Takiej drużyny na igrzyskach w Mediolanie nie wystawi prawdopodobnie żadna inna reprezentacja. Rosjanie Jekaterina Kurakowa, Władimir Samoiłow, Julia Szczecinina oraz Ukrainka Sofija Dowhal, wraz z Polakami Wiktorem Kuleszą (z Dowhal w parze sportowej) i Michałem Woźniakiem (ze Szczecininą w parze tanecznej) wystartują pod flagą biało-czerwoną w Team Event w łyżwiarstwie figurowym. Polska wystawi drużynę po raz pierwszy. – Udało nam się zbudować poczucie jednego teamu – mówi prezeska Polskiego Związku Łyżwiarstwa Figurowego Magdalena Tascher.
REKLAMA
Zobacz wideo Małysz o konflikcie z Piesiewiczem: Zachowaliśmy się jak małe dzieci
Tu ważna uwaga. Może najważniejsza. Wszyscy "nasi" Rosjanie w łyżwiarstwie figurowym wyjechali z ojczyzny, krainy Putina, przed rozpętaniem przez niego wojny z Ukrainą.
Jekaterina Kurakowa ma polskie obywatelstwo od 2019 r., Władimir Samoiłow od 2021 r., Julia Szczecinina od 2023 r. (wcześniej - węgierskie, wyjechała z Rosji w wieku trzech lat). Ukrainka Sofija Dowhal od 2024 r. Rozpoczną drużynową rywalizację jeszcze przed oficjalnym otwarciem igrzysk, już w piątek od godz. 9.55 rano.
Radosław Leniarski: Biało-czerwona drużyna w konkurencji Team Event jest niezwykła, bo składa się z trojga Rosjan, Ukrainki i dwóch Polaków. Pierwsi na lód wyjadą soliści, Moskwiczanie: Jekaterina Kurakowa i Władimir Samoiłow.
Magdalena Tascher: - Historia przyjazdu Wowy Samoiłowa do Polski jest bardzo podobna do przypadku Katii Kurakowej. Klub z Polski, z Torunia [MKS Axel – rl] wymyślił następujący sposób działania: będą ściągać zawodników z zagranicy, którzy następnie, zdobywając wysokie miejsca, sprawią, iż popularność łyżwiarstwa w kraju poszybuje.
Władimir jest jednym ze zrealizowanych pomysłów: przedstawiciele klubu upatrzyli go sobie na zawodach i – po rozmowach, nazwijmy je konsultacjami, kogo by tu można do nas ściągnąć, bo przecież nie tylko Władimir dobrze jeździ na łyżwach – namówili do przyjazdu do Torunia.
Władimir ma ogromne umiejętności, co było widać na różnych zawodach w Rosji dawno temu. Tylko iż nie był w stanie udowodnić wielkich umiejętności na większej scenie. Był uznawany za zawodnika, który, owszem, na treningach robi cuda, ale potem - na zawodach - mu nie wychodzi. W Rosji zmieniał trenerów.
Był w szkole Sambo-70 słynnej Eteri Tutberidze, w "Akademii Aniołów" Jewgienija Pluszczenki, ale najdłużej ćwiczył u Wiktorii Wołczkowej-Bucajewej.
U Tutberidze nabawił się kontuzji pleców. Cóż, ona słynie z dosyć drastycznych metod, przynoszących sukcesy w krótkim czasie, ale też często niszczących zdrowie zawodników. Większość wie, na co się pisze, tak przynajmniej wynika z moich rozmów z "lokalsami", a mimo to ryzykują, w nadziei na sukces i sławę. Nikt nikogo do niczego nie zmusza.
Tutberidze przebiera w talentach, więc to, iż ktoś wyleci z powodu kontuzji, nie jest dla jej szkoły problemem, bo zaraz pojawi się następny. Jej szkoła jest kuźnią gwiazd, złote i srebrne medalistki dwóch ostatnich igrzysk olimpijskich były jej zawodniczkami. Ostatnio jej zawodnik, Gruzin Nika Egadze, zdobył tytuł mistrza Europy.
W przypadku Samoiłowa deklaracja była krótka: "Bolą cię plecy? To albo cię rzeczywiście bolą, albo trenujesz". Tak relacjonował Wowa. Czyli: zagryzasz zęby i lecisz albo się użalasz nad sobą.
Przemiał.
