NBA przyznała, iż sędziowie popełnili błąd, nie odgwizdując faulu Victora Wembanyamy na Jalenie Brunsonie. Wywołała jednak jeszcze większe kontrowersje, tłumacząc, iż choćby po analizie nie zakwalifikowałaby tej akcji jako faulu niesportowego (flagrant). Kibice, dziennikarze i byli zawodnicy zaczęli więc pytać, czy liga chroni swoją nową gwiazdę i czy wobec Francuza nie stosuje podwójnych standardów? Tym bardziej, iż ewentualny Flagrant 1 nie wiązałby się z automatycznym zawieszeniem Wembanyamy. To nie była jedyna kontrowersyjna sytuacja w trzecim meczu finału NBA. Stephon Castle też mocno potraktował Brunsona. Wpadł w niego z impetem, uderzając go w plecy, a lider Knicks upadł na parkiet i wyraźnie odczuł ten kontakt. Arbitrzy obejrzeli powtórkę, ale uznali, iż był to zwykły faul. Co tam się wydarzyło? Dlaczego decyzje sędziów lub ich brak wzbudziły tak duże emocje? Czy Wembanyama powinien dostać Flagrant 1, a może choćby Flagrant 2? I czy Knicks mają problem nie tylko z arbitrami, ale też z tym, iż nikt nie chroni ich największej gwiazdy? Zapraszam na wnikliwą analizę.
NBA przyznała się błędu, ale…
Pierwsza kontrowersyjna sytuacja miała miejsce w pierwszej kwarcie trzeciego meczu finałów NBA. Brunson próbował przedzierać się przez zasłonę. Była walka o pozycję, może choćby Brunson złapał Wembanyamę za koszulkę, ale Francuz odpowiedział mocnym odepchnięciem. Brunson upadł na parkiet. Gwizdka nie było.
Nie była to akcja z piłką. Nie był to naturalny kontakt przy zbiórce. Nie była to też zwykła walka bark w bark pod koszem. Wembanyama wyraźnie odepchnął Brunsona ręką, a kontakt wyglądał na niebezpieczny i wydaje się, iż spełniający kryteria faulu niesportowego (flagrant).
Zobaczcie jak to wyglądało:
NBA przyznała później, iż faul powinien zostać odgwizdany, ale zwykły… Szef sędziów NBA tłumaczył, iż arbitrzy źle rozłożyli odpowiedzialność za obserwację akcji. Jeden sędzia patrzył na piłkę, drugi nie wychwycił wszystkiego, co działo się poza nią.
To oczywiście może się zdarzyć, ale większe kontrowersje wywołało oświadczenie, iż choćby po obejrzeniu na spokojnie, NBA nie uważa, iż był to „niepotrzebny kontakt„, czyli, iż nie był to faul z kategorii Flagrant.
Według przepisów NBA Flagrant 1 to „niepotrzebny kontakt”. Flagrant 2 określany jest jako „kontakt niepotrzebny i nadmierny”. Sędziowie biorą pod uwagę siłę kontaktu, miejsce kontaktu, intencję, ryzyko urazu i to, czy zagranie było częścią naturalnej akcji koszykarskiej.
Dlatego kontakt powyżej szyi są zwykle analizowane bardzo dokładnie. Sam kontakt z głową albo szyją automatycznie nie oznacza jeszcze faulu niesportowego, ale powinien zapalić czerwoną lampkę.
W tej sytuacji NBA uznała, iż faul był, ale nie było wystarczających podstaw, aby dopisać Wembanyamie Flagrant 1 lub 2 po meczu, co wywołało duże kontrowersje.
Nie twierdzę, iż to powinien być od razu Flagrant 2 (automatyczne wyrzucenie z boiska). Brunson wcześniej trzymał Wembanyamę za koszulkę, więc cała akcja miała kontekst przepychanki poza piłką. Nie wyglądało to tak samo jak brutalny atak łokciem czy celowe polowanie na głowę.
