Zaraz po środowym, dwuipółgodzinnym pojedynku, w którym buzowały emocje, kapitan broniącej trofeum Asseco Resovii Karol Kłos zniknął w szatni. gwałtownie boisko opuścił też Stephen Boyer, który jednak na chwilę zatrzymał się, by porozmawiać o bolesnej przegranej. - Trudno mi to zrozumieć - przyznał. I nie krył, iż ma spore obawy dotyczące rewanżu z Ziraatem Bank Ankara. A rzeszowski klub jest pod ścianą i to podwójną.
REKLAMA
Zobacz wideo BOGDANKA LUK Lublin wyrównała stan rywalizacji o półfinał PlusLigi. Marcin Komenda: Byliśmy pod ścianą
Najpierw minimalny aut, a potem to. Wielki pech Resovii. "Los nas nie oszczędził"
W pierwszym secie Resovia straciła punkt w kuriozalny sposób - żaden z zawodników nie ruszył do prostej piłki. Ta sytuacja nie miała jednak poważniejszych konsekwencji, ale w końcówce spotkania gospodarze mieli sporo pecha. Najpierw piłka minimalnie wyszła na aut po bloku Dawida Wocha, a zaraz potem serwis Murata Yenipazara przeszedł po taśmie i spadł na ich stronę. Rozgrywający Ziraatu już wcześniej utrudniał im życie w tym elemencie - przy jego zagrywce przegrali pierwsze trzy punkty tie-breaka.
- Jest we mnie dużo złości, bo zawsze jest przykro przegrać spotkanie tak intensywne, z takimi emocjami, w taki sposób. Los nas trochę w końcówce tie-breaka nie oszczędził. To boli. Ale najważniejsze, iż dalej mamy wszystko w swoich rękach - opowiadał dziennikarzom Woch.
Mniej optymistycznie nastawiony był Boyer. Francuski atakujący początkowo miał ogromne problemy ze skończeniem akcji. Potem się rozkręcił i zakończył spotkanie z 22 punktami na koncie. Ale nic nie było w stanie zmniejszyć jego rozczarowania.
- Wiele rzeczy moglibyśmy zrobić lepiej. Jest we mnie dużo emocji. Trudno mi to zrozumieć. Rywale grali dobrze, ale my nie pokazaliśmy swojego najwyższego poziomu i zapłaciliśmy za to. Nie zauważyliśmy, iż to był finał europejskiego pucharu - podsumował wymownie mistrz olimpijski z Tokio.
Nie skreślał szans swojego zespołu w rewanżu, który odbędzie się w przyszłą środę w Ankarze, ale też przestrzegał.
- Będzie trudno. Nie będziemy mieć swojej publiczności, tej niesamowitej atmosfery, którą powinniśmy byli teraz wykorzystać. Tam będzie taka sama, ale będzie niosła gospodarzy. Będzie ciężko - przyznał gwiazdor PlusLigi.
Występem w meczu o europejskie trofeum motywował się przed spotkaniem rezerwowy Lukas Vasina. Czech miał niełatwe zadanie - musiał zastąpić w wyjściowym składzie Resovii inną gwiazdę polskiej ekstraklasy - Bartosza Bednorza. Wywiązał się z tego zadania bardzo dobrze - zdobył 20 pkt, punktował zagrywką i blokiem oraz przyjmował najlepiej w drużynie.
- Czasami jak coś zepsułem, to po prostu schowałem głowę pod koszulką i coś tam sobie po czesku powiedziałem. Ale ogółem powtarzałem sobie, iż to mój pierwszy finał w europejskich pucharach i co więcej mogę zrobić, niż skorzystać z okazji, którą dostałem oraz bawić się na boisku - relacjonował w rozmowie ze Sport.pl.
I choć sam starał się widzieć w wyniku pierwszego meczu z Ziraatem dowód na to, iż Resovia jest w stanie z tym mocnym rywalem (w półfinale wyeliminował Trentino, ubiegłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów) powalczyć, to dodał też, iż nie dziwi się dużemu zdenerwowaniu Boyer.
- Bo kilka zabrakło, żebyśmy wygrali to spotkanie, zamykając je w czterech setach - przyznał.
Błyskawica na skrzydle. Dwa mecze prawdy Resovii
Mający kłopoty z łydką Bednorz wrócił w środę do składu meczowego po dwóch tygodniach przerwy, ale ani na chwilę nie pojawił się na boisku. Fizjoterapeuci Resovii intensywnie pracują, by był gotowy na sobotni rewanż w ćwierćfinale PlusLigi z Aluronem CMC Wartą Zawiercie. Czy to nieobecność przyjmującego reprezentacji Polski przesądziła o przegranej z ekipą z Ankary?
- Jest bardzo ważny, ale są też inni zawodnicy w drużynie. Musieliśmy już sobie przecież radzić bez niego w tym sezonie [wcześniej Bednorz miał kontuzję ręki i inny uraz łydki - red.]. To trudne, gdy w kluczowej części sezonu nie ma się pełnego składu, ale nie możemy nic z tym zrobić - podkreślił Boyer.
Francuz skupiał się na niewykorzystanej szansie Resovii, a Woch zwrócił też uwagę na dwie największe gwiazdy Ziraatu, które w środowy wieczór mocno utrudniały życie rzeszowianom. MVP meczu został od lat brylujący na światowych parkietach Matthew Anderson. Amerykanin miał też wielkie wsparcie w świetnie dysponowanym holenderskim atakującym Wouterze ter Maacie. Obaj zgromadzili po 28 pkt.
- Nie wiem, czy aktualnie na świecie ktoś gra tak gwałtownie na prawe skrzydło, jak to jest w przypadku piłek posyłanych do ter Maata. Jakby trafiały na środek. Mieliśmy dzisiaj bardzo duży problem, żeby go zatrzymać - opisywał środkowy Resovii.
Teraz przed utytułowanym klubem z Rzeszowa dwa mecze prawdy. W sobotę będzie walczyć o przedłużenie rywalizacji w ćwierćfinale PlusLigi (przegrał pierwsze spotkanie 1:3) z wicemistrzem Polski, a cztery dni później czeka go rewanż w Ankarze.
- Teraz każdy mecz to dla nas finał. Dobrze, iż po dobrym meczu z Ziraatem będziemy grać z drużyną z Zawiercia, bo pokazaliśmy w środę bardzo dobrą siatkówkę i bardzo dobrze zagrywaliśmy. Może musimy troszeczkę lepiej przyjmować te łatwiejsze piłki, ale radziliśmy sobie naprawdę bardzo dobrze i na takich dużych emocjach potrafimy grać. Cieszę się więc, iż gramy już w sobotę i wierzę, iż jesteśmy w stanie wygrywać - zapewnił Woch.