Mateusz Bartkowiak już na dobre zadomowił się w pierwszym składzie Wybrzeża. Wygrał rywalizację z Miłoszem Wysockim, który od początku sezonu spisywał się poniżej oczekiwań. Trzeba jednak przyznać, iż wychowanek Stali Gorzów ma sporo pecha w tych rozgrywkach. Nie opuścił go on również w starciu z łotewskim Lokomotivem. Wszystko zaczęło się już w jego premierowym biegu.
Dzisiejsze zawody były dla mnie pechowe. W pierwszym biegu byłem drugi, jednak zawiesiła mi się cewka zapłonu i spadłem na ostatnią pozycję – przyznał po meczu w rozmowie z klubowymi mediami.
Później udało mu się przywieźć dwa punkty z bonusem dojeżdżając za plecami Timo Lahtiego. Wygrali z dużą przewagą i wydawało się, iż teraz Bartkowiakowi będzie szło tylko lepiej. Pech nie miał jednak zamiaru o nim zapomnieć za trzecim startem dając się ponownie we znaki.
Za trzecim razem znów pech. Bieg w którym ponownie byłem drugi, a z Timem jechaliśmy na podwójnym prowadzeniu, został przerwany. Gdybym dowiózł te punkty rozmawialibyśmy teraz o zupełnie innym występie. Niestety taki już jest sport, nie było to ode mnie w żaden sposób zależne – dodaje.
Słodko gorzki występ skwitował punktem w biegu nominowanym. Było już wtedy jasne, iż Wybrzeżu nic nie zabierze wygranej i punktu bonusowego. Swoje szanse dostali młodzieżowcy i właśnie Mateusz Bartkowiak. Pozwoliło mu to na wyciągnięcie wniosków odnośnie pierwszego startu na torze, który jak przyznaje bardzo lubi.
Cieszę się, iż sztab dał mi pojechać w czternastym biegu. Nie poszedł on po mojej myśli, ale przynajmniej miałem pewność, iż problemem motocykla była właśnie cewka. Ponownie muszę też pochwalić przygotowanie toru, na którym adekwatnie od początku czuję się bardzo dobrze. To nasz duży atut – zakończył.