Ale Flagrant 1? Moim zdaniem tak. Tego samego zdania był komentujący ten mecz Richard Jefferson, który oglądając powtórkę powiedział, iż to powinien być Flagrant 1. Kontakt był niepotrzebny. Był wysoko (szyja i głowa). Był poza naturalną akcją koszykarską. Skończył się upadkiem Brunsona na parkiet. I co najważniejsze: liga sama przyznała, iż faul powinien zostać odgwizdany.
Jeśli to nie był Flagrant 1, to co nim jest?
Dlaczego ta decyzja była tak ważna?
Tu dochodzimy do najważniejszego elementu tej historii. Wembanyama ma już na koncie dwa punkty flagrant w tegorocznych play-offach. Dostał je za Flagrant 2 w serii z Minnesotą Timberwolves, gdy uderzył Naza Reida łokciem w okolice szyi i głowy. Tamta akcja została sprawdzona na wideo, podniesiona do Flagrant 2 i skończyła się wyrzuceniem Wembanyamy z meczu.
Tak wyglądała ta sytuacja:
W play-offach NBA działa system punktowy:
- Flagrant 1 to jeden punkt.
- Flagrant 2 to dwa punkty.
Zawodnik zostaje automatycznie zawieszony na jeden mecz, gdy osiągnie czwarty punkt w play-offach. Punkty nie resetują się po każdej rundzie. To oznacza, iż gdyby Wembanyama otrzymał jednak Flagrant 1 za faul na Brunsonie, to i tak nie byłby automatycznie zawieszony na kolejne spotkanie, ale miałby już 3 punkty i każdy kolejny punkt powodowałby, iż nie mógłby zagrać w następnym meczu.
I chyba dlatego ta decyzja tak mocno rozdrażniła kibiców i ekspertów. Nie chodzi o to, iż NBA uniknęła natychmiastowego zawieszenia Wembanyamy. Chodzi o to, iż uniknęła postawienia go na granicy zawieszenia, a ta sytuacja, to „brudne” zagrania Francuza dla wielu osób wydaje się jednoznaczne do zakwalifikowania.
Faul na Reidzie i faul na Brunsonie nie były identyczne. Tam była akcja z łokciem. Kontakt wyglądał bardziej bezpośrednio i brutalnie. Akcja z Brunsonem była inna. Nie było klasycznego zamachu łokciem. Była przepychanka, trzymanie za koszulkę i odpowiedź Wembanyamy.
Tyle, iż Brunson został odepchnięty w okolice szyi i głowy, upadł na parkiet, a piłka znajdowała się zupełnie gdzie indziej.
Dlatego porównanie tych dwóch sytuacji jest ważne.
Nie chodzi o to, by powiedzieć, iż obie powinny być ocenione tak samo. Faul na Reidzie był ostrzejszy i zasługiwał na Flagrant 2. Ale skoro tam kontakt powyżej szyi był jednym z powodów tak surowej decyzji, to dlaczego tutaj wysoki, niepotrzebny kontakt poza akcją nie wystarczył choćby na Flagrant 1?
To jest sedno kontrowersji. Można zrozumieć, iż liga nie chciała wyrzucać Wembanyamy z meczu ani karać go Flagrant 2. Ale brak Flagrant 1 wygląda już dużo trudniej do obrony.
Castle też wpadł w Brunsona i nic!
Problem nie dotyczy tylko Wembanyamy. W trzecim meczu była jeszcze jedna sytuacja, która wywołała zdziwienie. Stephon Castle walczył o zbiórkę, Brunson próbował go zastawić, a gracz Spurs wpadł w niego z dużym impetem. Użył łokcia albo przedramienia i mocno pchnął Brunsona, a lider Knicks upadł na parkiet i złapał się za plecy.
Tak to wyglądało:
Tym razem sędziowie odgwizdali przewinienie i sprawdzali na powtórkach czy „kontakt nie był nadmierny”. Uznali jednak, iż nie był i zakwalifikowali to jako zwykłe przewinienie.
To jest przedziwne. Rozumiem walkę o zbiórkę, fizyczne starcia, ale jeżeli zawodnik z dużą siłą wchodzi łokciem albo przedramieniem w plecy rywala, a ten upada i wyraźnie odczuwa ból, to czy to nie spełnia kryteriów Flagrant 1?
