Jeszcze kilka miesięcy temu styczniowe starcie Arsenalu z Liverpoolem zapowiadało się jako kolejny akt długiego, mistrzowskiego pojedynku. Dziś sytuacja jest zupełnie inna — Kanonierzy pędzą w kierunku tytułu, podczas gdy The Reds walczą raczej o utrzymanie się w strefie Ligi Mistrzów. Mecz na Emirates Stadium może okazać się nie tylko ligowym klasykiem, ale także symbolem tego, jak bardzo w ostatnich miesiącach rozjechały się drogi obu klubów.
Być może lepiej, aby fani w północnym Londynie nie widzieli tego zestawienia, ale superkomputer Opty wyliczył, iż Arsenal ma w tym momencie 86,2% szans na zdobycie mistrzostwa. Oprócz nich wzięto pod uwagę jedynie Manchester City (9,8%) i Aston Villę (3,9%). Choć Liverpool musi w tym momencie rozgrywek bardziej spoglądać się za siebie, to przyjeżdża na Emirates Stadium, aby nieco zmącić wszechobecny optymizm. – To daleka droga. Premier League nie jest łatwa. Nigdy nie wygrywasz jej w styczniu, więc nie sądzę, abyśmy grali przeciwko mistrzowi. Oni grają przeciwko mistrzowi – powiedział przed tym spotkaniem w rozmowie ze Sky Sports Dominik Szoboszlai.
Arsenal gotów przejąć koronę w swojej twierdzy. Mgła nad Liverpoolem
Węgier był bohaterem pierwszego meczu obydwu ekip w tym sezonie. Gdy przez długie minuty wydawało się, iż dojdzie do bezbarwnego podziału punktów, powietrze przeszył prawdziwy pocisk. Grający wówczas z konieczności na prawej obronie Szoboszlai strzelił z rzutu wolnego takiego gola, iż kibicom przed oczami mogła stanąć tylko jedna postać – Stevena Gerrarda. Od tamtej pory, a więc końcówki sierpnia Arsenal przegrał jednak w lidze już tylko jedno spotkanie, a Liverpool aż sześć. Tamta 83. minuta pozostaje więc jednym z niewielu miłych wspomnień dla fanów The Reds w tym sezonie, a dla kibiców Kanonierów dowodem, iż jedna porażka o niczym złym jeszcze nie musi zadecydować.
Dzisiaj Liverpool ma na tym etapie rozgrywek aż o 13 punktów mniej niż rok temu, a w sumie w ostatnich 9 sezonach tylko raz zanotowali słabszy wynik. w okresie 2022-23 mieli bowiem 29 punktów i finalnie skończyli rozgrywki poza strefą Ligi Mistrzów. Teraz również grozi im podobny scenariusz, tym bardziej, iż grupa pościgowa jest dosyć liczna. A przecież szukanie punktów na stadionie Arsenalu to w tym sezonie dla rywali szalenie niekomfortowa sytuacja.
12-1-0. Tak prezentuje się bilans Kanonierów na Emirates Stadium. Jedynymi szczęśliwcami, którym udało się wywieźć skromny punkcik z bram obiektu w północnym Londynie był we wrześniu Manchester City. – Z Liverpoolem mamy coś do udowodnienia. Teraz przywitamy ich w naszej twierdzy. Nie ma nic lepszego niż grać z takim wsparciem kibiców. W tym sezonie są znakomici i znów będziemy ich potrzebować – powiedział przed spotkaniem Mikel Arteta. Hiszpański trener w trzech próbach ani razu nie zdołał pokonać Arne Slota, ale przy takiej głębi składu, jaką ma do dyspozycji, może czuć się optymistą.
W poprzednich latach, gdy Arsenal trzykrotnie z rzędu kończył ligę na 2. miejscu fani Kanonierów mogli poczuć się przeklęci. Na drodze do marzeń bardzo często stawały im kontuzje najważniejszych zawodników. Na długie tygodnie czy miesiące wypadali choćby Bukayo Saka, Martin Odegaard czy Gabriel. Kanonierzy konsekwentnie jednak wzmacniali ekipę i po letnich transferach wreszcie wyglądają na odpowiednio uzbrojonych. Można choćby spojrzeć na różnorodność płynącego zagrożenia. Arsenal ma już w tym sezonie aż 13 nazwisk na liście strzelców w meczach Premier League. Ostatnio swoje pierwsze trafienia dołożyli Gabriel Jesus oraz Odegaard.
