Czternaście lat po tym, jak świat oszalał na punkcie szerzej wcześniej nieznanego rozgrywającego z Harvardu, Jeremy Lin powrócił do Madison Square Garden – tym razem jako kibic, by obserwować sukcesy nowej generacji New York Knicks. Jednak za uśmiechem emerytowanego koszykarza kryje się historia pełna niedopowiedzeń i bolesnych wspomnień. W szczerym wywiadzie dla podcastu „Pablo Torre Finds Out”, twórca fenomenu „Linsanity” rzucił nowe światło na kulisy swojego głośnego odejścia z Wielkiego Jabłka, ujawniając, iż do samego końca desperacko walczył, by zostać w zespole, który dał mu szansę na sportową nieśmiertelność.
Przez lata dominowała narracja, że Jeremy Lin opuścił Manhattan skuszony lukratywnym kontraktem z Houston Rockets. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Rozgrywający przyznał, iż gdy Teksańczycy przedstawili mu trzyletnią ofertę opiewającą na 29 milionów dolarów, jego pierwszą reakcją nie była radość, ale przerażenie. Wiedząc, iż New York Knicks mogą się nie kwapić do wyrównania tak wysokiej kwoty, zawodnik o tajwańskich korzeniach podjął radykalne kroki.
– Mogli zaoferować mi trzyletni kontrakt wart 9 milionów dolarów, ale choćby taka kwota nie pojawiła się na stole. Kiedy Houston przedstawiło swoje warunki, pierwsze pytanie, jakie zadałem agentowi, brzmiało: „Czy Knicks je wyrównają?” – wspominał 37-latek.
– Powiedziałem: „Możesz wrócić do Rockets i przekazać im, iż nie zaakceptujemy tych warunków? Chcemy mniej”. Chciałem niższej kwoty. Naprawdę próbowałem zniechęcić Houston. Pamiętam to jak dziś. Zadzwoniłem do agenta i powiedziałem: „Mamy konkretną propozycję, ale potrzebujemy mniej korzystnych warunków, bo chcę wrócić do Nowego Jorku – kontynuował.
Niestety dla samego zainteresowanego, Knicks nie wykazali choćby minimalnego zainteresowania negocjacjami. Jak stwierdził Lin, jego agent postawił sprawę jasno: klub z Nowego Jorku nie przedstawił absolutnie żadnej propozycji, choćby na znacznie niższym poziomie finansowym.
– Byłem załamany. Pamiętam to jak dziś. Knicks mieli trzy dni na podjęcie decyzji i ten okres dłużył mi się niemiłosiernie. Już wcześniej wszyscy mówili, iż nie ma szans, by wyrównali ofertę Houston. Mój agent stale powtarzał: „Przygotuj się na to, iż tego nie zrobią”. Ja jednak nie chciałem w to uwierzyć. Powtarzałem tylko: „Nie ma mowy, muszę wrócić do Nowego Jorku” – wyznał. Ostatecznie brak alternatywy zmusił go do przeprowadzki do Teksasu, co do dziś pozostaje dla niego bolesnym punktem w karierze.
Chociaż kulisy kontraktowe z pewnością wzbudzają emocje, to jednak za swój największy żal Jeremy uznaje coś, na co nie miał wpływu: kontuzję kolana z marca 2012 roku, która brutalnie przerwała okres „Linsanity”. Rozdarcie łąkotki wykluczyło go z gry tuż przed fazą play-off, w której jego Knicks mieli zmierzyć się z naszpikowanym gwiazdami Miami Heat. Dla ambitnego koszykarza oglądanie tej serii z ławki rezerwowych było doświadczeniem, którego nie da się porównać z niczym innym.
– Próbowałem zrobić absolutnie wszystko, żeby wrócić. Jestem przecież chorobliwie wręcz nastawiony na rywalizację. Na taką okazję czekałem przez całe życie. Potem przyszła „Linsanity”, a świadomość, iż nie mogę wyjść na parkiet i rywalizować, była po prostu druzgocąca – zauważył były koszykarz, który do dziś zastanawia się, jak potoczyłyby się losy jego oraz całej organizacji, gdyby w tamtym kluczowym momencie był zdrowy. To właśnie ten uraz zapoczątkował serię problemów zdrowotnych, które prześladowały go przez resztę kariery w NBA.
Mimo iż czas fenomenu był krótki, jego wpływ na przyszłe pokolenia okazał się trwały. Jednym z najbardziej namacalnych dowodów jest postać Karla-Anthony’ego Townsa, obecnej gwiazdy ekipy z Wielkiego Jabłka. Dominikański podkoszowy, dorastający w New Jersey, przyznał, iż to właśnie występy starszego kolegi po fachu sprawiły, iż stał się zagorzałym kibicem Knicks. Jeremy, widząc KAT-a w koszulce z napisem „Linsanity”, początkowo nie mógł w to uwierzyć.
– Kiedy słyszę, jak o tym opowiada, myślę sobie: „Naprawdę miałem wpływ na jego życie”. To dla mnie ogromne zaskoczenie. Szczerze mówiąc, przez cały czas nie mogę w to uwierzyć – stwierdził z niedowierzaniem 37-latek.
W cieniu wielkiej koszykówki i biznesowych decyzji kryją się także barwne anegdoty z okresu największej popularności zawodnika. Lin potwierdził niedawno krążące od lat plotki o zainteresowaniu jego osobą ze strony Kim Kardashian. Według jego relacji, ekipa produkcyjna celebrytki, szukając do programu „nowojorskiego sportowca”, zwróciła się do NYK z prośbą o udział popularnego zawodnika w ich reality show. Włodarze klubu, chcąc chronić swojego młodego gracza przed medialnym zgiełkiem i rozproszeniem, odrzucili tę propozycję natychmiast, choćby nie informując o niej samego zainteresowanego.
Historia Jeremy’ego Lina w Nowym Jorku to opowieść o błyskawicznym wzlocie, niechcianym pożegnaniu i trwałym śladzie, jaki pozostawił po sobie w kulturze sportu. Choć sam zawodnik wciąż czuje niedosyt spowodowany kontuzjami i brakiem porozumienia z zarządem, dla kibiców w Madison Square Garden na zawsze pozostanie symbolem nadziei, która na kilka tygodni 2012 roku zjednoczyła całe miasto.

5 godzin temu












