Olimpijska manna z nieba

2 tygodni temu

Adam Małysz jako prezes PZN ma twardy orzech do zgryzienia. / Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Malysz_(cropped).jpg

Choć u wielu nadchodząca wiosna kojarzy się z nadzieją, to w przypadku sportów zimowych tradycyjnie zwiastuje ona koniec sezonu i czas podsumowań. Pewnej klamry nie unikniemy także przy okazji opisywania skoków narciarskich. Zmierzająca ku finiszowi kampania 2025/26 przybierała bowiem dla Polaków różne barwy.

Zdecydowanie kulminacyjnym momentem tej zimy dla polskiego, zimowego sportu narodowego były Igrzyska Olimpijskie, z których Polacy dość niespodziewanie wyjechali z tarczą, a nie na niej. Zważywszy na trwającą w polskich skokach zmianę pokoleniową mało kto spodziewał się, iż pod względem liczby zdobytych medali to będą najlepsze ZIO w historii tejże dyscypliny. Z Predazzo, gdzie odbywały się zawody na normalnej (HS 107) i dużej (HS 141) skoczni, Biało-Czerwoni wyjechali z aż trzema krążkami.

Niekwestionowanym bohaterem był zaledwie 19-letni Kacper Tomasiak, który we Włoszech wykazał się wspaniałą dyspozycją fizyczną i psychiczną. Ostatecznie przyniosła ona polskiemu skoczkowi dwa indywidualne medale – srebrny na normalnym obiekcie, a brązowy na dużym. Polski młokos musiał rywalizować z zawodnikami ze światowej czołówki, którzy – podobnie jak on – najwyższą formę przygotowali właśnie na Zimowe Igrzyska Olimpijskie. W obu konkursach Polak o krążki walczył z Norwegiem – Kristofferem Eriksenem-Sundalem, który dwa razy po pierwszej serii znajdował się wyżej od Tomasiaka. W drugich skokach 19-latek pokazywał jednak siłę psychiczną i był w stanie wyprzedzić norweskiego rywala, tym samym zapewniając sobie medale.

Trzecim laurem olimpijskim wywalczonym przez skoczków, który – parafrazując „Mazurka Dąbrowskiego” z ziemi włoskiej powędrował do Polski było srebro w konkursie duetów wspomnianego po wielokroć Tomasiaka i Pawła Wąska. Mało brakowało, a ostatecznie Biało-Czerwoni skończyliby ten konkurs poza podium. Podczas ostatniej serii w fatalnych warunkach pogodowych na belkę wpuszczony został Tomasiak, który wylądował zbyt blisko, aby wywalczyć medal. Po próbie bezradnego wobec matki natury Polaka organizatorzy zdecydowali się jednak anulować ostatnią serię zawodów, co spowodowało, iż w ciągu kilku sekund miliony kibiców znad Wisły ze stanu smutku przeszły w euforię.

Maciusiak się obronił

Jeszcze kilka tygodni temu prezesa Polskiego Związku Narciarskiego – Adama Małysza można było obwiniać o decyzję, która ostatecznie – trzeba to przyznać – okazała się słuszna. Chodzi bowiem o zatrudnienie przed trwającym sezonem 2025/2026 Macieja Maciusiaka na stanowisku pierwszego trenera kadry A, odpowiedzialnego za wyniki Polaków w Pucharze Świata. Przed ZIO, na fali słabych występów w PŚ Maciusiak był wielokrotnie krytykowany – wielu uważało nawet, iż powinien zostać zwolniony zaraz po Igrzyskach, aby kolejny szkoleniowiec miał więcej czasu w przygotowanie kadrowiczów do rywalizacji w nowym sezonie.

Gorzką pigułką w kończącym się sezonie były bowiem właśnie występy podopiecznych Maciusiaka w Pucharze Świata. Na przestrzeni całego sezonu, poza Tomasiakiem (którego do sezonu latem przygotowywał trener kadry B – Wojciech Topór), pojedyncze dobre wyniki Polaków były odstępstwem od szarej codzienności drugiej lub trzeciej dziesiątki osiąganej przez takich skoczków jak Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Paweł Wąsek czy kończący karierę po kampanii 2025/2026 Kamil Stoch. Podczas pięciomiesięcznego sezonu każdy z nich miał mniej lub bardziej okazałe przebłyski (przykładowo 10. miejsce Stocha w Lahti, trzecia lokata Kubackiego w konkursie duetów w Zakopanem czy dobre występy Żyły na mamucich skoczniach), ale patrząc w lustro na koniec sezonu w zasadzie żaden z nich poza medalistą Wąskiem nie będzie mógł zaliczyć kończącego się sezonu do udanych.

