Oto jak Horngacher potraktował Polaków. Małysz musiał to ukryć

22 godzin temu
Po tym sezonie Stefan Horngacher odejdzie z niemieckiej kadry skoczków. Przez siedem sezonów osiągnął z nią ogrom sukcesów, a kilku zawodników doszło z nim do życiowej formy. Wielu mówi, iż wycisnął ją jak cytrynę, a to, co dał Niemcom, uważa za maksimum. Są choćby tacy, którzy twierdzą, iż teraz Austriak wie, co robi, bo ucieka z tonącego statku. Bo za taki, pomimo dwóch skoczków w najlepszej "szóstce" 74. Turnieju Czterech Skoczni, uważa się niemieckie skoki. Choć to nie do końca ich prawdziwa twarz.
jeżeli patrzeć na wyniki, skoczkowie Horngachera tworzą zespół o dwóch obliczach. Jedno przez ostatnie dni wywoływało owację i wybuch euforii 40 tysięcy kibiców. Tyle łącznie oglądało konkursy w Oberstdorfie i Garmisch-Partenkirchen, obserwując, jak Felix Hoffmann leci po czwarte, a Philipp Raimund szóste miejsce klasyfikacji generalnej TCS. Ale pewnie dopiero wtedy z tyłu głowy nie mieli myśli o tym, jak przedwcześnie, odpadając z konkursu, a choćby do niego nie awansując, lądowali Karl Geiger i Andreas Wellinger. Po ich krótkich skokach na całym stadionie zapadała cisza.


REKLAMA


Zobacz wideo Niesamowity wyczyn Tomasiaka. Czekaliśmy na to 18 lat


W Niemczech coraz lepiej widać, iż kończy się złota era zawodników, którzy dawali im sukces za sukcesem. Markus Eisenbichler już zakończył karierę. Geiger i Wellinger są, gdzie są - mogą mieć problem z wyjazdem na igrzyska olimpijskie, a młodymi skoczkami nie są. Pius Paschke też nie będzie młodszy. A nie do końca widać zawodników, którzy mogliby ich zastąpić. Przynajmniej nie tylu, żeby Niemcy mieli kolejny "dream team" jak za czasów Horngachera. Są w podobnej sytuacji do Polski - przespali temat zmiany pokoleniowej i teraz mogą się martwić, czy znajdą się skoczkowie, którzy w jakiś sposób pomogą przykryć dziurę, która zrobiła się pomiędzy utytułowanymi doświadczonymi a utalentowaną młodzieżą.
Oto nowi liderzy Niemców. Kibice aż przerabiają obrazek z Jezusem
Odpowiedzią na tę największą bolączkę niemieckich skoków mogą być wspomniani Raimund i Hoffmann. To przedstawiciele nowej fali zawodników - już nie bardzo młodzi, ale osiągający swoje pierwsze sukcesy w elicie. Musieli się na nie trochę naczekać, zwłaszcza ten drugi. Ale jak już odpalili, to dali Niemcom wiele euforii podczas TCS. Dzięki temu przestają być anonimowi. Kibice nie idą na skocznię tylko dla Geigera i Wellingera, ale przede wszystkim, żeby zobaczyć, jak spiszą się ci, którzy prowadzą w tej chwili ich kadrę. Bardziej rozpoznawalny zdaje się być Raimund - w tej chwili trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.
Na Grosse Olympiaschanze stojące miejsca dla fanów są bardzo blisko mixed zony dla dziennikarzy. To tam, na barierce, możliwie najbliżej skoczni, spotykam Selinę. Przyjechała na Turniej Czterech Skoczni do Garmisch-Partenkirchen, ale będzie też w Innsbrucku. Jeździ za niemieckimi - choć nie tylko - skoczkami także na Puchar Kontynentalny, czy FIS Cup. Gdzie tylko może - najczęściej w Niemczech, Austrii lub Szwajcarii. Bardzo cieszy się na finał sezonu w Planicy, bo pojedzie tam pierwszy raz. A skoki śledzi od 2014 roku, kiedy polubiła je dzięki walce o Kryształową Kulę pomiędzy Severinem Freundem i Peterem Prevcem.
Rozmawiam z nią, bo już w przeszłości zwróciła na siebie uwagę wyjątkowym transparentem. To podobizna Jezusa ze zmienioną twarzą. Umieściła na niej tę Philippa Raimunda.


