Oliwia Socha: “Najtrudniejsze było napisanie pierwszej piosenki”

2 godzin temu

Oliwia Socha była mistrzynią Polski, członkinią kadry narodowej w badmintonie. Jej dobrze rokującą karierę zatrzymała przed kilkoma laty poważna kontuzja kręgosłupa. Jeleniogórzanka miała jednak alternatywę w życiu – muzykę. Na swoim koncie artystka ma już kilkanaście singli. W najbliższy piątek ujrzy światło dzienne jej debiutancki krążek “Pomiędzy”, o którym między innymi podczas Next Fest rozmawiała z Wojtkiem Miśkiewiczem.

Wojciech Miśkiewicz: Na początek może zadam trochę nietypowe pytanie – lubisz Darię ze Śląska?

Oliwia Socha: Tak, lubię. A skąd pytanie? (śmiech)

W.M.: Bo znalazłem element wspólny w waszych życiorysach. Obydwie zaczynałyście od sportu, a dopiero później pojawiła się muzyka w zawodowym kontekście. Oczywiście Daria była siatkarką, ale twoja sportowa kariera była zdecydowanie bogatsza – zdobywałaś najwyższe laury choćby na Mistrzostwach Polski w badmintonie.

O.S.: Zgadza się. Trenowałam zawodowo badmintona przez 17 lat. adekwatnie cały czas jestem związana ze sportem, bo jestem trenerką i uczę zarówno dzieci, jak i dorosłych. Faktycznie przez większość mojego życia badminton był na pierwszym miejscu, mimo iż już jako dziecko miałam plan, iż kiedy skończę ze sportem, wtedy wezmę się za śpiewanie.Niestety los podjął decyzję za mnie i trochę przyspieszył ten proces, bo kontuzja pleców sprawiła, iż musiałam zakończyć karierę w momencie, w którym nie mogłam powiedzieć, iż byłam spełnionym sportowcem. Z perspektywy czasu wierzę jednak, iż nic nie dzieje się bez przyczyny. Dzięki temu napisałam cały album, którego premiera będzie 24 kwietnia.

W.M.: Czy również, jak wielu twoich kolegów i koleżanek ze świata badmintonowego, nie lubisz przekręcania tej nazwy na „badmington” albo „kometka”?

O.S.: Tak. Mówiąc szczerze, nie wiem, czy mnie to złości, chociaż znajomi często zwracają uwagę, iż poprawiam ludzi, gdy używają złej nazwy. Ale zanim zaczęłam grać, pamiętam, iż sama też to robiłam. (śmiech)

W.M.: Stawiasz dalej pierwsze kroki w muzycznym świecie. Czy cierpliwość, pokora i umiejętność organizacji czasu wyniesione ze sportu pomagają ci dziś w tej drodze?

O.S.: Zdecydowanie. Ostatnio choćby napisałam, iż gdyby nie sport, to mimo mojego silnego charakteru nie wiem, czy dałabym radę tak przedzierać się przez ten skomplikowany świat. Cały czas powtarzam sobie, iż muszę skupiać się na tym, jakie spełnienie daje mi tworzenie muzyki. Wiadomo, jest też ta druga strona – każdy artysta chciałby mieć odbiorców, zarabiać z tego i nie ograniczać się budżetowo. A moje pomysły na twórczość też wiążą się z finansami, bo produkowanie i nagrywanie muzyki nie jest tanie. Myślę więc, iż sport bardzo mi pomógł w tym, iż jeszcze się nie poddałam i dzięki temu wydam debiutancką płytę.

W.M.: Jakie są z twojej perspektywy największe trudności przy debiucie? Poza finansami – co jest najtrudniejsze, kiedy dopiero musisz przedstawić się ludziom?

O.S.: Dla mnie najtrudniejsze było napisanie pierwszej piosenki. Wydawało mi się, iż w ogóle nie potrafię tego zrobić. A potem powiedziałam sobie: „Dobra, zrobię to”, z myślą, iż nikomu tego nie pokażę. Później przyszedł kolejny etap, w którym wysłałam to do producentów, a kiedy miałam już gotową piosenkę, poczułam, iż po prostu chcę ją wydać.To zawsze wiąże się z obnażeniem swoich emocji i strachem przed oceną.

W.M.: Wspomniałaś też, iż pierwsze próby musiały trochę poleżeć w „szafie”. Czy odpuściłaś już walkę z samą sobą, iż wszystko musi być poprawione trzy razy? Bardziej stawiasz dziś na naturalność i spontaniczność?

O.S.: Tak, chociaż cały czas mam w sobie perfekcjonizm. Lubię mieć wszystko dopięte do ostatniej cegiełki. Ale kiedy czuję, iż mam ochotę wyrzucić coś z siebie, wtedy stawiam na naturalność.