Maciusiak objął jednak strategię położenia w zasadzie wszystkiego na jedną, olimpijską kartę, która się opłaciła. W końcu to na ZIO pisze się historię sportu, nieporównywalną z ewentualnymi solidnymi występami w Pucharze Świata, który mamy okazję śledzić co roku. Igrzyska to po prostu sól tej dyscypliny.

– Mogę tylko powiedzieć w sprawie trenera, iż bez wątpienia medale Kacpra rozwiewają wszelkie wątpliwości co do jego przyszłości (Maciusiaka – przyp. red.). Biorąc pod uwagę także Pawła Wąska trzeba docenić, iż każda decyzja trenera się broniła. Wycofał zawodników, przygotował ich na Igrzyska, dokonał dobrego wyboru, bo przecież sporo było głosów, iż powinien jechać Dawid Kubacki, Piotr Żyła czy Maciej Kot. Myślę, iż te sukcesy dadzą Maciusiakowi spokój i kredyt zaufania, a tego w ostatnim czasie nie miał – broni Maciusiaka w komentarzu dla nas Aleksander Roj z TVP Sport.

Ostatecznie więc obdarzenie trenera kadry A pełnym zaufaniem przez Adama Małysza (ale także zarząd, który w tej kwestii ma ostateczny głos) zdało egzamin. Sam prezes jednak nie zdradza, czy w kolejnym sezonie Maciusiak wciąż będzie pełnił swoją funkcję: To nie ode mnie zależy. Poza tym od początku mówiliśmy, iż czas rozliczeń przyjdzie po sezonie. Już na skoczni po konkursie duetów słyszałem pytanie o Maćka. A ja mówię, iż rozliczymy się po sezonie, porządnie, tak, jak powinniśmy. Wielu z dziennikarzy zwalniało Maćka po Pucharze Świata w Zakopanem, teraz zmieniają zdanie – stwierdził Małysz w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. Co ciekawe, swojej przyszłości nie jest także pewny sam Małysz, który nie wie, czy w czerwcowych wyborach na prezesa Polskiego Związku Narciarskiego zgłosi swoją kandydaturę.

Przespany złoty moment

Mimo satysfakcjonujących występów na Igrzyskach Olimpijskich, stan polskich skoków narciarskich nie jest idealny. Dobrym przykładem jest tutaj sytuacja, z którą mamy do czynienia w przypadku damskiej odsłony tegoż sportu, prężnie rozwijającego się w krajach Europy Zachodniej czy Norwegii. Z kolei w Słowenii siostra najlepszego skoczka w Pucharze Świata – Domena Prevca, Nika – jest bohaterką porównywalną do swojego brata. W skrócie, w damską odsłonę skoków po prostu warto inwestować, gdyż może ona w przyszłości wykreować wywodzącą się ze sportu kolejną ikonę popkultury, którą przykładowo stała się Iga Świątek.

Obecnie w damskich skokach Biało-Czerwoni kibice mogą liczyć na dwie zawodniczki – Annę Twardosz i Polę Bełtowską. Liderką kadry zdecydowanie jest Twardosz, która podczas ZIO na normalnej skoczni w Predazzo zajęła niespodziewanie wysokie 10. miejsce. Igrzysk do udanych nie zaliczy jednak 19-letnia Bełtowska, która w olimpijskich konkursach zajmowała 50. i 41. miejsce. Słaba kondycja skoków kobiet oczywiście przekłada się później na gorszy obraz Polski przy okazji największych imprez, takich jak Mistrzostwa Świata czy Igrzyska Olimpijskie. Podczas najbardziej prestiżowych zawodów czterolecia realizowane są bowiem także konkursy mikstów (zawody drużynowe z dwiema kobietami i dwoma mężczyznami), które potencjalnie mogłyby stanowić kolejną szansę medalową. Tymczasem występ naszego miksta w Predazzo można uznać za jedną z największych porażek minionych Igrzysk. Polska w składzie Bełtowska – Wąsek – Twardosz – Tomasiak zajęła dopiero 11. miejsce, wyprzedzając tylko reprezentację Rumunii. Biało-Czerwoni musieli ustąpić choćby takim nacjom jak Francja, Włochy czy… Chiny.

Występy Polek w Pucharze Świata są jeszcze słabsze. Bo choć Anna Twardosz regularnie punktuje w światowej elicie, to najczęściej są to wyniki w trzeciej dziesiątce, a nie gwarantujące walkę o podium. W klasyfikacji generalnej PŚ 24-latka zajmuje… 24. pozycję (stan na 7. marca), a Bełtowska dopiero 51. lokatę.

Mateusz DUKAT

Idź do oryginalnego materiału