Najszybsza Polka podczas 48. Maratonu Warszawskiego – Anna Bodnar. Wywiad

3 godzin temu
Zdjęcie: Anna Bodnar


Jeszcze osiem lat temu nie trenowała żadnego sportu, choćby rekreacyjnie. Dziś, w wieku 44 lat, Anna Bodnar finiszowała jako pierwsza Polka podczas 48. Maratonu Warszawskiego. 42,195 km przebiegła w 2:53:56 netto (2:54:09 brutto), poprawiając swój rekord życiowy. To kolejny etap drogi, która zaczęła się od decyzji, by po prostu zacząć biegać.

Na co dzień Anna prowadzi firmę Superdog produkującą akcesoria dla psów, a sport pozostaje zupełnie odrębną częścią jej życia. Z czasem bieganie przestało być jednak zwykłym hobby i stało się jego ważnym elementem. Choć nie brakuje ciężkich treningów, zmęczenia i startów, które nie układają się po jej myśli, przez osiem lat ani razu nie pomyślała o rezygnacji.

Od siedmiu lat nad jej treningiem czuwa ta sama trenerka – Ania Halska. Wspólnie wypracowały między innymi wynik 2:53:59 w Silesia Marathon, 1:22:09 w półmaratonie oraz 38:01 na 10 km. Ania Bodnar ma na koncie również wyjątkowy występ w Wings for Life 2023, gdzie pokonała 47,3 km i zajęła drugie miejsce wśród kobiet w Polsce oraz siódme na świecie. Jak sama mówi, wcześniej nic nie wskazywało na to, iż sport stanie się tak istotną częścią jej życia. W wywiadzie opowiada o swojej drodze od początkującej biegaczki do maratonki z wynikiem poniżej 2:54, rekordowym starcie w Warszawie i o tym, dlaczego po ośmiu latach przez cały czas nie zamierza rozstawać się z bieganiem.

Wiktoria Krupowicz: 2:53:56 netto i nowy rekord życiowy. Jak wyglądał Twój maraton od środka? Czy od początku czułaś, iż tego dnia możesz pobiec po PB?

Anna Bodnar: Nie, zdecydowanie nie stałam na starcie z przekonaniem, iż dzisiaj pobiegnę po życiówkę. Oczywiście chciałam pobiec dobrze, ale do rekordu podchodziłam raczej bez większych oczekiwań.

Sam maraton mogę podzielić na trzy etapy. Do mniej więcej 24 kilometra była po prostu przyjemność z biegania. Od 24 do około 36 kilometra zaczęła się już praca zadaniowa. Skupiałam się na tempie, przypominałam sobie ciężkie treningi i to, iż właśnie po to je robiłam. A od 36 kilometra zaczęło się prawdziwe maratońskie cierpienie. To był już test charakteru i walka o to, żeby utrzymać przyzwoite tempo i nie zmarnować tego, co wypracowałam przez wcześniejsze kilometry. Tym większa była moja euforia na mecie, kiedy okazało się, iż pobiegłam 2:53:56 i poprawiłam życiówkę.

Zajęłaś 9 miejsce wśród kobiet i byłaś pierwszą Polką. Wiedziałaś podczas biegu, iż jesteś najwyżej sklasyfikowaną Polką?

Kompletnie nie! Nie miałam pojęcia, na którym miejscu jestem ani iż jestem pierwszą Polką. Dowiedziałam się dopiero na mecie i byłam naprawdę zaskoczona. Przy tak dużym maratonie absolutnie się tego nie spodziewałam. Chyba moja domowa strefa kibica, czyli Jola śledząca wyniki, wiedziała podczas biegu o mojej sytuacji więcej ode mnie

Wynik w Warszawie był tylko o kilka sekund lepszy od Twojego poprzedniego PB z Silesia Marathonu. Co Twoim zdaniem zrobiło tę różnicę?

Myślę, iż przede wszystkim płaska trasa i to, iż pobiegłam bez presji. Nie przyjechałam do Warszawy z nastawieniem, iż muszę poprawić życiówkę, więc nie kontrolowałam obsesyjnie wyniku i nie stresowałam się każdą sekundą. Po prostu biegłam swoje. Na pewno pomógł też profil trasy. Silesia Marathon jest zdecydowanie bardziej wymagający, więc na Maratonie Warszawskim łatwiej było złapać rytm i utrzymywać równe tempo. Ostatecznie różnica wyszła symboliczna, zaledwie kilka sekund, ale wystarczyła do nowej życiówki.

