Memoriał Kamili Skolimowskiej od lat jest jednym z najważniejszych wydarzeń lekkoatletycznych w Polsce. Za wielkimi wynikami, rekordami świata i startami największych gwiazd kryją się jednak historie, których nie widać na stadionie. Jak ta o Usainie Bolcie i butelkach domowego likieru cytrynowego, Jakobie Ingebrigtsenie, któremu udało się znaleźć identyczne kolce w sklepie biegowym, czy grupie najlepszych młociarzy świata karmionych hot dogami na stacji benzynowej.
Memoriał Kamili Skolimowskiej powstał w 2009 roku, niedługo po śmierci mistrzyni olimpijskiej z Sydney. Dziś trudno sobie wyobrazić, iż jego początki wyglądały zupełnie inaczej niż obecna impreza rangi Diamentowej Ligi.
Pierwsze edycje organizowała niewielka grupa osób, dysponująca ograniczonym budżetem i jednym samochodem. Z czasem wydarzenie wyrosło na jedno z najważniejszych spotkań lekkoatletycznych na świecie. Wraz z nim przybywało również anegdot, które na stałe zapisały się w historii Memoriału.
Oto osiem z nich.
Ingebrigtsen i jedyna para kolców w sklepie
W 2024 roku Stadion Śląski był miejscem dwóch rekordów świata. O rekord Armanda Duplantisa organizatorzy mogli być spokojni. Znacznie więcej nerwów kosztował ich występ Jakoba Ingebrigtsena.
Dzień przed zawodami podczas treningu Norwegowi zepsuły się kolce. Problem był poważny, bo był to jego jedyny egzemplarz specjalnego modelu.
– Musiał mieć identyczną parę, ale po prostu nie można jej było nigdzie dostać – wspomina Marcin Lewandowski, który podczas rekordowego biegu podawał Ingebrigtsenowi międzyczasy.
Najbliższa dostępna para znajdowała się w Berlinie. Transport z Chorzowa i z powrotem oznaczałby kilkanaście godzin jazdy. Ingebrigtsen był bliski rezygnacji ze startu.
Wtedy Lewandowski zaczął dzwonić do sklepów biegowych w okolicy. Kiedy nadzieja zaczynała gasnąć, okazało się, iż w jednym ze sklepów znajduje się jedna para dokładnie tego samego modelu.
– OK, ale jaki rozmiar? – zapytał.
Usłyszał numer.
– O matko. To jest to.
Ingebrigtsen odwdzięczył się w najlepszy możliwy sposób. Pobiegł 3000 metrów w czasie 7:17.55, ustanawiając rekord świata.
Usain Bolt przyjechał do Polski za sprawą likieru cytrynowego?
Jedyny występ Usaina Bolta w Polsce miał miejsce w 2014 roku. Zanim jednak jamajski sprinter pojawił się na stadionie, istotną rolę odegrał jego ojciec. Podczas europejskiej podróży odwiedził on mityng w Ostrawie. W obu wydarzeniach działał Alfons Juck, który zaprosił ojca Bolta do Polski. To właśnie wtedy rozpoczęły się rozmowy dotyczące przyjazdu jego syna.
– Usain został najprawdopodobniej zakontraktowany dzięki smakowi likieru cytrynowego, który przygotowywał sam Robert Skolimowski – wspomina ze śmiechem Marcin Rosengarten.
Ojciec Bolta zabrał do hotelu dwie butelki trunku. Tam zakończył również kolację zawodników, która w tamtych czasach odbywała się przed, a nie po zawodach.
Był jednak jeszcze jeden warunek – stadion. Po drodze na trening ojciec Bolta zobaczył Stadion Narodowy i zrobił na nim ogromne wrażenie. Nazwał go „Impressive Big Stadium”. Kiedy dotarł na stadion Orła, gdzie Memoriał odbywał się do 2013 roku, uznał go za obiekt treningowy.
– Gdybyśmy położyli bieżnię na Stadionie Narodowym, Usain przyjechałby? – padło pytanie.
Najpierw odpowiedź brzmiała: „to możliwe”. Następnego ranka: „zdecydowanie tak”.