- Tak. Wielu ludzi dochodzi, wielu odpada. Jest z kogo wybierać. U nas taki system nie ma szans. Rosyjscy szkoleniowcy, którzy przyjeżdżają do Polski lub gdzieś dalej, gwałtownie są konfrontowani z faktem, iż ani nasze dzieci, ani ich rodzice, nie są gotowi w taki sposób trenować.
Wowa przeniósł się do Pluszczenki, ale uraz nie odpuszczał, jego kariera nie posuwała się do przodu. Był już daleko od rosyjskiej kadry. I wtedy pojawił się polski klub.
To było jeszcze przed wojną, prawda?
- Przed inwazją, w 2019 roku. Tylko iż chwilę później wybuchła pandemia, a potem wojna.
Z Wową wtedy sporo rozmawiałam. Pamiętam też bardzo dobrze wybuch wojny. On był przerażony. Od tamtej pory nie widział swoich rodziców, nie mają paszportów. To dla niego bardzo trudna sytuacja. Nie umie o tym opowiadać, jest zupełnie inny niż Katia Kurakowa, bardzo otwarta, ekstrawertyczna. Władimir trzyma w środku wszystko, co czuje. Nam zajęło sporo czasu, żeby do niego dotrzeć, żeby się otworzył. Zaufał trenerce Angelinie Turenko, która trenowała również Katię we Włoszech. Władek – Władimir, Wowa – też mieszka i trenuje we Włoszech, a startuje w barwach MKS Axel Toruń.
Katia, mimo trenowania w tej chwili we Francji, wiele czasu spędza w Polsce, właśnie w Toruniu. Ona się tam czuje jak w domu - przyjeżdża, uczy dzieci, układa im programy, ma tam przyjaciół. Jest w Polsce bardzo dobrze osadzona, mówi świetnie po polsku, po polsku udziela wywiadów, nie jest to dla niej żadnym problemem.
Teoretycznie Samoiłow mógłby reprezentować Włochy?
- Hmm, najpierw przyjechał do Polski. Większość kosztów utrzymania Wowy pokrywał klub i fundacja, którą prezes toruńskiego klubu założył. To było na początku ogromne wsparcie. Potem nastał okres bez wyników i klub wstrzymał finansowanie. Wtedy przejęliśmy je my i do tej pory Władimira utrzymujemy. Ale tak naprawdę bardzo często rozmawiamy z ministerstwem, bo potrzebujemy ośrodków w Polsce, żeby pieniędzy nie transferować za granicę, do Francji - jak w przypadku Katii i do Włoch - w przypadku Wowy. Oczywiście na pewnym etapie kariery i tak zagraniczne wyjazdy są niezbędne. Jednak znacznie lepiej jest szkolić "w domu", zwłaszcza juniorów.
Julia [Szczecinina – rl] miała trzy lata, gdy z rodzicami wyjechała z Rosji do Szwajcarii i tam się wychowała. Przez wiele lat reprezentowała Szwajcarię, potem, szukając lepszego partnera, trafiła na Węgry [o mały włos nie wystartowała w parze z Markiem Magyarem na igrzyskach w Pekinie w 2022, tuż przed programem krótkim dopadł ją COVID i para nie wystartowała – rl]. A później my staliśmy się jej celem ostatecznym, bo w naszej dyscyplinie trzy razy można zmienić sportowe obywatelstwo... Łyżwiarstwo figurowe jest pod tym względem niezwykłe. Kiedyś na mistrzostwach Europy wyszło mi, iż 50 proc. zawodników w parach sportowych urodziło się i wychowało w innym kraju, niż reprezentuje. A większość tych sportowych imigrantów pochodzi z Rosji.
Nasi łyżwiarze w parach sportowych i tanecznych mają dziś partnerów lub partnerki raczej z Ukrainy. Wiadomo - po wybuchu wojny Rosjanie już do nas nie przyjeżdżają. Nie możemy ich przyjmować. W każdej parze tanecznej, którą w tej chwili mamy w Polsce na poziomie seniorskim i juniorskim, mamy kogoś z Ukrainy. Głównie partnerów.
Czy rodzice nie mają pretensji, iż Rosjanie lub Ukraińcy zabierają ich dzieciom miejsce w reprezentacji? Jak pani to ocenia: oni ciągną poziom w górę, czy blokują kariery Polakom?