Selina, kibicka Niemców, z podobizną Philippa Raimunda w przerobionym obrazku JezusaFot. Jakub Balcerski, Sport.pl


- Wpadłam na ten pomysł dzięki przyjaciółce, którą poznałam dzięki skokom. Czasem widziałam, iż razem z innymi robiła podobny projekt dla swoich ulubionych zespołów. Przeniosłyśmy to na skoki, żeby wspierać naszych ulubionych zawodników. Poza Philippem swój mają też Martin Hamann, Norweg Fredrik Villumstad i Austriak Thomas Lackner. jeżeli dobrze pamiętam, pierwszy raz byłyśmy z nimi na skoczni podczas Pucharu Świata w Klingenthal w 2023 roku. Od tego czasu "Hille" (pseudonim Raimunda - red.) towarzyszy nam prawie wszędzie, gdzie jeździmy. Jego reakcja była bardzo pozytywna, spodobał mu się. Tak samo z innymi, czy choćby odbiorem innych kibiców. Nigdy nie spodziewałabym się, iż ten znak dostanie tyle uwagi - mówi Sport.pl Selina.
W Ga-Pa ma ze sobą też nowy transparent. Tym razem znalazła zdjęcie Raimunda, na którym robi podobną minę do obecnego w wielu internetowych przeróbkach niemieckiego piosenkarza Nico Santosa. I sugeruje, iż "Hille" zrobił to lepiej. Została choćby uchwycona w transmisji z konkursu.


Selina, kibicka z Niemiec, z transparentem dla Philippa RaimundaScreen Eurosport


- Dla mnie jego rozwój był kwestią czasu. Śledzę go od mistrzostw świata juniorów z 2018 roku. Bardzo interesuję się konkursami poniżej poziomu Pucharu Świata, więc znam dobrze wiele nazwisk, zanim wejdą do elity. Myślę, iż jego osobowość jest czymś, co sprawia, iż jest wyjątkowy. Jest zawsze bardzo otwarty i pokazuje to w swoich interakcjach z fanami. Potrafi odpowiadać naturalnie na pytania w wywiadach i nie mówi tylko dzięki formułek, jest w tym autentyczny. Dzięki temu ma wizerunek szczerego i lubianego, całkiem inteligentnego skoczka. Wierzę, iż pomoże też całej dyscyplinie, pokazując ją w atrakcyjny sposób na zewnątrz, całemu światu. Ludzie kochają takie osobowości - opisuje Selina.
Rodzinny biznes. Tak ukształtował się najlepszy niemiecki skoczek
Wcześniej, pod skocznią w Oberstdorfie o Raimundzie opowiada jego brat Fabian. Okazuje się, iż cała rodzina Raimundów jest w większy lub mniejszy sposób związana ze skokami i sportem. - Z nas dwóch, to ja zacząłem skakać wcześniej. Miałem pięć lat, a Philipp od razu chciał pójść za mną, ale na początku był za mały. Zajęło to parę lat. Ale potem do mnie dołączył, skakała też nasza siostra Sina. A z nami wszedł w to nasz tata, który został trenerem. I teraz prowadzi szwajcarskie skoczkinie - tłumaczy Fabian Raimund, który sam po kontuzjach przestał skakać, ale też został szkoleniowcem. Pracuje w klubie w Einsiedeln, gdzie zajmuje się 15-osobową grupą. Na samej skoczni pozostał "Hille", a także jego najmłodszy brat.


Fabian Raimund, brat Philippa i trener klubu skoczków narciarskich z Einsideln, na skoczni w OberstdorfieFot. Jakub Balcerski, Sport.pl


Fabian tworzy też muzykę, długo zajmował się fotografią, uwielbia także kino. I mówi, iż cała rodzina z "Hille" na czele lubi oglądać filmy. - Czasem zbieraliśmy się przed telewizorem i wybieraliśmy coś do wspólnego seansu. To była taka świąteczna tradycja. Cóż, teraz świąteczną tradycją stało się kibicowanie Philippowi - śmieje się jego brat. A skoczek już oswoił się z tym, iż coraz częściej towarzyszy mu spore wsparcie. - To rodzinne jest wyjątkowe, ale nie powoduje dodatkowego stresu czy presji. Raczej pomaga i cieszy. Podobnie jak skakanie przed własną, tak dużą publicznością - mówi nam Philipp Raimund. Urodził się w Fuessen - około 75 kilometrów od Oberstdorfu i 60 od Garmisch-Partenkirchen.


