Tego samego dnia wydarzyły się dwie niezwykle ważne rzeczy dla polskiego sportu: Bartosz Zmarzlik po kilku sezonach dominacji stracił tytuł mistrza świata na żużlu, a nasi siatkarze obronili tytuł mistrzów Europy. Jedna z tych sytuacji sprawia, iż tym bardziej docenić wypada drugą. Zresztą naszych siatkarzy wypada wyłącznie doceniać, choćby jeżeli niektórzy lubią – muszą? – narzekać. Choć trudno zrozumieć czemu.
Spis treści
- Niech realizowane są narzekania. Polscy siatkarze są wielcy
- Zmarzlik przegrał. Nic więc nie trwa wiecznie
- A teraz szczerze: czy można się nie cieszyć?
Niech realizowane są narzekania. Polscy siatkarze są wielcy
Tylko największy hejter, któremu nie zależy na prawdzie, mógłby jeszcze przed tymi mistrzostwami napisać cokolwiek krytycznego o naszych siatkarzach.
Już przed tym turniejem mieli w końcu 10 z rzędu medali siatkarskich imprez. Tak, 10. Tak, z rzędu. To niesamowita seria. Jasne, można było narzekać, iż ostatnich dwóch edycji mistrzostw świata nie wygrali, iż na igrzyskach też nie udało im się triumfować i skończyło się srebrnym medalem.
Można. Jednak jeżeli to właśnie są powody do narzekania, to znaczy jedno – jesteśmy cholernie rozpieszczeni.
Nasza siatkówka w ostatnich dwóch dekadach – od srebra mistrzostw świata z 2006 roku – stała się sportem numer jeden, jeżeli chodzi o pewność zdobywania medali. Jasne, początkowo były tam nieco chwiejne podstawy, sporo słabszych turniejów. Ostatnia dekada to już jednak w zasadzie tylko sukcesy, a tym bardziej – ostatnich pięć lat. Siatkarze reprezentacji Polski są aktualnie regularni mniej więcej tak jak Adam Małysz w najlepszych czasach (zresztą dysponują podobnym odbiciem).
I wiecie, słychać te narzekania – właśnie na to, iż czasem brakuje złotych medali. Albo na to, iż – co już tu komentowaliśmy – gra w ten sport na poważnie kilka krajów. Albo iż tych turniejów to za dużo i w zasadzie co dwa tygodnie o coś grają (co nie jest prawdą, ale oczywistym, iż tego typu głosy prawdy wcale nie potrzebują).
Ale spoko, niech narzekają, niech to trwa. Bo te narzekania to efekt tej niesamowitej wprawy w zdobywaniu medali. Bo to już to – wprawa właśnie. Polacy w tym momencie przystępują do każdej imprezy nie z myślą, nadzieją czy wiarą, a z wiedzą, pewnością, iż mogą zdobyć medal. Ba, iż mogą zdobyć złoto.
W efekcie trafiają się ci smutni ludzie, co wyłażą spod ziemi, gdy siatkarze zdobywają medale i jakoś muszą tę słodycz sukcesu posypać goryczką.
Ale niech sypią. Bo to oznacza, iż słodyczy wciąż jest naprawdę dużo.
Zmarzlik przegrał. Nic więc nie trwa wiecznie
Wszystkie dobre, wielkie, piękne czasy wreszcie przeminą – to stara prawda. Te siatkarskie sukcesy też, dlatego tym bardziej warto się nimi teraz cieszyć.
Za pewnik braliśmy przecież na przykład medale w skokach narciarskich, a potem ratować musiał nas sensacyjnie Kacper Tomasiak, bo okazało się, iż wymiana pokoleń jednak nam nie wyszła. Kiedyś niezmiennie czekaliśmy na występy piłkarzy ręcznych, a później spektakularnie się te sukcesy skończyły i wszystko w męskiej kadrze się sypnęło. Lekkoatleci też falują, po igrzyskach w Tokio nastąpiło przecież szybkie przymknięcie skarbczyka z medalami.
Ba, tytuł stracił – choć wciąż zdobył medal, trzeba to podkreślać! – choćby Bartosz Zmarzlik, do tego sezonu niepodzielny król żużla ostatnich lat. Stracił mniej więcej w momencie, gdy siatkarze kończyli pierwszego seta, granego na przewagi, pełnego zwrotów akcji i emocji.
