Draymond Green od lat jest jedną z najważniejszych postaci dynastii Golden State Warriors. Nie był nigdy klasyczną gwiazdą od zdobywania punktów, ale bez niego trudno wyobrazić sobie największe sukcesy zespołu z San Francisco. To on przez lata odpowiadał za defensywną tożsamość Warriors, komunikację w obronie, agresję, przejmowanie krycia i rozgrywanie z pozycji wysokiego. Teraz jednak słyszymy, iż zawodnik ma żal do trenera Steve’a Kerra.
Golden State z Greenem w składzie zdobyli cztery mistrzostwa NBA – w 2015, 2017, 2018 i 2022 roku. Sam Green został wybrany przez Warriors z 35. numerem draftu 2012, a później został m.in. czterokrotnym mistrzem NBA, czterokrotnym All-Starem, dwukrotnie trafił do składów All-NBA, a w okresie 2016/17 został wybrany najlepszym Obrońcą Roku.
Green przez lata musiał godzić się z bardzo specyficzną rolą w ataku. W systemie Steve’a Kerra był jednym z najważniejszych łączników całej ofensywy. Stawiał zasłony, podawał po wyjściach po zasłonach, albo kiedy ktoś znajdował się na czystej pozycji, inicjował też akcje po zbiórkach. Jego zadaniem było szukać Stepha Curry’ego i Klaya Thompsona. Sam bardzo rzadko był pierwszą opcją w rozpisanych zagrywkach. Szczególnie po przyjściu Kevina Duranta w 2016 roku hierarchia w ataku Warriors była oczywista. Durant dołączył do zespołu, w którym byli już Curry, Thompson, Green i Andre Iguodala, a Golden State w kolejnych dwóch sezonach zdobyli mistrzostwa NBA.
I właśnie do tego okresu Green wrócił w jednej ze swoich wypowiedzi. Przyznał, iż jest wdzięczny Kerrowi za wszystko, co trener zrobił dla jego kariery, ale jednocześnie ma poczucie, iż jego ofensywny rozwój mógł zostać ograniczony.
— Mimo tego wszystkiego, co zrobił dla mnie w koszykówce, część mnie uważa, iż trochę mnie w karierze ograniczył i ograniczył to, kim mogłem się stać. Ale jednocześnie pomógł mi stać się tym, kim się stałem. Trzeba brać dobre razem ze złym. Kiedy myślę o tym, jakim zawodnikiem byłem w ofensywie i kim się stałem, uważam, iż częściowo wynikało to z jego decyzji. Nie mam mu tego za złe. Zawsze będę mu wdzięczny, iż mimo wszystko postawił mnie w pozycji, w której mogłem odnosić sukcesy i mogłem stać się Draymondem Greenem, mimo mojej roli w ataku w naszym zespole.
Green podkreślił, iż nie chodzi o nienawiść czy konflikt z Kerrem, ale raczej o jedną rzecz, która po latach przez cały czas w nim siedzi. – Nie siedzę i nie myślę sobie: „Kurde, nienawidzę za to Steve’a”. Nie. To jedna z rzeczy, które mi przeszkadzają. Ale jeżeli bierzesz jedną taką pretensję i nie potrafisz przejść nad nią do porządku dziennego, mimo wszystkich innych rzeczy, to jesteś płytkim człowiekiem.
Najmocniejsza część jego wypowiedzi dotyczyła jednak ofensywy Warriors po przyjściu Duranta. – Wiecie, odkąd Kevin Durant przyszedł w 2016 roku, nie miałem dla siebie żadnej zagrywki w naszym playbooku. Ani jednej zagrywki, którą gralibyśmy pode mnie, od 2016 roku. Myślicie, iż to mogło kogoś ograniczyć jako zawodnika ofensywnego? Oczywiście.
Green przyznał, iż patrzy na swoją karierę z dumą, ale czasami zastanawia się, jak wyglądałaby ona w innych okolicznościach.
— Dlatego czasami wracam do domu i myślę o swojej karierze. Jestem cholernie szczęśliwy z tego, co udało mi się zbudować. Ale czasami siedzę i zastanawiam się: „Kim naprawdę mógłbym być, gdybym pozostał wierny swojej grze i temu, jakim zawodnikiem naprawdę byłem?”.
To interesująca wypowiedź, bo dobrze pokazuje paradoks kariery Greena. Z jednej strony stał się jednym z najbardziej utytułowanych i najbardziej wpływowych zawodników swojej generacji. Z drugiej, jego wartość przez lata była mierzona przede wszystkim obroną, boiskową inteligencją, podaniami i wpływem na grę innych, a nie klasycznymi statystykami punktowymi. Green najwyraźniej zdaje sobie sprawę, iż system Warriors pomógł mu zostać legendą klubu, ale jednocześnie zastanawia się, czy w innych okolicznościach jego możliwości ofensywne nie rozwinęłyby się bardziej.
Na wypowiedzi Greena zareagował Stephen A. Smith.
– Nie jesteśmy w stanie zliczyć, ile razy obrona odpuszczała Draymonda, zostawiała mu miejsce i wręcz prowokowała go do oddawania rzutów z półdystansu czy dystansu, a on ich nie trafiał. To nie jest wina trenera. To jest odpowiedzialność zawodnika. Nie będę tutaj siedział i obwiniał trenera za to, iż ty jako zawodnik miałeś okazję za okazją, miałeś całe lata, żeby poprawić swoją umiejętność rzutu z wyskoku i to się nigdy nie wydarzyło – stwierdził ekspert ESPN.
A Wy jak myślicie? Czy Green ma rację? A może użala się nad sobą i nie widzi w tym swojego udziału?
Czy wiesz, że PROBASKET ma swój kanał na WhatsAppie? Kliknij tutaj i dołącz do obserwowania go, by nie przegapić najnowszych informacji ze świata NBA! A może wolisz korzystać z Google News? Znajdziesz nas też tam, zapraszamy!

18 godzin temu