- "Hille" lubi też mangę. Interesuje się japońską kulturą, może pomaga mu też trochę Sina, bo studiuje japonistykę. Philipp umie też już trochę języka. Czy rozumie już Ryoyu Kobayashiego? Pewnie parę słów tak. Wiosną byliśmy wszyscy wspólnie w Japonii i świetnie się bawiliśmy. Lubimy spędzać razem wolny czas, czy wyjechać na wakacje. Na jednym z wyjazdów pojechaliśmy nad wodę i wymyśliliśmy, iż przejedziemy się na czymś w rodzaju skuterów w kształcie bananów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż powinny na nie wsiąść maksymalnie dwie osoby, a my jechaliśmy w cztery, ha, ha. To było trochę szalone, ale skończyło się bezpiecznie i bardzo zabawnie - wspomina Fabian.
"Ten szczęśliwy"
Historia Felixa Hoffmanna jest trochę inna. Raimund to długi, ale możliwy do przewidzenia rozwój dość młodego zawodnika. U niego najlepszy moment w karierze przychodzi, gdy ma już 28 lat. I to raczej opowieść o wykorzystaniu swojej szansy, o zsyłkach do Pucharu Kontynentalnego i próbach powrotu do elity. A w końcu o dość niespodziewanym wyskoku, wzroście formy tuż przed początkiem tej zimy. Wcześniej notował tylko pojedyncze pozytywne wyniki. Teraz wskoczył choćby na podium zawodów PŚ.
- jeżeli oddajesz coraz więcej dobrych skoków, masz dużo zaufania i dobre odczucia wobec tego, jak działa cały system. Wszystko dobrze razem współgra i rośnie twoja pewność siebie. Wtedy wszystko staje się trochę łatwiejsze, możesz się tym bawić i cieszyć. A to dla mnie najważniejsze w skokach - wskazuje w rozmowie ze Sport.pl Hoffmann.
Niemieccy dziennikarze nie piszą o nim wiele, ale uczepili się jego imienia. Tłumaczą je, używając zapożyczeń z innych języków, jako "Ten szczęśliwy". I w Hoffmannie w Oberstdorfie i Ga-Pa było widać euforia ze startowania przed niemiecką publicznością. Choć on pochodzi Goldlauter-Heidersbach, więc bliżej mu do centrów w Oberhofie i Willingen niż do skoczni w Bawarii.


- Słyszałem tłum, który nam kibicował, kiedy byłem na górze i czekałem na sygnał do startu. Gdy tak się dzieje, od razu się motywuję, chcę pokazać dobre skoki, żeby dać ludziom rozrywkę. Może w taki sposób odczuwam trochę presji. Jednak skaczę głównie dla siebie i chcę oddawać swoje najlepsze skoki za każdym razem, gdy to tylko możliwe - przekazuje skoczek.
Niemcy znów nie zdobędą Złotego Orła. "Niektórzy chyba już stracili nadzieję"
Hoffmann w Oberstdorfie wskoczył na podium, był trzeci po dyskwalifikacji Słoweńca Timiego Zajca. W Ga-Pa skończył szósty. Za to Philipp Raimund zajmował piąte i siódme miejsce. W Turnieju Czterech Skoczni Hoffmann jest czwarty, a Raimund szósty. Tracą odpowiednio 46,6 i 53,2 punktu do lidera na półmetku - Domena Prevca ze Słowenii. Mogą się cieszyć niezłymi wynikami, ale brutalna prawda jest taka, iż jeżeli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, Niemcy znów nie zdobędą Złotego Orła. A przyszłej zimy minie ćwierć wieku, odkąd po raz ostatni zdobył go dla nich Sven Hannawald.
Szeroko o "klątwie Turnieju Czterech Skoczni" w przypadku Niemców pisał dziennikarz Sport.pl, Bartosz Królikowski. To nie tak, iż w ostatnim czasie nie byli blisko odczarowania tej imprezy, ale za każdym razem coś stawało im na przeszkodzie. choćby teraz, gdy znaleźli dwóch nieco młodszych zawodników, którzy przebili się do czołówki PŚ przy jednoczesnym kryzysie tych najbardziej utytułowanych skoczków, ich forma nie wystarcza, żeby pokonać rywali.