Bo jeżeli zagranie Castle’a wobec Brunsona to tylko zwykły faul, a zachowanie Wembanyamy wobec Brunsona po analizie NBA nie jest choćby faulem niesportowym pierwszego stopnia, to trudno się dziwić, iż kibice Knicks i wielu dziennikarzy widzi w tym pewnego rodzaju niespójność.
Sędziowie w tych finałach pozwalają na bardzo dużo, ale czasem trudno zrozumieć, dlaczego jedną akcję oceniają bardzo surowo, a inną puszczają albo sprowadzają do zwykłego faulu.
Brunson dostał Flagrant 1 za wejście w przestrzeń lądowania rzucającego zawodnika Spurs. Tę decyzję da się obronić przepisami, bo NBA od lat zwraca uwagę na ochronę zawodników przy lądowaniu po rzucie, ale wtedy jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego zachowanie Wembanyamy i mocne wejście Castle’a w plecy Brunsona nie zostały ocenione podobnie surowo.
Nie chodzi o to, żeby każdy mocniejszy faul był od razu niesportowy. W NBA mają inne kryteria, niż koszykówka europejska. Chodzi o spójność, a mam wrażenie, iż tej spójności w Game 3 zabrakło.
Czy NBA chroni Wembanyamę?
Po decyzji NBA w internecie natychmiast pojawiła się teoria, iż liga chroni Wembanyamę. Kibice pisali, iż NBA nie chce postawić go na granicy zawieszenia, bo Francuz jest już teraz jedną z najważniejszych gwiazd NBA. To on ma być jednym z zawodników, który po erze LeBrona Jamesa, Stephena Curry’ego czy Kevina Duranta sprawi, iż zainteresowanie kibiców nie spadnie.
Nie da się udowodnić, iż NBA celowo chroni Wembanyamę. Wiadomo, iż kibice Knicks będą twierdzić, iż tak, a fani Spurs, iż nie. Ale jeżeli spojrzymy na te sytuacje z szerszej perspektywy, to największym problemem choćby nie są przepisy, ale ich uznaniowość.
Jeśli przepisy mówią o niepotrzebnym i nadmiernym kontakcie, to zawsze zostaje pole do interpretacji. Dotychczasowe decyzje pozwalają nam wyczuć granicę i przesłanki, którymi kierują się sędziowie. Można jednak odnieść wrażenie, iż gdy interpretacja dotyczy największych gwiazd, to naturalne jest, iż kibice pytają, czy nazwisko na koszulce nie waży więcej niż sam przepis.
Barkley mówi: brudna gra. Shaq mówi: dominacja
Ta sytuacja podzieliła nie tylko kibiców. Podzieliła też byłych wielkich zawodników. W przerwie trzeciego meczu w programie Inside the NBA Charles Barkley i Shaquille O’Neal wyrazili oni zupełnie inne opinie na temat tych dwóch sytuacji.
Barkley widział w tym punkt zwrotny i niepotrzebną próbę zastraszenia Brunsona. Według niego Spurs prowadzili, mieli piłkę i nie było żadnego powodu, aby wchodzić w takie zagrania. Co więcej, Barkley zwrócił uwagę na aspekt psychologiczny. Brunsona nie da się łatwo zastraszyć. Takie zachowanie może go tylko zdenerwować i jeszcze bardziej nakręcić.
Trudno się z Barkleyem nie zgodzić. Są zawodnicy, których można wybić z rytmu fizyczną grą i faulami. Są tacy, którzy zaczynają wtedy unikać kontaktu. Brunson jednak nie jest jednym z nich. On całe życie gra przeciwko wyższym, silniejszym i bardziej atletycznym obrońcom. jeżeli ktoś próbuje go przepchnąć, sprowokować albo potraktować z góry, to często tylko budzi w nim jeszcze większy upór.
Shaq patrzył na to inaczej. Dla niego to była „stara szkoła dominacji”. Wielki zawodnik pokazuje małemu, iż ten nie będzie go trzymał, przepychał i ograniczał. Shaq mówił wprost, iż lubi taką energię Wembanyamy. ijego zdaniem to nie była „brudna gra”, tylko pokaz siły.
