie trzy lata nie miały w sobie fluoru, więc dziwne, iż znalazł się na nartach Pawła Wąska. Ale nie mam na ten temat więcej do przekazania - stwierdził.
Chciałem porozmawiać o sprawie z Janem-Erikiem Aalbu, szefem norweskich skoków, ale nie odpowiedział na moją prośbę. W rozmowie z "Dagbladet" stwierdził: "W większości skupiam się na tym, przez co przechodzą Norwegowie. Mamy bardzo trudny okres od 8 marca zeszłego roku. Nie chcę wchodzić w dyskusję na temat innych nacji. Chciałbym skupić się w stu procentach na tym, co sami robimy".
To spora hipokryzja ze strony działacza, który kilka dni wcześniej dyskutował m.in. o dyskwalifikacjach za zbyt krótkie nogawki u skoczków w Garmisch-Partenkirchen. - Musimy gdzieś wyznaczyć granicę. Ale w takim sporcie jak skoki nie może chodzić o jeden, dwa czy trzy milimetry. W końcu materiał używany do kombinezonów jest elastyczny. Myślę, iż to przykre, iż Timi Zajc nie wystartuje już w Turnieju Czterech Skoczni - mówił Aalbu, odnosząc się do sprawy Słoweńca, który otrzymał czerwoną kartkę i wykluczenie na dwa konkursy Pucharu Świata po dyskwalifikacjach z Oberstdorfu i Ga-Pa. Różnica polega na tym, iż wówczas za długość nogawki, dzień wcześniej w kwalifikacjach w Ga-Pa, dyskwalifikację wyłapał także Halvor Egner Granerud.
- Zauważyliśmy sprawę wykorzystania fluoru, to nowy przypadek dyskwalifikacji. Ogółem, myślę, iż to smutne, iż w skokach było ostatnio tak dużo dyskwalifikacji. Ale nie chcę mówić o wykluczeniach z innych krajów, chcę się skupiać na tym, co dzieje się u nas - przekazał jeszcze Aalbu i potem omawiał już tylko sytuację po wynikach norweskich skoczków.
Nieuzasadniony atak na Polaków. Nie można tak stawiać sprawy Wąska i skandalu z Trondheim na równi
Słowa Norwegów, moim zdaniem, nie są stanięciem w obronie wartości skoków narciarskich, a rozmywaniem ich odpowiedzialności za to, co stało się w Trondheim. Stawianie obu spraw - tej Norwegów sprzed roku i obecnej związanej z nartami Wąska - na równi to umniejszanie znaczenia afery z zeszłorocznych MŚ. Przypomnijmy: największego ujawnionego skandalu w historii skoków narciarskich.
Tam działania sztabu były w pełni świadome, co zostało im udowodnione, a odpowiedzialne za przygotowanie sprzętu osoby się do tego przyznały. W przypadku wykrycia stężenia fluoru na nartach Pawła Wąska intencjonalne użycie smaru to tylko jedna z hipotez. I to wcale nie ta najbardziej prawdopodobna. Oczywiście, można ją rozpatrywać jako prawdopodobną, a polski sztab na pewno powinien przygotować narty Polaka uważniej, nie dając sobie szansy na popełnienie żadnego błędu. jeżeli zawartość fluoru pojawiła się na nartach Wąska intencjonalnie, to mielibyśmy do czynienia z próbą świadomego zastosowania zakazanej substancji. Coraz więcej wskazuje jednak na to, iż błąd w sprawie Wąska popełnił polski sztab - prawdopodobnie zastosował stary smar sprzed wprowadzenia zakazu FIS.
Sprawę warto wyjaśnić i dojść do tego, co naprawdę się wydarzyło. Tak, jak staramy się to robić jako dziennikarze w przypadku niemal każdej dyskwalifikacji w skokach narciarskich - zwłaszcza tych skomplikowanych i nietypowych. Rzadko je jednak do siebie porównujemy. A już na pewno nie po to, żeby zmieniać znaczenie jednej z największych tego typu spraw w historii, bo inna dała do tego pretekst. Ale skoro Norwegowie spróbowali, to zróbmy to w odpowiedni sposób.
Wpływ fluoru na prędkość najazdową w skokach narciarskich jest bardzo niewielki i dotyczy tylko konkretnych warunków - wysokich temperatur lub mokrego śniegu i opadów deszczu, co potwierdził FIS. Takie nie panowały podczas kwalifikacji do konkursu TCS w Innsbrucku. Wąsek ani inni Polacy nie mieli najlepszych prędkości najazdowych tego dnia, niczego na użyciu tego smaru nie zyskali. A w przypadku Norwegów przed dyskwalifikacjami w Trondheim Marius Lindvik z kombinezonem z wszytymi sztywnymi sznurkami zdobył srebrny medal, a Johann Andre Forfang zajął piąte miejsce w zawodach na dużej skoczni. Wpływ tych sznurków na zysk w odległości dzięki możliwości manipulacji materiałem w kroczu kombinezonu jest niepodważalny. Właśnie dlatego warto te sprawy rozgraniczać.
To, co robią Norwegowie, na ten moment jest nieuzasadnionym atakiem na polskiego skoczka i nasz sztab w imieniu obrony swoich interesów. To próba wybielenia się na tle innej sprawy, której nie powinno się traktować w tych samych kategoriach - na razie nie ma do tego podstaw, co potwierdza postawa FIS.
Dziwi też, iż Norwegowie nie przeszli już do rzeczywistości po aferze z Trondheim. Byli częścią środowiska, która kilka miesięcy temu mocno o to apelowała. Wygląda to tak, jakby znaleźli sprawę, która może pokazać ich rozgoryczenie i przynieść sporo fermentu wewnątrz środowiska. Choć przecież z jakichś powodów zawodnicy podpisali ugodę z FIS i zaakceptowali otrzymane zawieszenie. A teraz wylewają gorzkie żale, zupełnie niepotrzebnie.
Być może dlatego, iż nie idzie im w okresie olimpijskim, a wzbudzanie kontrowersji sianiem fermentu w środowisku to dla mediów ciekawszy temat niż słabe wyniki. W końcu w Pucharze Narodów są w tej chwili dopiero na piątym miejscu, 179 punktów za Polską. W klasyfikacji generalnej Pucharu Świata najlepszym norweskim skoczkiem jest 13. Kristoffer Eriksen Sundal. W 74. Turnieju Czterech Skoczni, który zakończy się we wtorek w Bischofshofen, Sundal jest na 11. miejscu. Początek ostatniego konkursu rywalizacji o 16:30. Półtorej godziny wcześniej rozegrana zostanie seria próbna. Relacje na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

1 dzień temu