- Kiedy posłucha się głosów kibiców wokół, można odnieść wrażenie, iż niektórzy chyba już stracili nadzieję, iż wreszcie się uda - mówi nam Selina, nasze uszy wśród niemieckich fanów. - Myślę, iż wiele osób przez cały czas bardzo tego pragnie, zwłaszcza iż wiele mitów zostało już obalonych: np. to, iż po Innsbrucku Niemcy wyłączają się z walki o zwycięstwo. Ale chyba nie skupiamy się już tylko na samym zwycięstwie. Chcemy, żeby nasi zawodnicy dobrze pokazywali się choćby w pojedynczych konkursach. Oczywiście, fakt, iż TCS to tak medialny i popularny twór, sprawia, iż każdy jest nakręcony. Sama byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby np. "Hille" udało się zwyciężyć - przyznaje.


Horngacher odchodzi, a Niemcy wyglądają, jakby niedługo ich okręt miał zatonąć
Niemcy nie są w najlepszej sytuacji. Tak naprawdę muszą liczyć, iż zawodnicy tacy jak Raimund i Hoffmann utrzymają wysoką formę i pomogą im dalej walczyć w czołówce w najbliższej przyszłości. Gdyby nie oni, niektóre konkursy niemiecka kadra mogłaby kończyć bez punktów, z fatalnymi wynikami. A młodzi skoczkowie? Ci z największymi możliwościami i potencjałem jeszcze przez kilka lat raczej nie przebiją się do Pucharu Świata.
- Opisałabym obecną kadrę Niemców jako dobry mix: wieku i osobowości. Jestem ciekawa, co mogą osiągnąć jako tak poukładany zespół. W odróżnieniu od innych nacji, zwłaszcza Austrii, musimy przyznać, iż nie jesteśmy teraz w tak dobrym położeniu, jeżeli chodzi o młode talenty. Może także pełnię jakości, jeżeli spojrzymy na szerszy obraz, ogół niemieckich skoków - zgadza się Selina.
Dlatego mówi się, iż odchodzący z Niemiec Horngacher jest trochę jak kapitan opuszczający tonący statek. Ale ten okręt wcześniej wypełnił zdobieniami z najcenniejszych kruszców. Teraz ma prawo poszukać innych wyzwań, a także lepszej sytuacji dla trenera.
Już w poprzednich latach "ratował" sezony Niemców medalami na najważniejszych imprezach. Często w okolicznościach, gdy nikt by się ich nie spodziewał. Po prostu je wyczarowywał. Teraz, na igrzyskach olimpijskich w lutym, może być o to najciężej za jego kadencji. Przyszłość też nie wygląda najlepiej, wszystko zależy, jak poradzą sobie z rozwojem juniorów. Może niedługo do PŚ wskoczy jakiś "niemiecki Tomasiak".