To też nie przyszło od razu. Dopiero z czasem udało mi się zrzucić te filtry. Wtedy podchodzę do tego z założeniem, iż robię to dla siebie. Później, przed wysłaniem numeru producentom, staram się spojrzeć na utwór trochę szerzej. Zależy mi na tym, żebym mogła utożsamiać się z każdym wersem. A czy czasami będzie on dosłowny, czy schowany za metaforą, to już nie ma dla mnie takiego znaczenia. Czasem wolę powiedzieć mniej o sobie i ukryć coś właśnie w metaforze.

W.M.: Mówi się bardzo często, iż sukces ma wielu ojców. Ty ten swój sukces, czyli debiutancką płytę, masz już tak naprawdę za chwilę, za kilka dni. To kogo byś jeszcze poza sobą, czyli matką całego projektu, wskazała jako właśnie tych ojców? Jako te osoby, które najmocniej współpracowały z tobą lub pomagały ci mentalnie w drodze do tego, żeby to marzenie się urzeczywistniło?

O.S.: Skoro padło słowo „ojcowie” i „matka”, to na piedestał wysuwam moich rodziców. Byli dla mnie ogromnym wsparciem pod każdym względem przez cały ten proces. Oprócz tego moi bliscy, którzy w chwilach mojej wątpliwości wierzyli we mnie bardziej niż ja sama.W ostatnim czasie także moja dystrybucja Independent Digital. Nie sposób o nich nie wspomnieć. W chwilach kryzysu jest to dla mnie budujące, iż mam w nich wsparcie.

W.M.: A jeżeli chodzi o sam album – będzie to zbiór singli z ostatnich lat czy pojawią się też utwory, których odbiorcy jeszcze nie słyszeli?

O.S.: Będzie i jedno, i drugie. Znajdą się wydane już single, ale będą też nowe utwory, których wcześniej nie mieli okazji usłyszeć.

W.M.: A jak wyglądają proporcje? Więcej nowości czy więcej znanych numerów?

O.S.: Prawie pół na pół. Gdyby nie to, iż dwa tygodnie temu wydałam kolejny singiel, byłoby dokładnie po równo. Teraz lekko przeważają utwory już wydane.

W.M.: Często mówi się, iż płyta jest zapisem jakiegoś etapu życia. Czy ten album to dla ciebie podsumowanie i zamknięcie pewnego rozdziału?

O.S.: U mnie to jest pozamykanie wielu etapów życia, choćby tych z wczesnych lat szkolnych. Wracam w jednej piosence do hejtu, z którym zmierzyłam się w szkole. Mimo iż już to przepracowałam, pisząc album jeszcze raz do tego wróciłam i postawiłam kropkę utworem, który znajdzie się na płycie.To numer, który nie wyszedł jako singiel. Mówię też o aktualnych przemyśleniach, więc jest to taki zlepek przeszłości z teraźniejszością.

W.M.: Mówi się dużo w przestrzeni publicznej o hejcie. Jako były sportowiec zawodowy, dalej będąca w tym środowisku osoba, teraz prezentująca się też w środowisku muzycznym, to teoretycznie powinnaś być na takie doświadczenia bardzo mocno uodporniona. Wiadomo, każdy ma swoją konstrukcję psychiczną, swoją wrażliwość. Jednak sportowiec albo muzyk, artysta, jest oceniany stale przez innych ludzi.

O.S.: Zgadzam się, z tym iż ja z tym hejtem zmierzyłam się jeszcze pod koniec gimnazjum i na początku liceum. To był moment, w którym dopiero kształtowałam swój charakter. Teraz prawdopodobnie inaczej bym zareagowała.

W tamtym czasie pozornie radziłam sobie z tym wszystkim, ale w środku mocno mnie to dotknęło. Choć często jestem odbierana jako osoba silna i twardo stąpająca po ziemi, mam też bardzo wrażliwą stronę, której nie zawsze pokazuję. Szkołę skończyłam już prawie 10 lat temu, ale w tamtym momencie nie miałam jeszcze takiego doświadczenia i na pewno w jakiś sposób wpłynęło to na mnie długofalowo, skoro po takim czasie napisałam utwór na ten temat. Utwór nazywa się „Hymn”.

W.M.: Można więc powiedzieć, iż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

O.S.: Może coś w tym jest. Gdyby nie kontuzja, musiałabym zakończyć karierę. Gdyby nie operacja kręgosłupa, nie powstałby utwór, z którego jestem dumna. Nie byłoby tej płyty, gdyby nie koniec mojej sportowej drogi. Mogłabym być dziś w zupełnie innym miejscu. Staram się jednak podchodzić do życia tak, żeby niczego nie żałować. Przyjmować to, co jest, wierzyć, iż wszystko ma sens, i wykorzystywać swoje możliwości najlepiej, jak potrafię.

Idź do oryginalnego materiału