Reszta jest historią. Przyjazd Bolta kosztował organizatorów około miliona złotych, ale jego nazwisko na fasadzie Stadionu Narodowego było warte tej inwestycji. Sam Jamajczyk do dziś miał podobno zastanawiać się, jak to się stało, iż jego nazwisko pojawiło się na stadionie.
Miał też problem z uruchomieniem PlayStation, które pożyczyła Anita Włodarczyk. Menu było po polsku, a w hotelu nie znalazł się nikt, kto potrafił mu pomóc.
Kolacja dla mistrzów świata? Hot dog na stacji
Początki Memoriału były znacznie bardziej skromne.
W 2009 roku organizatorzy mieli do dyspozycji jeden autobus – Volkswagena, który wcześniej należał do Kamili Skolimowskiej. Marcin Rosengarten wykorzystywał go do odbierania zawodników z lotniska.
Problem polegał na tym, iż wszyscy przylatywali o różnych porach.
Krisztian Pars, Primož Kozmus, Tatyana Lysenko i Yipsi Moreno – światowa czołówka rzutu młotem – musieli czasem czekać na transport godzinę albo dwie.
– Nikt się nie obrażał. Nie po kolacji, którą im serwowaliśmy – wspomina Rosengarten.
A kolacja była wyjątkowa.
Kiedy grupa młociarzy jechała z lotniska, organizator musiał zatankować samochód. Przy okazji kupił na stacji benzynowej hot dogi dla wszystkich.
Dziś trudno wyobrazić sobie, żeby gwiazdy światowej lekkoatletyki przyjeżdżające na mityng Diamentowej Ligi dostały taki poczęstunek. W 2009 roku była to jednak norma.
Zamiast organizować zawody, trzeba było skosić trawę
Jedna z najbardziej charakterystycznych historii dotyczy pierwszej edycji Memoriału na stadionie Skry w Warszawie. Bliscy Kamili Skolimowskiej przyjechali zobaczyć miejsce, w którym miały odbyć się zawody. Na miejscu zobaczyli… wysoką trawę.
Pojawiło się oczywiste pytanie: jak mierzyć rzuty, skoro młoty mogą zniknąć w zaroślach? Krzysztof Kaliszewski, ówczesny trener Anity Włodarczyk, zapytał, kto zajmie się koszeniem.
– Jak myślisz? – miał usłyszeć Rosengarten.
Kilka minut później sam dostał kosiarkę. Nie był to nowoczesny sprzęt do pielęgnacji stadionowej murawy, ale zwykła ręczna kosiarka ogrodowa. Do skoszenia było około 100 na 65 metrów.
Rosengarten poradził sobie. A adekwatnie, jak sam wspomina, po prostu przeżył tę operację.
Anita Włodarczyk dostała własne linie na stadionie
Lata 2015–2016 były okresem absolutnej dominacji Anity Włodarczyk. Polska młociarka biła kolejne rekordy świata, ale w 2015 roku Memoriał odbywał się już po jej starcie w mistrzostwach świata w Pekinie. Włodarczyk czuła, iż jej energia powoli się kończyła. Chciała jednak ponownie wejść na najwyższy poziom właśnie dla Kamili.
– Wymyślcie coś, żeby mnie zmotywować – powiedziała żartobliwie.
Organizatorzy wymyślili prosty zakład i postanowili go dodatkowo pokazać publiczności.
Na stadionie wyznaczono linie odpowiadające konkretnym nagrodom. Przekroczenie 80 metrów oznaczało manicure. Linia rekordu świata oznaczała zakup nowych butów. W 2015 roku Włodarczyk rzuciła 78,16 m.
Rok później zrobiła coś znacznie większego. Rzutem na 82,98 m ustanowiła rekord świata.
„Teresa! Teresa!” – tak rodziła się Diamentowa Liga w Chorzowie
Dziś Memoriał Kamili Skolimowskiej jest częścią Diamentowej Ligi. Droga do tego statusu była jednak pełna niepewności.
W 2021 roku, podczas organizowanych w Chorzowie World Relays, Marcin Rosengarten zadzwonił do Jona Ridgeona, prawej ręki Sebastiana Coe. Chciał dowiedzieć się, jakie są plany Diamentowej Ligi w związku z odwoływaniem kolejnych mityngów podczas pandemii.
