Między Krzywą Wieżą a walką o utrzymanie. Reportaż o piłkarskiej Pizie [CYKL REPORTAŻY PIŁKA NOŻNA W TOSKANII]

3 dni temu

Piza sprawia zupełnie inne wrażenie niż Florencja. Florencja żyje swoim pięknem i adekwatnie od pierwszych minut daje do zrozumienia, iż jest wielka. Piza wydaje się spokojniejsza, bardziej surowa i mniej teatralna. Tutaj wszystko kręci się wokół jednego miejsca. Krzywej Wieży.

Tłumy turystów ustawiają się do zdjęć, udając iż podtrzymują ją ręką. Co chwilę ktoś kupuje magnesy, pocztówki albo miniaturowe repliki najbardziej znanej budowli miasta. Restauracje wokół placu pełne są ludzi z całego świata, a uliczni sprzedawcy próbują przekonać kolejnych przechodniów do kupna pamiątek.

I właśnie dlatego futbol wydaje się tutaj bardziej schowany niż we Florencji.

Nie czuć go na każdym kroku. Nie dominuje miasta. Nie jest obecny przy każdym stoliku i w każdej rozmowie.

Ale cały czas gdzieś istnieje.

W małych detalach. W pojedynczych koszulkach. W klubowych szalikach wiszących przy straganach. W rozmowach mieszkańców.

A przede wszystkim w stadionie, który z samego szczytu Krzywej Wieży wygląda niemal jak część starego miasta.

Stadion widziany z Krzywej Wieży

Wejście na Krzywą Wieżę bardziej przypomina powolne wspinanie się przez historię niż zwykłą atrakcję turystyczną. Kamienne schody są nierówne, lekko przechylone, a człowiek co chwilę łapie się ściany próbując przyzwyczaić ciało do dziwnego kąta nachylenia.

Na górze większość ludzi od razu wyciąga telefony i robi zdjęcia dachom Pizy.

Ale wystarczy spojrzeć trochę dalej. Między budynkami i ulicami bardzo wyraźnie widać Stadio Romeo Anconetani. Niewielki stadion Pisa SC, schowany praktycznie w centrum miasta.

Patrząc z góry trudno nie pomyśleć o tym, jak bardzo włoskie stadiony różnią się od nowoczesnych obiektów budowanych dziś w wielu krajach. Tutaj wszystko wygląda bardziej naturalnie, mniej sterylnie. Stadion nie został wyrzucony gdzieś na obrzeża miasta. Jest częścią codzienności.

Obok mieszkań. Obok zwykłych ulic. Obok życia mieszkańców.

Jeden z włoskich turystów stojących obok zauważa, iż patrzę właśnie w stronę stadionu.

„Pisa ma ciężki sezon” – mówi. Po chwili zaczyna opowiadać o walce o utrzymanie i o tym, iż wielu mieszkańców już pogodziło się ze spadkiem do Serie B.

„Ale i tak pójdziemy na stadion” – dodaje ze śmiechem. „Bo tutaj kibicuje się klubowi niezależnie od tabeli”.

I chyba właśnie to najlepiej opisuje włoski futbol.

Sklep kibica zamykany kilka minut później

Do sklepu kibica Pisa SC trafiliśmy praktycznie chwilę przed zamknięciem.

Z zewnątrz wyglądał bardzo niepozornie. Nieduży lokal, bez wielkich ekranów, bez ogromnych kolekcji i marketingowego przepychu znanego z największych europejskich klubów.

Ale właśnie przez to wydawał się autentyczny.

W środku pachniało świeżo drukowanymi nadrukami i nowymi ubraniami. Na ścianach wisiały koszulki, szaliki i kilka archiwalnych zdjęć klubu. Za ladą stała kobieta, która już powoli zaczynała zamykać sklep, ale mimo późnej godziny wpuściła nas do środka bez żadnego problemu.

Kiedy wybierałem bluzę, zapytała jaki nadruk chcę na niej umieścić. Chwilę później wyciągnęła sprzęt i zaczęła robić nadruk praktycznie na miejscu.

To był jeden z tych momentów, które trudno byłoby poczuć w wielkich, korporacyjnych fan shopach największych klubów.

Masz przed sobą osobę, która naprawdę zna swoich klientów.

