Osiem ustaw podpisanych, trzy zawetowane – taki jest bilans ostatnich działań prezydenta Karola Nawrockiego. Wśród dokumentów, które zawetował, była ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Jak słyszymy, telewizyjni nadawcy czekali na nią od lat. Chodzi o wdrożenie unijnego Aktu o usługach cyfrowych (Digital Services Act - DSA). To on, w zależności od szczegółowych rozwiązań różnych państw, daje konkretne narzędzia do walki z piractwem, w tym treści sportowych.
REKLAMA
Zobacz wideo Oto cała prawda o przeszłości Nawrockiego. Musiał wybrać
Prezydent Nawrocki: "Nie jestem notariuszem"
"Są granice, których przekroczyć nie wolno. Rządzący muszą zrozumieć, iż nie jestem ich notariuszem" - stwierdził na swej oficjalnej stronie prezydent Nawrocki. Zasugerował, iż choć ustawa "o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 1757)" jest rzeczą potrzebną i ważną, to w zaproponowanej formie "może łamać konstytucję i działać przeciw obywatelom". "Do dobrych rozwiązań doklejono przepisy, które są nie do obrony i po prostu szkodzą" - uznał prezydent.
O co chodzi? Wspomniana ustawa dotyka wielu obszarów. Miała chronić zarówno najmłodszych przed internetową patologią, ale jednocześnie dać narzędzia do kontroli Big Techów, takich jak Facebook, Google czy TikTok, umożliwiając monitorowanie i wyłączanie nieodpowiednich treści, które pojawiają się na tych platformach. Miała też dawać rozwiązania w sytuacji, gdy łamane są prawa autorskie czy kradzione internetowe treści - to w tym wątku chodzi np. o nielegalnie wrzucane do sieci transmisje sportowe. A z tym jest coraz większy problem.
Po czasie, gdy piracki rynek się nieco ustabilizował, w 2025 roku w Europie znów odnotowano więcej zgłoszeń dotyczących nielegalnego udostępniania sygnału czy kradzenia treści. W Polsce ten problem też się nasilił, co przyznają nadawcy. "Rocznie odnotowujemy setki nielegalnych transmisji sportowych wydarzeń, do których Telewizja Polsat ma uprawnienia. Łącznie takich zdarzeń czterech czołowych nadawców telewizyjnych odnotowuje ponad osiem tysięcy rocznie" - poinformowało nas biuro prasowe Cyfrowego Polsatu. O rynku nielegalnych transmisji sportowych i walki z nimi pisaliśmy TUTAJ.
Oddanie kontroli nad treściami w internecie urzędnikom?
Wracając do wspomnianej ustawy - miała ona regulować dość szeroki zakres internetowych naruszeń. Dawała możliwość blokowania w internecie treści zawierających np. groźby karalne, namowę do popełnienia samobójstwa, propagowanie przekazu o charakterze pedofilskim, totalitarnym, znieważania innych osób, dostępu nieletnich do pornografii, jak i naruszania praw autorskich.
Eliminacja takich treści miałaby nastąpić przez wydanie nakazu ich blokowania przez dostawcę usług pośrednich, czyli w praktyce np. dostawcę internetu. Wydanie nakazu miało pozostawać w kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
To jeden z punktów, który prezydentowi się nie spodobał. Jego zdaniem, oddałoby to kontrolę nad treściami w internecie urzędnikom podległym rządowi, zamiast niezależnym sądom.
"Chcę, aby to mocno wybrzmiało: sytuacja, w której o tym, co wolno w Internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z książki Orwella Rok 1984" - napisał prezydent Nawrocki.
To nie cenzura. Sport przez decyzję Nawrockiego dostał rykoszetem
Prawnicy nadawców telewizyjnych, z którymi rozmawialiśmy o pirackim rynku sportowym, sygnalizowali, iż ustawa nie będzie nic cenzurować.
"Nie dotyczy ona cenzury czy ograniczania wolności wypowiedzi w internecie, ponieważ przewiduje możliwość wydania nakazu jedynie w odniesieniu do zamkniętego katalogu czynów zabronionych, które już są uznane za przestępstwa w w tej chwili obowiązujących przepisach" - tłumaczyła nam to choćby Ewa Wzięch z działu prawnego Canal+.
W przypadku nielegalnych transmisji mogłoby to działać tak, iż jakaś piracka strona wpisywana byłaby do rejestru stron blokowanych, podobnie jak wpisywani są nielicencjonowani, zagraniczni (czyli nielegalni w Polsce) bukmacherzy. Istotą poradzenia sobie z piractwem jest - zdaniem nadawców - szybkość blokowania pojawiających się transmisji przez nakaz dla pośrednika (dostawcy internetu), a nie sądowa walka z samym piratem, który często jest nieuchwytny. Zresztą, dla nadawców, im szybciej trwa proces blokowania/usuwania nielegalnych treści, tym lepiej. Tym bardziej, iż w miejsce jednej zamkniętej czy zablokowanej strony gwałtownie pojawia się następna. Transmisja sportowa trwa zwykle około dwóch godzin. jeżeli w tym czasie ktoś nie wyłączy jej nielegalnego źródła, dla nadawcy oznacza to już konkretne straty. Pożądany czas reakcji na internetową kradzież to 30 minut.
Z punktu widzenia nadawców wskazanie nielegalnej transmisji czy nielegalnego świadczenia usług dostępu do treści chronionych jest sprawą czarno-białą. Ktoś nielegalnie streamuje mecz Barcelony z Realem Madryt – strona transmisji jest blokowana na terytorium Polski, bo u nas prawa do pokazywania tego spotkania ligowego mają Canal+ i Eleven Sports. Przy wecie prezydenta sport dostał jednak rykoszetem. Mechanizm, który mógłby chronić nadawców, znalazł się w większym worku internetowych problemów. Niektóre z nich mogą nie być już tak czarno-białe. Choćby te dotyczące krytykowania, nękania czy obrażania kogoś w mediach społecznościowych. Decydowanie o tym, czy zdjęcie, nagranie, ale też napisanie przez kogoś kilku kontrowersyjnych zdań przekroczyło granicę i nadaje się do usunięcia czy zablokowania nie zawsze musi być zero-jedynkowe.
Co teraz z cyfrową ustawą?
Dodajmy, iż mechanizmy szybkiego blokowania nielegalnych transmisji sportowych i dostępu do chronionych treści działają choćby we Włoszech, w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji. W wymienionych krajach można sprawnie uzyskać nakaz blokujący, we Włoszech choćby w 30 minut. Polscy nadawcy, z którymi rozmawialiśmy, przekazują, iż są zdani sami na siebie, szczególnie gdy ich treści lądują na serwerach egzotycznych krajów. Dzięki odpowiedniej ustawie, zamiast szukać i grozić palcem piratowi na Filipinach, sprawę załatwiłoby zablokowanie działania danej strony przez dostawcę internetu w Polsce.
Przypomnijmy, iż termin na wdrożenie Ustawy o usługach cyfrowych (Digital Services Act) minął w lutym 2024 roku. Polska pozostaje jednym z ostatnich państw członkowskich, które nie przyjęło odpowiednich regulacji. To dlatego UE wszczęła przeciw nam formalne postępowanie. Co wydarzy się teraz?
"Poprawmy to. W ciągu miesiąca możemy przygotować uczciwy projekt. W dwa miesiące możemy mieć ustawę, która chroni dzieci i respektuje Konstytucję" - przekazała głowa państwa. Przy wszystkim, co działo się wokół projektu, należy uznać, iż to raczej optymistyczne założenia czasowe.

2 godzin temu