– Będę o was pamiętał – usłyszał.
Początkowo nie brzmiało to jak konkretna deklaracja. Pół roku później Rosengarten ponownie zadzwonił. Tym razem również nie był przekonany, czy rozmowa ma sens. Do wykonania telefonu przekonała go Maria Andrejczyk. Ridgeon odebrał.
– Marcin, dzwonisz w idealnym momencie. Właśnie dostaliśmy informację, iż Chiny pozostają zamknięte z powodu pandemii.
Był 25 stycznia. Niedługo później szef Diamentowej Ligi Petr Stastny poprosił o przygotowanie aplikacji zawierającej budżet, plan i szczegóły organizacyjne. W połowie marca telefon zadzwonił ponownie.
– Co powiesz? Robimy to?
Rosengarten nie zapomniał emocji, które wtedy poczuł. Pierwszą osobą, do której zadzwonił po otrzymaniu wiadomości, był oczywiście Robert Skolimowski.
– Mamy Diamentową Ligę.
Chwila ciszy.
– TERESA? TERESA!!!
Robert Skolimowski krzyknął tak głośno, iż na tym zakończyła się rozmowa.
Później zarówno Robert, jak i Teresa przyznawali, iż również przeżyli wtedy prawdziwą huśtawkę emocji.
Vetter przerwał konkurs kulomiotów
W 2021 roku Johannes Vetter rzucił w Chorzowie oszczepem 97,76 m. To do dziś drugi najlepszy wynik w historii tej konkurencji.
Rzut wyglądał tak, jakby oszczep miał przelecieć nad dachem stadionu. Ostatecznie wylądował w pobliżu stanowiska, na którym odbywał się konkurs pchnięcia kulą.
– Przenieście ich, przenieście! – krzyczeli organizatorzy.
Wszyscy byli przekonani, iż kolejna próba Niemca może zakończyć się rekordem świata. Ostatecznie rekord nie padł, ale kulomioci musieli robić przerwy, gdy Vetter wykonywał swoje rzuty.
Niemiec nie wystąpił już później na Memoriale z powodu kontuzji. Bardzo chciał jednak wrócić do Chorzowa. Powód wyszedł na jaw podczas bankietu po mityngu.
– Marcin, mój dziadek jest Polakiem.
– Skąd pochodzi?
– Z Chorzowa. Napisał do mnie po tym rzucie. Kiedy tu wrócę, muszę go zobaczyć.
Teresa Skolimowska i prognoza pogody, której nie da się podważyć
Teresa Skolimowska, mama Kamili, od lat jest jedną z najważniejszych osób związanych z Memoriałem.
Każdego roku przed zawodami mówi organizatorom, iż rozmawia ze swoją córką w przeddzień imprezy. I za każdym razem przekazuje tę samą wiadomość: deszczu nie będzie. Niezależnie od prognoz pogody.
W 2025 roku nad Śląskiem rzeczywiście przechodziła burza. Jednak o godzinie 13:29 zatrzymała się. Minutę później rozpoczęła się ceremonia otwarcia. Wyszło słońce. Kamila miała przecież obiecać swojej mamie, iż podczas jej Memoriału zawsze będzie dobra pogoda.
Od małego memoriału do światowej imprezy
Te historie pokazują, jak bardzo zmienił się Memoriał Kamili Skolimowskiej. Zawody, które zaczynały się od jednego samochodu, skromnego budżetu i manualnej kosiarki, dziś przyciągają największe gwiazdy światowej lekkoatletyki.
Zmieniła się skala. Nie zmieniło się jedno, czyli ludzie, którzy tworzą Memoriał. Wciąż pamiętają, dla kogo powstał.
Kamila Skolimowska pozostaje obecna w tej imprezie nie tylko poprzez nazwę. Jest w historiach, wspomnieniach, relacjach i drobnych momentach, które przez lata stały się częścią jej dziedzictwa. I być może właśnie dlatego Memoriał jest czymś więcej niż tylko mityngiem lekkoatletycznym.
Źródło: Memoriał Kamili Skolimowskiej
fot. w nagłówku Marta Gorczyńska for Diamond League

1 godzina temu