To też pokazało, iż nic w sporcie nie jest pewne. Choć gdy nasi siatkarze wychodzą na parkiet, zdaje się, iż jednak jest.
Od kilku lat żyjemy w czasach, w których w zasadzie wielu fanów może włączać turniej od fazy półfinałowej, z przekonaniem graniczącym z pewnością, iż zobaczy w niej Polaków. Niezwykła jest to ekipa. A choćby kilka – pierwotnie chciałem zresztą użyć słowa „generacja”, ale to też by się nie zgadzało. Przecież od mistrzostwa świata w 2018 roku – gdy obroniliśmy tytuł i zaczęliśmy już niezwykle regularnie sięgać po medale – do teraz przeszło przez tę kadrę tylu zawodników, w tak różnym wieku, iż w zasadzie były to trzy różne sportowe generacje.
Jedna odeszła niemalże cała (trzyma się jeszcze, choć nie w tym roku, Bartosz Kurek), druga wiedzie prym, a trzecia wchodzi do tej ekipy coraz odważniej. To nasza wielka siła, coś, co oczywiście nie trafia się w ten sposób w sportach indywidualnych – Bartosz Zmarzlik nie mógł przecież liczyć, iż w gorszych dniach ktoś pociągnie punktowanie za niego. W siatkówce Polacy mogliby za to skomponować w zasadzie dwie reprezentacje, które walczyłyby na takich mistrzostwach Europy o medale.
Ba, nikt nie zdziwiłby się, gdyby obie dotarły do finału. Serio.
Niezwykły jest to dla nas sport, bo taką ciągłość sukcesów mieliśmy w zasadzie w XXI wieku wyłącznie w skokach narciarskich, ale to już zasługa faktu, iż akurat gdy odchodził jeden geniusz, trafił się nam drugi. W siatce to system i jego efekty. Coś, co sobie w pełni wypracowaliśmy.
W zasadzie anomalia.
A teraz szczerze: czy można się nie cieszyć?
Dobra, napisałem, iż narzekania mogą trwać. I mogą, podtrzymuję. Fascynuje mnie jednak ich geneza – bo zastanawiam się, jak smutnym człowiekiem trzeba być, by uważać się za fana sportu i z takich osiągnięć się nie cieszyć? Serio, jeżeli jest tu ktoś, kto tak ma, niech mi wytłumaczy. Czy to efekt wojny siatkarsko-piłkarskiej? Ojkofobia? Czy może któryś z reprezentantów odbił takiemu komuś kobietę? Przejechał psa? Nie wiem, ograł w gierce na konsoli? Bo nie kupuję wyjaśnień, które czasem widziałem, pod tytułem: „fani siatkówki są irytujący”.
Część z nich jest, nie chcę się z tym kłócić. Ale tego typu argumenty można przytaczać w klubowych wojenkach. Na poziomie kadrowym tracą znaczenie.
Bo ostatecznie każdy medal tej ekipy to medal dla Polski.

Sam, owszem, jestem może szczególnym przypadkiem, bo jara mnie mocne 90 procent sportów, jakie istnieją na tym świecie. A przynajmniej 90 procent z tych, które poznałem. Doceniam ten trud, wysiłek, harówkę potrzebną do tego, by wejść na poziom mistrzowski. I w zasadzie przez to ostatecznie nie interesuje mnie, kto te medale dla naszego kraju zdobywa (są bardzo szczególne przypadki, kiedy coś mi zgrzyta, ale medalu i tak zwykle pogratuluję, a już na pewno – ani nie będę narzekać, ani kibicować na zasadzie „anty”), czy choćby w jakim sporcie to robi.
Bo medal jest medal. Czy to w szermierce, czy w lekkiej atletyce, czy w skokach narciarskich, czy choćby w sportach nieolimpijskich – przywoływanym żużlu, rajdach samochodowych i tak dalej. jeżeli krążek wpada do czyjejś kolekcji, a przez to też do państwowego dorobku – cholera, pięknie jest, gratuluję.
Siatkarze robią od dobrych dwudziestu lat wszystko, by było ich jak najwięcej. Od pięciu lat niezmiennie. Jak miałbym się z tego nie cieszyć?
Jak wy – tak, wy wszyscy – mielibyście się z tego nie cieszyć?
No jak?
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix

4 godzin temu











