Dziewięć rund za nami, pięć przed nami. Roman Biliński, pierwszy Polak w historii FIA Formuły 2, wykorzystał letnią przerwę w kalendarzu, żeby złapać oddech przed tym, co sam nazywa “najważniejszą częścią” swojego debiutanckiego sezonu.
Za Romanem Bilińskim i jego rywalami z toru emocjonująca pierwsza część sezonu. Start w Melbourne i pierwsza zdobycz punktowa, potem przymusowa przeprowadzka kalendarza do Miami i Montrealu po odwołaniu rund w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej, historyczne 2. miejsce w Monako, niesamowita seria punktowanych występów w Barcelonie, Austrii i Silverstone, solidny sprint na Spa i obiecujący, ale pechowy weekend w Budapeszcie. Przed Romanem “Świątynia Prędkości”, czyli tor Monza pod Mediolanem, nowy w kalendarzu Madryt, Baku i wielki finał na Bliskim Wschodzie – Katar oraz Abu Zabi.
Zacznijmy krótko od bilansu, bo później będzie głównie o przyszłości. Jak jednym zdaniem podsumowałbyś pierwszą część sezonu?
Roman Biliński: Nierówna, ale oddająca realia debiutanckiego sezonu. Wiesz, były momenty, w których czułem, iż wszystko mam pod kontrolą – jak ten w Monako, ale były też takie, gdzie nie wszystko układało się po mojej myśli z różnych przyczyn. Ale to jest dokładnie to, czego się spodziewałem po debiutanckim sezonie w F2. Z tyłu głowy mam całą trasę: punkt w debiucie w Melbourne, pechowy weekend w Miami, prowadzenie wyścigu w Montrealu, które skończyło się karą, drugie miejsce w Monako, regularnie zdobywane punkty w Barcelonie, Austrii i Silverstone, dobry sprint na Spa i pechowy weekend w Budapeszcie, który akurat trafił się tuż przed przerwą letnią. Ale miałem teraz kilka tygodni przerwy żeby to przetrawić i zapomnieć, zamiast wozić ze sobą na kolejny tor.
W takim razie jak widzisz tę decydującą część sezonu z Twojej perspektywy?
RB: To będzie zupełnie inna gra. W tym roku sezon był zresztą specyficzny, ze względu na dwie zmiany lokalizacji. Było trochę chaosu, ale dla mnie, jako debiutanta, przede wszystkim poznawanie nowego bolidu, nowych torów i tego, jak reagować na sytuacje, których nigdy wcześniej nie przeżyłem, choćby obowiązkowe pit-stopy w wyścigu głównym. Teraz już to wszystko znam. Nie ma już wymówki „pierwszy raz to widzę”. Druga połowa sezonu to u wielu kierowców coś na zasadzie „gramy va banque”. Ja też nie mam wiele do stracenia, więc będzie pościg za czołówką.
Jest jakiś wyścig, którego szczególnie nie możesz się doczekać?
RB: Każdego! Ale zwłaszcza tego najbliższego – na torze Monza. W ubiegłym roku, jeszcze w Formule 3 zostałem tu zwycięzcą, lubię ten obiekt, oprócz moich wspaniałych fanów z Polski czy Anglii, mam też dużo włoskich kibiców. Z pewnością czuję się tu dobrze i mam nadzieję, iż ułoży się wszystko tak, bym ja mógł się skupić już tylko na ściganiu. Mamy też Madryt, co będzie ciekawym doświadczeniem, Baku, a później, jeżeli nic nie pokrzyżuje planów – wielki finał sezonu w Katarze i Abu Zabi. Te ostatnie miesiące będą decydujące nie tylko w kwestii klasyfikacji, ale też przyszłości.
Wspomniałeś o przyszłości – jak rozumiem już w kontekście kolejnego sezonu 2027…
RB: Tak. Jestem w miejscu, gdzie jest duża presja. Presja czasu, rywali, możliwości. Zespoły patrzą na to, co pokazujesz w danym momencie. Na szczęście, odnotowują też powody, które sprawiły, iż dany wyścig poszedł tak, a nie inaczej. Szefowie zespołów analizują potencjał, a nie tylko suche wyniki, bo one nie zawsze dają adekwatny obraz sytuacji. Decyduje często analiza okoliczności, tego, co wydarzyło się po drodze. Ale staram się, żeby ta presja mnie napędzała, a nie paraliżowała.
Jaki jest konkretny cel na koniec sezonu? Zostało 5 rund, 10 wyścigów. W teorii dużo punktów do zdobycia…
RB: Nie chcę rzucać cyframi, bo stawka jest bardzo mocna i wyrównana, a do tego czasem nieprzewidywalna. Jeden dobry albo jeden zły weekend potrafi przesunąć kilka miejsc w klasyfikacji. Ale jeżeli mam być szczery – celuję w czołową dziesiątkę. Wiem, iż dzieli mnie od niej teoretycznie nie tak wiele, ale wiem też, iż jedna słaba runda, jak pechowe Miami czy Budapeszt, mogą to odsunąć. Dlatego liczy się teraz konsekwencja bardziej niż jeden wystrzał.