Mimo tego, iż latem Liverpool wydał na transfery aż 450 milionów funtów, to o takich rezultatach może pomarzyć Arne Slot. Nie dość, iż w jego ofensywie w żadnym momencie sezonu tak naprawdę dobrze nie zatrybiło, to teraz doszły jeszcze absencje ważnych graczy. Na Pucharze Narodów Afryki jest Mohamed Salah, złamania nogi doznał Alexander Isak, a niepewny jest również występ Hugo Ekitike. Najlepszy strzelec Liverpoolu w tym sezonie, a jednocześnie jedyny, który dobił do dwucyfrowej liczby goli (11) walczy z urazem mięśnia i zabrakło go podczas ostatniego starcia z Fulham.

Hugo Ekitike to chyba jedyny z letnich transferów Liverpoolu, który w pełni odpalił
W rywalizacji na Craven Cottage przepięknym trafieniem w samej końcówce popisał się Harrison Reed, przez co The Reds wypuścili z rąk cenne trzy punkty. Wcześniej jednak wcale nie wyglądali na zespół przekonany o własnej wartości. Liverpool grał wolno, przewidywalnie i wyprowadzał piłkę z własnej połowy w dość jednostajnym tempie. Nastroje wśród fanów nie są dobre, a dobrze świadczy o tym fakt, iż trudno się komukolwiek ucieszyć z serii 9 meczów bez porażki. Na papierze wygląda ona imponująco, ale cóż z tego, skoro składają się na nią choćby 2 remisy z Leeds i po jednym z Fulham oraz Sunderlandem?
Wygląda na to, iż Liverpool nie poradził sobie ze stratą Luisa Diaza, który przed sezonem odszedł do Bayernu. Kolumbijczyk zapewniał nieprzewidywalność i błyskotliwość z przodu. Ponadto, gra często jest przechylona do lewej strony, przez co podopieczni Slota są łatwiejsi do zatrzymania. Mają największe średnie posiadanie piłki w całej lidze na poziomie 61,5%, ale nic z tego nie wynika. Rywale po prostu często oddają im piłkę, bo zdają sobie sprawę, iż The Reds nie mają pomysłu, co z nią zrobić. choćby jeżeli oddają sporo strzałów, to czynią to z dalszej odległości i nieprzygotowanych pozycji. Pod względem liczby stworzonych dużych szans zajmują 7. miejsce w Premier League, daleko w tyle za Manchesterem City i Arsenalem.
Pewną nadzieję dla The Reds może stanowić nieco słabsza dyspozycja defensywna Kanonierów. Ze względu na urazy Gabriela, Williama Saliby czy Riccardo Calafioriego Mikel Arteta musiał mieszać w składzie i w ostatnich 10 meczach wystawił aż 9 różnych kombinacji w 4-osobowym składzie obrony. To doprowadziło do utraty 11 goli w tym czasie. Nawiasem mówiąc, przy okazji zakończyły się dyskusje na temat tego, czy Arsenal pobije rekord Chelsea z sezonu 2004-05 i straci mniej niż 15 goli w całym sezonie. Na początku rozgrywek, gdy po 10. kolejkach u Kanonierów w rubryce straconych goli widniała liczba „3”, wydawało się to całkiem realne.
To nie stanowi jednak specjalnego kłopotu do zmartwień dla Arsenalu, gdyż ogólnie rzecz biorąc, zespół funkcjonuje jak w szwajcarskim zegarku. Ten mecz z pewnością będzie miał również takie fazy, gdy The Reds będą dłużej wymieniali piłkę. Przy świetnie zorganizowanym środku pola Arsenalu raczej należy nastawić się jednak na dominację Kanonierów. Tercet Martin Zubimendi – Declan Rice – Martin Odegaard stanowi klasę samą dla siebie. Każdy z nich doskonale wypełnia swoje zadania i dzięki temu rzadko kiedy piłka dochodzi w ogóle w okolice zagrożenia z perspektywy Kanonierów.
Po ostatnim spotkaniu z Bournemouth na ustach angielskich kibiców znalazł się zwłaszcza Rice. Wszyscy pamiętamy go z fenomenalnych goli z rzutów wolnych w Lidze Mistrzów przeciwko Realowi Madryt, ale co interesujące dopiero teraz popisał się pierwszym dubletem w historii występów w Premier League.