Która pyta skąd jesteś. Która zaczyna rozmowę o mieście. Która opowiada, iż ostatnio coraz więcej turystów pyta o Pisa SC, bo klub wrócił do Serie A.

„A ty skąd?” – pyta po chwili.

Kiedy odpowiadam, iż z Polski, od razu się uśmiecha.

„Polacy lubią włoską piłkę” – mówi. „Kiedyś wszyscy oglądali Serie A. Teraz chyba trochę mniej”.

Potem śmieje się, iż jeżeli Pisa spadnie z ligi, to przynajmniej bluza zostanie na dłużej.

Atmosfera w sklepie bardziej przypominała rozmowę ze znajomymi niż zwykłe zakupy.

I może właśnie dlatego zapadła w pamięć mocniej niż niejeden nowoczesny sklep wielkiego klubu.

Miasto, które nie krzyczy futbolem

Piza nie wygląda jak miasto całkowicie pochłonięte futbolem. W przeciwieństwie do Florencji piłka nie jest tutaj obecna praktycznie na każdym kroku. Większość ludzi przyjeżdża zobaczyć Krzywą Wieżę, zrobić obowiązkowe zdjęcie i ruszyć dalej do kolejnego miasta Toskanii. Futbol wydaje się bardziej dodatkiem do codzienności niż czymś, wokół czego budowana jest tożsamość całego miasta.

Ale im dłużej spacerujesz po Pizie, tym bardziej zaczynasz zauważać drobne sygnały świadczące o tym, iż Pisa SC cały czas ma tutaj swoje miejsce. W jednej z kawiarni przy bocznej uliczce kilku młodych chłopaków oglądało na telefonie skróty ostatniej kolejki Serie A. Kilka stolików dalej siedział starszy mężczyzna w starej kurtce klubowej, który co chwilę komentował coś pod nosem, patrząc na ekran telewizora zawieszonego nad barem.

Przy straganach z pamiątkami obok pocztówek i magnesów z Krzywą Wieżą wiszą też klubowe szaliki Pisa SC. Nie ma ich dużo. Nie dominują całego miasta. Ale są obecne, jakby przypominały, iż poza turystyczną wizytówką istnieje tu też zwykłe, lokalne życie.

I może właśnie dlatego piłka w Pizie wydaje się bardziej autentyczna niż w wielu miejscach, gdzie futbol został zamieniony wyłącznie w produkt dla turystów. Tutaj nie ma przesadnego marketingu ani poczucia, iż klub próbuje być większy niż jest naprawdę. Pisa SC wygląda raczej jak drużyna mocno związana z mieszkańcami, choćby jeżeli sportowo przeżywa trudny okres.

Temat walki o utrzymanie wracał zresztą praktycznie w każdej rozmowie. W restauracji niedaleko centrum kelner tylko machnął ręką, kiedy wspomnieliśmy o sytuacji w tabeli.

„Ten sezon jest ciężki” – przyznał. „Ale tutaj ludzie i tak będą chodzić na stadion. W Serie A, Serie B, nieważne”.

Wieczorem, kiedy największe tłumy turystów znikają już z okolic Krzywej Wieży, Piza robi się znacznie spokojniejsza. Restauracje dalej są pełne ludzi, ale miasto zaczyna przypominać bardziej zwykłe włoskie miejsce niż jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Europy.

Jeden twierdził, iż wszystko jest już stracone i spadek jest tylko kwestią czasu. Drugi odpowiadał, iż Serie A potrafi być nieprzewidywalna i dopóki matematyka daje szanse, trzeba wierzyć. Po kilku minutach obaj zaczęli się śmiać, zamówili kolejne piwo i zeszli na temat dawnych sezonów w Serie B.

Patrząc na nich trudno było nie odnieść wrażenia, iż właśnie tak wygląda prawdziwy futbol w takich miejscach. Bez wielkich sloganów i wielkich oczekiwań. Bardziej jako część codzienności niż wielkiego show.

Bo dla wielu mieszkańców Pizy najważniejsze nie jest to, czy klub zagra za rok w Serie A czy Serie B.

Najważniejsze jest po prostu to, iż w weekend znowu można pójść na stadion swojego miasta.

Idź do oryginalnego materiału