Szef niemieckich skoków pomyśli o przyszłości po igrzyskach. Ważne słowa ws. następcy Horngachera
Horngacher odchodzi też z Niemiec w nieco inny sposób, niż gdy żegnał się z polską kadrą. Jednego na pewno się nauczył: żeby decyzję ogłosić jasno i wyraźnie wcześniej. Żeby nie robić wokół tego medialnego chaosu. Dokładnie tak było, gdy w 2019 roku do samego końca sezonu, nie chciał publicznie powiedzieć, iż to jego ostatni rok pracy z Polakami. Publicznie, bo Adam Małysz przed dziennikarzami tylko udawał, iż Horngacher nie powiedział tego jemu i zawodnikom. - Grałem. Musiałem. Obiecałem mu, wręcz przysięgałem, iż nie wygadam. Dla niego było ważne, żeby chłopaków to nie rozbiło. Musiałem zrobić wszystko, żeby faktycznie nie powiedzieć, iż po sezonie odejdzie. Wiele razy mnie kusiło, ale się powstrzymałem. Poza tym, iż dałem słowo, wiedziałem też, iż gdybym Stefana zawiódł, mogłoby się ponieść w świat, iż nie warto do nas przychodzić, iż trudno zaufać. Cieszę się, iż nie spaliłem mostów - opowiadał Łukaszowi Jachimiakowi w rozmowie na początku tego sezonu.
W każdym razie "Stef" wyciągnął wnioski z sytuacji sprzed blisko siedmiu lat. Zapamiętał sobie to, jak potraktował polskie środowisko i iż miał przez to problemy na koniec swojej pracy tutaj. A Niemców poinformował jeszcze przed olimpijską zimą. Tak, żeby wszyscy mieli świadomość, iż to jego ostatni sezon tutaj. - To była jego decyzja. Jako niemiecki związek byliśmy otwarci na każde rozwiązanie. Każda osoba, czy trener, czy zawodnik, musi znaleźć odpowiedni czas i miejsce na tego typu decyzje, pożegnania. Kamil Stoch o końcu kariery też mówił przed sezonem. Za to w zeszłym roku Markus Eisenbichler już tuż przed finałem w Planicy - wskazuje Sport.pl szef niemieckich skoków Horst Huettel.
Gdy próbuję zaczepić go o to, co z przyszłością niemieckiej kadry, mówi, iż nie będzie komentował sprawy aż do igrzysk olimpijskich. Zatem najwcześniej wtedy można się spodziewać decyzji w tej sprawie. W tekście o obecnej sytuacji byłego trenera Polaków Thomasa Thurnbichlera informowałem, iż jest w dobrej pozycji do ewentualnego awansu z kadry B do prowadzenia kadry narodowej Niemiec. Podawałem też, iż szanse powinni mieć Andreas Mitter, Maximilian Mechler i Paul Winter, to interesujące kandydatury. Wszyscy już wiosną wiedzieli, iż Horngacher raczej nie przedłuży kontraktu z niemiecką federacją, mogli się spodziewać, iż pozostając z kadrą, znajdą się w niezłej sytuacji na niemieckim trenerskim rynku przed sezonem 2026/27. Podobnie mówi się o polskim trenerze Bułgara Władimira Zografskiego, Grzegorzu Sobczyku, który współpracuje z niemieckim sztabem. O innych, bardziej zaskakujących, nazwiskach na razie nie słychać.
Horst Huettel, który będzie odpowiedzialny za wybór następcy Horngachera, o tym, jak przebiegają ewentualne poszukiwania - które, nie dajmy się zwieść, muszą już trwać, odpowiada bardzo zdawkowo. - Chcę postawić na dobre rozwiązanie. Nie tylko na jeden sezon, ale cały kolejny cykl olimpijski. Musimy myśleć długofalowo. Oto mój cel - przyznaje działacz.


Co teraz zrobi Horngacher? Nie mamy co marzyć o powrocie do Polski
A co z Horngacherem? To też wielka niewiadoma. Sam w rozmowie z telewizją ZDF w Ga-Pa stwierdził, iż jeszcze na nic się nie zdecydował. - Myślę, iż on chyba chce odpocząć. Wielokrotnie jak widziałem go na różnych zawodach, to zauważałem, iż jest zmęczony. Jest zmęczony tym całym życiem na walizkach, ciągłym jeżdżeniem, tworzeniem planów, pilnowaniem wszystkiego. Spodziewam się, iż odpuści. Może za jakiś czas wróci, a może pójdzie pracować gdzieś niżej, do jakiegoś klubu. Bez presji, spokojniej. Z drugiej strony, znam wielu trenerów, którzy po takim zejściu niżej nie potrafili się odnaleźć. Może być tak, iż Stefan odejdzie, odpocznie i wróci - wskazywał w rozmowie ze Sport.pl Adam Małysz.
Jednak według prezesa Polskiego Związku Narciarskiego na żaden powrót Horngachera do Polski kibice nie mają co liczyć. Zapytany, czy odebrałby telefon od Horngachera i przemyślał jego ponowne zatrudnienie, odpowiedział: - Nigdy o tym nie myślałem, ale uważam, iż tak doświadczony trener na pewno zawsze by się nam przydał, znalazłoby się dla niego miejsce. Kiedyś prowadził naszych juniorów, później seniorską kadrę - byłyby różne opcje. Ale myślę, iż do mnie nie zadzwoni.
Idź do oryginalnego materiału