To jest oczywiście część koszykówki. Szczególnie z perspektywy kogoś, kto sam przez lata wygrywał dzięki przewadze fizycznej. Jest jednak różnica między dominacją, a zagraniem poza akcją. Dominacja to wejście pod kosz, wsad, kontakt, zbiórka, blok, mocna zasłona czy inne efektowne zagranie, które podcina skrzydła rywalom. Odepchnięcie rywala, uderzenie go w głowę i w szyję, gdy piłka jest gdzie indziej, to już inna kategoria. Wejście łokciem albo przedramieniem w plecy zawodnika, który cię zastawia, też jest czymś więcej niż zwykłą walką o pozycję.
Gdzie byli zawodnicy Knicks?
Najbardziej niepokojące dla Knicks nie jest choćby to, iż sędziowie nie gwizdnęli faulu Wembanyamy czy uznali przewinienie Castle’a za zwykły faul. Najbardziej niepokojące jest to, iż nikt tak naprawdę na te sytuacje nie zareagował.
Brunson jest liderem tej drużyny. To on prowadzi Knicks przez play-offy i to on bierze na siebie ciężar gry w najważniejszych momentach. To jego Spurs próbują wybić z rytmu. jeżeli więc rywal może go odepchnąć w taki sposób, a reszta zespołu tylko patrzy, to San Antonio dostaje bardzo jasny komunikat, iż mogą pozwolić sobie na więcej.
Własnie na to zwrócił uwagę Draymond Green. W jednym z podcastów powiedział, iż gdyby Wembanyama zrobił coś takiego Stephenowi Curry’emu, to reakcja graczy Warriors byłaby natychmiastowa. Według Greena nie można lekceważyć faktu, iż żaden z graczy Knicks nie stanął wyraźnie po stronie swojego lidera.
I trudno się z tym nie zgodzić. Nie chodzi oczywiście o bójkę. Nie chodzi o polowanie na Wembanyamę i faulowanie, które miałoby komuś zrobić krzywdę. Tu chodzi o komunikat.
Można podejść do rywala. Można stanąć obok swojego lidera. Można powiedzieć kilka słów. Można w kolejnej akcji zagrać twardo, legalnie, ale bardzo wyraźnie. Tak, żeby rywal zrozumiał, iż tego nie robi się naszemu najlepszemu zawodnikowi.
Miałem wrażenie, iż w trzecim meczu finału Knicks tego komunikatu nie wysłali i dlatego Spurs przejęli to spoktanie.
Zresztą historia NBA jest pełna takich przykładów. Michael Jordan miał kiedyś Charlesa Oakleya, a potem Dennisa Rodmana i innych graczy, o których rywale wiedzieli, iż jeżeli przesadzą z zachowaniem wobec MJ’a, to będą mieli z nimi do czynienia.
Stephen Curry przez lata miał Draymonda Greena. Można Greena krytykować za wiele rzeczy jak faule techniczne, zawieszenia, agresywną obronę i konfrontacyjny styl gry, albo przekraczanie pewnych niepisanych zasad, ale jedno jest pewne. Gdy ktoś próbował zastraszyć Curry’ego, to Green nie stał gdzieś dalej i nie patrzył w inną stronę.
Wielkie gwiazdy rzadko są zostawiane same sobie, a w trzecim meczu tak wyglądały te sytuacje z Brunsonem.
Knicks muszą odpowiedzieć
Do tej pory Knicks bardzo dobrze odpowiadali na niepowdzenia w tych play-ofach. Nie mam choćby na myśli dwóch porażek Atlanta Hawks, ale na wygrane spotkanie z Cavs w pierwszym meczu finału Wschodu. Knicks odrobili 22 punkty straty w czwartej kwarcie i wygrali po dogrywce. W kolejnym spoktaniu zdominowali już rywala.