- Ciągną, ciągną. Duże brawa dla Sylwii Nowak-Trębackiej, która od początku stawiała na to, żeby "wciągać" ich do naszego społeczeństwa. Wszyscy mówią po polsku, chodzą do polskich szkół, studiują na polskich uczelniach. Część z nich potem zostaje tutaj, jak Maks Spodyriew, który przez lata występował w parze z Natalią Kaliszek. Świetny trener, asystent. Teraz kolejne pokolenie wychowuje i Polski nie chce opuszczać.
To znaczy, iż polska reprezentacja na igrzyska w Mediolanie będzie mówić po polsku, mimo iż 2/3 stanowią zawodnicy z Rosji plus łyżwiarka z Ukrainy.
- Dla mnie niezwykle ważne było, żeby mówili po polsku. Jeżdżę z nimi na mistrzostwa Europy od ich przyjazdu do Polski i wiedzą, iż o sprawach technicznych, kiedy ważne są detale, możemy rozmawiać po rosyjsku, bo ja dobrze mówię w tym języku, w języku łyżwiarstwa. Ale zawsze powtarzałam, iż naszym głównym językiem jest polski i iż w reprezentacji będziemy mówić po polsku. To bardzo ważne i dla nas, i dla naszych kibiców, i dla dziennikarzy, choćby z praktycznego punktu widzenia. jeżeli nie będziecie rozmawiać z nimi po polsku – powtarzałam im – to oni po prostu nie będą wami zainteresowani, nie będą chcieli się z wami utożsamiać, kibicować wam.
Wowa uczy się polskiego. Jest w stanie udzielać wywiadów, ale - hmm - jeszcze nie takich "pogłębionych". Takie rozmowy stresują go bardziej niż występy.
Między sobą dobrze żyją?
- Tak. Bardzo ciekawie obserwuje się relacje, o które pan pyta, na zawodach. Wielu ukraińskich i rosyjskich łyżwiarzy funkcjonuje bezproblemowo. Najwięcej zależy od tego, z jakim człowiekiem mamy do czynienia. My wiemy, kto w naszym środowisku popiera Putina. Kto wspomina na międzynarodowych zawodach o "specjalnej operacji". Takie osoby są izolowane. Znam wiele trenerek i trenerów rosyjskich. Nie nazywają wojny "specjalną operacją", otwarcie przyznają, iż to wojna Putina.
Robi pani czasami taki test?
- Robię. Nie jest tajemnicą, iż mieszkałam przez jakiś czas w Rosji. Mam tam wielu przyjaciół, czy raczej - miałam wielu przyjaciół. Czas zweryfikował...
Straciła pani przyjaciół?
- Po prostu jak ktoś do mnie pisze o "specjalnej operacji", to ja już nie odpisuję, ucinam kontakt od razu. W tej kwestii jestem czarno-biała.
Powiem tak: rodzina Soni Dowhal mieszka w Polsce. Wiele rodzin łyżwiarzy, którzy u nas jeżdżą, przeniosła się do Polski. Ale na przykład para sportowa z Ukrainy, która występowała na ostatnich mistrzostwach Europy – Sofia Goliczenko i Artem Darenski – trenuje w Dnipro. Tam, gdzie spadają bomby [wcześniej w Chersoniu, gdzie w kwietniu 2025 rakieta zniszczyła lodowisko, na którym ćwiczyli – rl]. Solista ukraiński, Kiryło Marsak, który wywalczył na ME ósme, najlepsze miejsce dla Ukrainy od 26 lat, trenuje w Finlandii. Jego tata jest na froncie, mama pracuje w Kijowie, siostra jest w Bydgoszczy trenerką, a on program na igrzyskach olimpijskich zadedykuje ojcu. Oni mają zupełnie inną motywację na zawodach, to jest inny rodzaj stresu. Wszyscy trzymamy za nich kciuki.
Bardzo jestem dumna, iż przez ostatnie lata udało nam się zbudować poczucie drużyny. Kiedy jedziemy na zawody, co rano piszę zawodnikom, o której godzinie mają starty, o której się widzimy, kto zabiera flagę. Piszę im: "Chcę was słyszeć, chcę was widzieć". I rzeczywiście tak jest. To jest bardzo indywidualny sport, ale po starcie jemy razem i jedziemy pograć w ping-ponga.

1 godzina temu