– 100 milionów za takiego piłkarza to będzie promocja. Jest warty dużo więcej i to też za każdym razem powtarzam właścicielom. To przyszły kapitan reprezentacji Anglii – mówił w lutym 2022 roku ówczesny menedżer West Hamu David Moyes. Ostatecznie, Arsenal musiał za niego zapłacić 105 milionów, ale Rice z każdym kolejnym meczem udowadnia, iż to była dobra inwestycja. Pod wieloma względami przypomina pomocników w starym angielskim stylu, jak Steven Gerrard czy Frank Lampard. Być może, jego wyniki strzeleckie nie są aż tak imponujące, jak w przypadku tej dwójki, ale pod względem ofensywnym również bardzo się rozwinął. Poza nim, tylko Saka wypracował w tym sezonie większą liczbę sytuacji kolegom. Sam też już ma na koncie cztery gole, a więc tyle samo, ile w całym poprzednim sezonie.

Martin Zubimendi mógł latem 2024 roku trafić do Liverpoolu
Rice jest najlepszy w całej lidze, jeżeli chodzi o rajdy z piłką i zyskiwanie metrów w środkowej strefie boiska. Dzieje się tak, gdyż w odróżnieniu do poprzedniego sezonu, ma za swoimi plecami odpowiednie zabezpieczenie. Zamiast chaotycznego Thomasa Parteya, prawdziwą opokę stanowi w tym zakresie Martin Zubimendi. Pozyskany z Realu Sociedad piłkarz nie ma sobie równych w Premier League pod względem przechwytów. jeżeli dziś znów zagra na swoim najwyższym poziomie, to wśród fanów Liverpoolu może być wyczuwalny powiew rozżalenia.
Świetna dyspozycja Alexisa Mac Allistera oraz odrodzenie Ryana Gravenbercha sprawiły, iż w poprzednim sezonie nikt nie dostrzegał kłopotu w środku pola Liverpoolu. Teraz jednak z pewnością ktoś o klasie Zubimendiego by się przydał, a przecież tuż po swoim przyjściu do klubu Slot zapragnął sprowadzenia dzisiejszego asa Arsenalu. – To, co nam się w nim podobało, to to, jak dobrze radzi sobie z piłką i jak dobrze rozumie grę. Dodatkowo, znakomicie radzi sobie w pojedynkach z rywalami. Wszystkie te cechy znaleźliśmy jednak wtedy u Ryana – mówił przed sierpniowym starciem 47-letni Holender.
Liverpool był gotowy spełnić klauzulę odstępnego i zapłacić za Zubimendiego 51 milionów funtów, ale gracz z Kraju Basków zdecydował się pozostać jeszcze przez rok w swoim rodzinnym klubie. Latem, aby go pozyskać Arsenal był już zmuszony wydać więcej, bo około 56 milionów. Kolejny dobry występ z jego strony może sprawić, iż dla Floriana Wirtza i kolegów w środku pola, będzie to kolejny frustrujący wieczór w tych rozgrywkach.
Największą przewagę Arsenal powinien jednak osiągnąć przy stałych fragmentach gry. W tym aspekcie widać najbardziej, jak mocno rozdzieliły się szlaki obydwu ekip od czasu ich ostatniego spotkania. Liverpool jest pod tym względem najgorszy w lidze, gdyż stracił aż 13 goli. Fatalnie wygląda to także w ofensywie, bo z rzutu rożnego The Reds zdobyli tylko jedną bramkę, gdy Ekitike pokonał golkipera Brighton. Więcej ma choćby szorujące po dnie tabeli Wolverhampton, choćby za sprawą Santiago Bueno, który strzelił w ten sposób gola w niedawnym meczu na Anfield. Mimo zwycięstwa 2:1, po tym spotkaniu Arne Slot nie wytrzymał i klub zwolnił zatrudnionego przed sezonem specjalistę od stałych fragmentów gry Aarona Briggsa. – Mając taki bilans, to niemożliwe, aby skończyć w czołowej czwórce. Jesteśmy bardzo zirytowani – mówił Holender.