Teraz też Knicks muszą odpowiedzieć na porażkę i wydawać się może, iż będą pod większą presją od Spurs. Zespół z San Antonio po pierwszych dwóch meczach został skazany na porażkę, bo jeszcze nikt nie wygrał mistrzostwa, kiedy zaczął finały od dwóch porażek we własnej hali. Spurs więc teoretycznie „mogą” wygrać, a Knicks „muszą”.
Może się jednak też okazać, iż nowojorczycy pozbędą się tremy, która była widoczna w game 3 i wejdą mocno i pewni siebie w to spotkanie.
Na pewno muszą zagrać twardziej po obu stronach parkietu. Muszą też lepiej chronić Brunsona i szybciej reagować na zachowania graczy Spurs wobec ich lidera.
Zespół z San Antonio może wygrać czwarty mecz, jeżeli znów uda im się grać do Wembanyamy pod kosz. Francuz nie może uciekać na obwód. Musi atakować obręcz, bo to przynosiło efekty.
Czwarty mecz może okazać się decydujący dla losów tej serii. 3-1 dla Knicks da im komfort i pewność siebie. 2-2 sprawi, iż Spurs przejmą inicjatywę i poczują, iż naprawdę mogą wygrać w tym roku mistrzostwo.
Czwarty mecz finału NBA Knicks – Spurs już dziś, w nocy z środy na czwartek. Początek transmisji w TVP Sport o godz. 2:30.
Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, to zostaw komentarz i podziel się nim w mediach społecznościowych. Dziękuję!
Więcej moich tekstów znajdziesz tutaj.
Przed trzecim meczem napisałem dłuższy artykuł o tym, iż Spurs i Thunder wcale nie muszą zdominować NBA w kolejnych latach. Wczoraj natomiast przeanalizowałem trzeci mecz finału.
Poza tym napisałem o tym jaki powinien być dobry trener oraz o historii Jalena Brunsona i Dallas Mavericks, która jest tak zła dla Mavs, iż ciągle ją wszyscy przypominają.
PS finały NBA transmituje TVP Sport. Czwarty mecz komentować będzie Radosław Spiak i Radosław Hyży. Ja zapraszam na mecz numer 5, który skomentuję w nocy z soboty na niedzielę wspólnie z Radkiem Spiakiem.
Tylko pierwsza piątka Knicks ma lepszy wskaźnik +/- bo grała razem 245 minut i jest +53.
Za to w okresie zasadniczym piątka z Shametem była trzecią najdłużej grającą piątką Knicks (119 minut), jej bilans wyniósł tylko +6.
Pierwsza piątka Spurs (Wembanyama, Vassell, Champagne, Fox, Castle) w play-offach grała 203 minuty i jest +113
w okresie zasadniczym tym ustawieniem Spurs grali 284 minuty i byli w tym czasie +108.
Najlepszy wskaźnik +/- ma Towns +31, potem są: Bridges +29, Alvarado +20, Hart +12, McBride +12, a po +10 mają Clarkson, Wembanyama i Keldon Johnson.
Najgorszy zaś: Mitchell Robinson -27 i Landry Shamet -21.
Anunoby ma -18, Kornet -17, a Carter Bryant i Jalen Brunson po…
Czwarty mecz wielkiego finału NBA już dzisiaj
Wszystkie mecze finału NBA transmituje TVP Sport.
Mecz nr 4: noc z środy na czwartek, 10 na 11 czerwca, godz. 2:30.
Komentatorzy: Radosław Spiak i Marek Rudziński.
Godzinny skrót w czwartek o godz. 13:40.
Mecz…
Terminarz finału NBA 2026
Mecz 4: 10 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z środy na czwartek, 10 na 11 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT
Mecz 5: 13 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z soboty na niedzielę, 13 na 14 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT
Mecz 6: 16 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z wtorku na środę, 16 na 17 czerwca, godz. 2:30)*** – NA ŻYWO w TVP SPORT
Mecz 7: 19 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z piątku na sobotę, 19 na 20 czerwca, godz. 2:30)*** – NA ŻYWO w TVP SPORT
*** jeżeli będzie potrzebny.
a jak chcesz się pośmiać, to zobacz to

17 godzin temu