Czy jest jakiś konkretny element, nad którym pracujecie z zespołem przed drugą połową sezonu?
RB: Skupiamy się na wielu rzeczach, bo na każdym poziomie można coś zawsze poprawić. Nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej. Ale myślę, iż takim jednym ważnym elementem, a zarazem takim, o którym mogę wspomnieć, pozostało lepsze zarządzanie oponami w końcówce wyścigu. Niektóre tory potrafią zjadać opony bardzo gwałtownie i musimy bardziej zrozumieć ten proces i go opanować. No i musimy poprawić kwalifikacje. Wynik osiągnięty w kwalifikacjach często rzutuje na ostateczny wynik wyścigu, więc to dla nas ważne. Kilka razy w tym sezonie straciłem dobrą pozycję startową przez pecha albo jakąś niedogodność powstałą na decydującym okrążeniu. Musimy więc sprawić, żeby nie przytrafiały nam się niepotrzebne sytuacje, bo choć efektowne odrabianie strat w wyścigu robi wrażenie, to wolałbym jednak mniej takich historii, a więcej spokojnych weekendów, w których nie muszę gonić z odległej pozycji.
To porozmawiajmy krótko o tych torach teraz. Zacznijmy od Monzy. Co Cię tam czeka?
RB: Szybki tor, sporo miejsca do wyprzedzania i szans na odrobienie pozycji, jeżeli kwalifikacje nie pójdą idealnie. To dokładnie ten typ toru, na którym można nadrobić. Poza tym Monza ma dla mnie sentymentalne znaczenie, bo jak już wspominałem – tu wygrałem w Formule 3 rok temu, więc traktuję to trochę jak szczęśliwy tor.
Potem mamy Madryt – nowość w kalendarzu F2.
RB: To będzie ciekawe, bo nikt z nas nie ma tam doświadczenia w bolidzie F2. Wszyscy zaczynamy od zera, a to akurat mi pasuje, bo w tym sezonie kilka razy pokazałem, iż gwałtownie się adaptuję do nowych torów, jak w Montrealu czy Miami. Brak przewagi doświadczenia u rywali to dla mnie szansa.
Dalej mamy Baku…
RB: Tor w Baku wymaga odważnej jazdy, ale precyzyjnej. Ściany są blisko, a margines błędu jest mały. Chciałbym zrobić tam dobry wynik przed ostatnim akordem sezonu.
No właśnie. Później czeka nas kolejna dłuższa przerwa i ostatnie dwa wyścigi.
RB: To specyficzny moment w kalendarzu F2. Zarówno Lusail jak i Yas Marina, tory w gorących lokalizacjach, będą rozstrzygać nie tylko o podium, ale też układzie czołowej dziesiątki. Na pewno będzie gorąco i w pewnym sensie egzotycznie.
Twoja kariera, mimo iż zdarzały się w niej gorsze momenty, systematycznie się rozwija. Dziś jesteś w F2, w uznanym zespole DAMS. Jak patrzysz na swoją dotychczasową drogę?
RB: Motorsport to bardzo złożony organizm. Musi zagrać wszystko, żeby dobrze funkcjonował. Publiczność widzi zwykle tylko efekt – liczby wyrażające wyniki. Ale nie widać ciężkiej, wielopoziomowej pracy jaką wykonujemy my – kierowcy, inżynierowie, mechanicy, trenerzy mentalni, fizjoterapeuci, managerowie itd. Kilka lat temu deklaracje, iż marzę o Formule 1 brane były z przymrużeniem oka. Dziś – jestem krok od tego wielkiego zaszczytu. Po wypadku, jaki miałem ponad 2 lata temu nie było pewności, czy w ogóle będę chodzić, a dziś rozmawiamy o walce o czołową dziesiątkę na bezpośrednim zapleczu Formuły 1. To efekt ciężkiej pracy, determinacji i przeświadczenia, by nigdy się nie poddawać. Nigdy! Ale to też kwestia adekwatnych ludzi wokół. Każdy w tej machinie jest istotny. Również kibice, którzy dodają mi skrzydeł. Zwłaszcza gdy widzę na trybunach flagi Polski i banery z moim imieniem i nazwiskiem. Czuję wtedy coś szczególnego, ale to też odpowiedzialność. Chciałbym zdobywać jak najlepsze lokaty dla siebie, ale i dla Polski. To dla mnie ogromny zaszczyt.
Na koniec – co powiedziałbyś właśnie kibicom przed ostatnimi rundami sezonu?
RB: Że najciekawsza część roku dopiero się zaczyna. Dam z siebie wszystko, by byli ze mnie dumni i mam nadzieję, iż zobaczę ich jak najwięcej na trybunach.
Na podstawie informacji prasowej

2 godzin temu
