Na trasie było sporo kibiców. Czy ich obecność rzeczywiście pomagała Ci w walce o wynik, czy podczas maratonu jesteś raczej tak skupiona na zadaniu, iż nie odczuwasz tego, co dzieje się dookoła?

Podczas maratonu raczej wchodzę w swój tunel. Jestem mocno skupiona na biegu, tempie i na tym, co mam do zrobienia, więc spora część tego, co dzieje się dookoła, trochę mi umyka. Ale są miejsca, których nie da się nie zauważyć. Strefa Rak n’Roll pod koniec trasy zrobiła naprawdę świetną robotę. W momencie, kiedy człowiek jest już potwornie zmęczony i naprawdę potrzebuje dodatkowego bodźca, dostałam tam taką dawkę energii, iż dla mnie to zdecydowanie TOP kibicowania na tej trasie.

W dniu maratonu było dość ciepło. Jak odczuwałaś temperaturę podczas biegu i czy miała ona wpływ na realizację założeń?

Przed startem trochę obawiałam się temperatury. Myślałam, iż będzie mi za ciepło, ale ostatecznie podczas biegu było naprawdę w porządku. Na punktach polewałam się wodą i dzięki temu nie czułam większego przegrzania. Na pewno nie mogę powiedzieć, żeby temperatura pokrzyżowała mi plany czy w istotny sposób wpłynęła na wynik.

Co było najtrudniejszym momentem tego maratonu? Czy był taki kilometr albo fragment trasy, kiedy pomyślałaś, iż zaczyna robić się ciężko?

Zdecydowanie okolice 36 kilometra. Wtedy poczułam wyraźny spadek energii i zobaczyłam, iż tempo zaczyna słabnąć. Do tego zaczęło mi się mocno odbijać żelami i przez chwilę naprawdę bałam się, iż je zwrócę. Od tego momentu nie było już komfortowego biegania, tylko walka o utrzymanie możliwie dobrego tempa do mety. Pierwsze 24 kilometry były przyjemnością, od 24 do 36 kilometra biegłam już bardziej zadaniowo, a ostatnie sześć kilometrów to była po prostu próba charakteru. Może jeszcze kiedyś Ania (trenerka) wytrenuje mnie tak, żebym potrafiła kończyć maraton równie dobrze, jak go zaczynam.

Masz już na koncie 2:53:56. Gdzie widzisz teraz granicę swoich możliwości na maratonie? Czy kolejnym celem będzie złamanie 2:50?

Myślę, iż jestem już dość blisko granicy swoich możliwości. Oczywiście chciałabym wierzyć, iż treningiem uda się jeszcze coś urwać i przede wszystkim nauczyć organizm mocniejszego biegania w końcówce maratonu. Natomiast nie zakładam, iż kolejnym celem musi być złamanie 2:50. Mam 44 lata i normalne życie, w którym nie jestem w stanie, ani też nie chcę, podporządkować wszystkiego bieganiu. Trenuję, chcę się rozwijać i przez cały czas sprawdzać, gdzie jest mój limit, ale bieganie ma być częścią mojego życia, a nie całym życiem. Dlatego 2:50 traktuję raczej jako bardzo odległą granicę niż konkretny cel, który teraz muszę zrealizować.

Gratuluję Ani świetnego wyniku i pierwszego miejsca wśród Polek! Jej historia pokazuje, iż w bieganiu amatorskim można zajść naprawdę daleko, choćby jeżeli poza treningiem czekają na nas praca na pełen etat, codzienne obowiązki i życie, które nie zawsze pozwala podporządkować wszystko sportowi. Większość biegaczy-amatorów doskonale zna tę rzeczywistość, trenujemy bez sztabu ekspertów, często godząc bieganie z pracą, rodziną i innymi zobowiązaniami. Tym bardziej cieszą takie historie jak ta Ani.

Gratulacje należą się oczywiście wszystkim uczestnikom 48. Maratonu Warszawskiego! A teraz jesteśmy ciekawi Waszych wyników, pochwalcie się w komentarzach, jak Wam poszło!

Idź do oryginalnego materiału