Piękna puenta mistrza

2 tygodni temu
Kariera Kamila Stocha była bogata w wielkie sukcesy. / Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:20170106_VST_Bischofshofen_5211.jpg, fot. Ailura (CC BY-SA 3.0 AT)

Stylista, dominator, mistrz i lider. Wielkie to słowa i każde jest prawdziwe. „Rakieta z Zębu” niejednokrotnie sprawiała, iż zarówno jury, kibice, jak i rywale zbierali szczęki z podłogi. Kamil Stoch odstawił narty i pożegnał się ze skokami narciarskimi. Jak go zapamiętamy?

– Jestem bardzo zmęczony, ale szczęśliwy, iż to już koniec. Że wytrwałem do samego końca – mówił Kamil Stoch dla TVP Sport po ostatnim konkursie w karierze. Zajął w nim 30. miejsce. I choć utytułowany mistrz przyznał, iż miał nadzieję inaczej skończyć ten sezon, 29 marca zarówno w Planicy, jak i przed milionami telewizorów, poziom wzruszenia przekraczał rozmiar skoczni. Aż do tego dnia, Stoch przez ponad dwie dekady sprawiał, iż choćby w najmroźniejszą zimę spod zeskoku buchało emocjami, jak z wielkiego pieca. Wszak wypiekał w nim rekordy, złota, srebra, no i brązy. Przez wiele lat, można by rzec, hurtem i w końcu chyba skończyły mu się w domu półki, bo przecież otworzył eksponującą je galerię.

Zawodnik własnego formatu

Jako czwarty zawodnik w historii 200 razy wskoczył do TOP 10 w konkursach Pucharu Świata. 80 razy stanął w nich na podium, a 39 razy je wygrał. To także trzykrotny mistrz olimpijski, mistrz świata drużynowo i indywidualnie oraz trzykrotny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni. Mało? Dorzućmy do puli aktualny rekord Polski, ustanowiony w 2017 roku w Planicy – 251,5 metra w powietrzu. Wówczas trzeci wynik w historii światowych skoków narciarskich. Tak, dalej mowa o osiągnięciach jednej osoby! W dodatku nie jedynych, bo gdyby chcieć dokładnie opisać każde, w „Fenestrze” zabrakłoby wierszówki. Kamil Stoch to zawodnik własnego, wielkiego formatu. Zwany dominatorem, wyskakujący poza wyobraźnię widzów i rywali, uznany za legendę w swoim fachu.

To nazwisko zyskało renomę, sygnowaną opanowaniem na belce, charakterystyczną pozycją najazdową i nienaganną sylwetką w locie. Stoch nie skakał. On z błyskiem w oku sunął przez powietrze jak wyposażony w narty szybowiec. Lądowania miał niemal finezyjnie. Płynne i lekkie telemarki wyglądały tak, jakby nic nie kosztowało go spotkanie z podłożem po tylu metrach w powietrzu. Obrazą dla nich zdawały się noty sędziów poniżej 18 punktów. Niekiedy i „20” na łebka to było mało, a kolejne tyle można by Stochowi przyznać za udzielane wywiady. Dziennikarze nie raz przekonali się, iż „Rakieta z Zębu” uzbrojona jest w celne i zręczne riposty, a humor miewa kąśliwy. Zmontowane przez fanów kompilacje jego wypowiedzi bawią bardziej niż niejedna komedia.

Właśnie, fani. Ich serca zdobył nie tylko wynikami, ale i serdecznością, skromnością. Stał się znany z tego, jak długo po konkursach zostawał przy skoczni dla kibiców. Chętnie pozował do zdjęć, rozdawał autografy. choćby w ostatnich, trudniejszych i mniej udanych sezonach. I w zamian fani, ci prawdziwi, stali za nim murem aż do końca. – Nie mam choćby słów, które oddałyby to, co czuję wobec wsparcia, które otrzymuję od kibiców. (…) Cieszę się, iż przez te wszystkie lata zbudowałem taką więź z kibicami, iż nieważne czy wyniki są, czy ich nie ma, oni po prostu chcą być tutaj ze mną, z całą drużyną i dodają nam otuchy – mówił cytowany przez „Przegląd Sportowy” skoczek, po ostatnich zawodach drużynowych w karierze. Na ich wielkie wsparcie mógł też liczyć 29 marca w Planicy, gdzie aż roiło się od biało-czerwonych flag. Nie mówiąc już o milionach widzów, zgromadzonych przed telewizorami.

Ostatni taniec

– Koniec końców czuję się wygranym. Właśnie dzięki temu, iż oddałem dwa skoki w konkursie. Do samego końca walczyłem. Taki po prostu jestem. […] Stoczyłem chyba największą batalię w karierze, by wejść do tego finału – już po ostatnim skoku mówił na antenie Eurosportu. Wcześniej wieść o tym, iż „Rakieta z Zębu” awansuje i odda swój ostatni skok w drugiej serii konkursu w Planicy, wywołała, co tu mówić, euforię. Gdy jednak Stoch zasiadł na belce, zrobiło się cicho, niemal uroczyście.

Niby zajęło to kilkadziesiąt sekund, a wrażenie było takie, jakby czas stanął w miejscu. Sygnał od ukochanej żony, Ewy Bilan-Stoch. Odepchnięcie, zjazd, wybicie no i skok. Długo wyczekiwany ostatni taniec. 190 metrów… nie, absolutnie nie był to najdłuższy skok tych zawodów. I wiadomo, iż trochę szkoda. Ale okazało się, iż to wcale nie było takie ważne, bo gdy Stoch znalazł się w powietrzu, na kilometr czuć było, iż oto leci wielki mistrz. Symbolicznie, niemal melancholijnie, z wielkim ładunkiem emocjonalnym pod nartami. I do samego końca w nienagannym stylu, który przez lata stanowił odniesienie dla innych skoczków. Na dole powitał go szpaler dzieci z rodzinnego klubu Eve-nement Zakopane. Koledzy z kadry wznieśli go w powietrze, nie zabrakło podziękowań od PZN, Adama Małysza i sponsorów. Współzawodnicy z wielu państw nie szczędzili Kamilowi dobrych słów zarówno osobiście, jak i za pośrednictwem mediów oraz własnych kont w social mediach. On sam pozostał skromny, dziękował wszystkim otaczającym go i wspierającym przez ponad dwie dekady ludziom.

Niewielu będzie w stanie wyskakać tyle, ile Kamil Stoch. Niewielu kończąc karierę, zarazem zakończy epokę w narodowej historii dyscypliny. I to taką poruszającą. Wybrukowaną nie tylko zwycięstwami, ale też tymi trudniejszymi chwilami i nieustanną, budzącą podziw wytrwałością. – Niech ta moja walka o cele i marzenia, bez gwarancji zwycięstwa, będzie dla Was większą inspiracją, niż mistrz, “który wiedział, kiedy zejść ze sceny”. Jestem szczęśliwy, iż w świecie zabiegania o akceptację mogę być po prostu sobą. Do końca. I to jest dla mnie największym zwycięstwem – pisał Kamil Stoch w swoich social mediach, dziękując za wspólną przygodę. Trzeba przyznać, to piękna i wzruszająca puenta.

Marcin KLONOWSKI

Idź do oryginalnego materiału