Po dwóch golach Jagiellonii wydawało się, iż Legia zostanie zmiażdżona, rozwalcowana, a kibice gospodarzy będą mogli liczyć choćby i na pięć bramek. Tymczasem nie – ekipa Wojskowych się podniosła i zagrała ZDECYDOWANIE najlepszy mecz pod wodzą nowego trenera.
Ktoś powie, iż goście mieli trochę szczęścia, bo w końcu oba gole zdobyli po samobójach. No, ale po pierwsze – jakoś strzelać muszą, kiedy w składzie jest Rajović, trudno, by trafiał akurat on. Po drugie – z czegoś te samobóje się jednak brały, no i Legia gospodarzy po prostu cisnęła. Pressing był momentami imponujący, zdarzało się, iż Jagiellonia nie miała ani skrawka wolnego miejsca pod własnym polem karnym. I oczywiście, strzały Legii były na wiwat, albo takie jak Rajovicia, o czym zaraz, ale i tak nie wyglądało to wszystko na najmilszy dzień dla obrony drużyny Siemieńca.
O tym meczu trzeba rozmawiać zupełnie inaczej niż o remisie w Gdyni czy wygranej w Płocku. Nad morzem Legia miała szczęście, pałowała i wyszarpała punkt. Z Wisłą Płock była bardzo słaba, ale wystarczyło (znów przy udziale szczęścia). A tutaj? Nie trzeba było sprawdzać, kto jest trenerem Legii, bo ona dłuższymi momentami grała tak, jak chciałby Papszun.
Ręka trenera. Coś, czego brakowało od… początku sezonu?
Jagiellonia Białystok – Legia Warszawa 2:2. Gospodarze nie wytrzymali kondycyjnie
Znów nieoczywistym bohaterem okazał się Chodyna, który śmigał po skrzydle i dobrze wrzucał. Solidnie wyglądał też z drugiej strony Kun, w obronie – mimo pecha przy 0:2 – pewnie prezentował się Pankov. Naprawdę było w tej ekipie sporo plusów.
No, ale i oczywiście wielki minus, czyli Rajović, który wygląda jak facet z kreskówki, tak jest nieudolny. Najpierw słupek po strzale głową (ale okej, tutaj zaprezentował choć trochę piłkarskiej jakości), a potem… W zasadzie na pustą bramkę kopnął tak, iż trafił siebie sam w nogę. Ten facet jest tak zablokowany, iż mógłby się poślizgnąć, gdyby kazać mu biec od połowy na bramkę, ale jednocześnie usunąć z boiska wszystkich przeciwników.
Gdyby go nie było w tej lidze, nikt by go nie wymyślił, bo są jednak granice. A tutaj jak w piosence Ich Troje. Żadnych.
A Jagiellonia? Wejście w mecz – rewelacja. Z taką dynamiką, jakby mecz we Florencji nie trwał 120 minut, tylko 12. Legia akurat w tamtym momencie spotkania nie miała nic do powiedzenia i dostała dwie bramki, najpierw cudeńko od Flacha, potem drugą od Pululu, a mogła więcej, ale miała trochę farta, na przykład gdy napastnik Jagi w poszukiwaniu dubletu uderzył głową w poprzeczkę.
Ale Legia się odgryzała, w końcu wpadło jej po rzucie wolnym i mecz się całkowicie zmienił. Jagiellonia nie wytrzymała tempa, siadła kondycyjnie, im dalej w las, tym było z nią gorzej, a rezerwowi – klasycznie już – nic nie wnieśli. Znów słabo wyglądał też Imaz, który po prostu potrzebuje odpoczynku.
Niemniej jeżeli kibice Legii szukali optymizmu, to nie po meczu w Gdyni, nie po spotkaniu z Wisłą Płock. Niech szukają go dziś, bo ich zespół w końcu zagrał naprawdę dobry mecz.
CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE:
- Jovićević zagra o posadę? Może dostać przyjemne odszkodowanie
- Koniec chaosu w Cracovii? Lampka ostrzegawcza przez cały czas się świeci
- Panie Janie, widział pan na własne oczy. Bartosz Nowak do kadry!
Fot. Newspix

5 godzin temu

