Na przeciwległym biegunie znajduje się z kolei Arsenal. Tam nikt nie zastanawia się nad przyszłością specjalisty od zagrań ze stojącej piłki, a więc Nicolasa Jovera. Jedyne myśli, jakie ewentualnie mogą krążyć wokół jego osoby, to kwestia, czy przypadkiem nie zasługuje na podwyżkę. Kanonierzy strzelili w tym sezonie już w ten sposób 14 goli, w czym przoduje Gabriel. Brazylijczyk umie odnaleźć się w okolicach pola bramkowego, tak jak choćby w ostatnim meczu z Bournemouth. Co prawda, nie był to gol po stałym fragmencie, ale także po zagraniu z bocznej strefy boiska i rajdzie Noniego Madueke. Nawiasem mówiąc, dzięki temu zmazał on plamę po błędzie, który popełnił przy wcześniejszym golu wystawiając niemalże piłkę do pustej bramki Evanilsonowi.

Gabriel świętuje gola po rzucie rożnym w meczu z Aston Villą
Niemal wszystko hula więc w Arsenalu jak należy, choć wciąż fani czekają jeszcze na pełen wystrzał formy Viktora Gyokeresa. Szwed, który bił strzeleckie rekordy w Sportingu na razie ma na swoim koncie 5 goli w Premier League, co wywołuje wątpliwości względem jego adaptacji. Styl Kanonierów, którzy często muszą radzić sobie z nisko ustawioną obroną rywali, nie jest dla niego optymalny. W Lizbonie zdecydowanie częściej miał okazję korzystać ze swojej szybkości i siły fizycznej, choćby schodząc na boki przy wychodzeniu do kontrataków.
27-latek wytrwale jednak pracuje, bo często jest choćby pierwszym zawodnikiem, który zakłada pressing na szczycie formacji ofensywnej. Swoimi ruchami zmusza rywali do oddawania piłki i nie jest przypadkiem, iż często gra Arsenalu nieco traci na intensywności w momencie, gdy jest ściągany z boiska.
Takich bolączek i kłopotów, z jakimi musi się zmagać Mikel Arteta z pewnością życzyłby sobie Arne Slot. Minęło zaledwie osiem dni nowego roku, a Premier League już przyniosła nam dwa odejścia szkoleniowców z klubów „Big Six”. Może się tak zdarzyć, iż w przypadku bolesnej porażki na Emirates do Enzo Maresci i Rubena Amorima dołączy jeszcze pół roku temu noszony na rękach Slot. Holender kilka tygodni temu przetrwał już duży sztorm związany z publiczną krytyką Mohameda Salaha czy najgorszą serią w historii klubu, a więc 9 porażkami w 12 meczach. Coraz częściej w Anglii pojawiają się jednak doniesienia o jego nieporozumieniach z dyrektorem sportowym Richardem Hughesem. Niektóre z wypowiedzi także nie przysparzają mu zwolenników.
– Nie zmieniłem naszego podejścia, ale drużyny zmieniły swój styl gry przeciwko nam. Moja piłka to Liverpool kontra PSG. Tak właśnie chciałbym rozgrywać każdy mecz, ale żeby mecz był otwarty, potrzebne są dwie drużyny, a nie te wszystkie rzeczy, jak długie podania i niskie bloki, które nie czynią go przyjemnym – mówił Slot po starciu z Fulham.

Arne Slot może niebawem stać się kolejnym zwolnionym trenerem w Premier League w tym roku
Rzecz w tym, iż przez pierwsze pół roku od jego przyjścia, gdy Liverpool notował najlepsze wyniki, również nie zawsze prezentował porywającą piłkę. The Reds potrafili jednak odpowiednio wygaszać spotkania, co odróżniało ich od rockandrollowego stylu Jurgena Kloppa. Wiedzieli kiedy przyspieszyć i zaatakować, byli cierpliwi. Teraz to się zmieniło, a dochodzi również kwestia wielu błędów w defensywie. Ibrahima Konate częściej wygląda jak gracz, który gra dla rywali, aniżeli na chwałę Liverpoolu. Gdy znajduje się pod presją, popełnia mnóstwo błędów i łatwo daje się wyprzedzić.
Nieco lepiej wygląda jego partner, a więc doświadczony Virgil van Dijk. Wiele o postawie Liverpoolu w tym sezonie mówi jednak statystyka o tym, iż Holender jest na pierwszym miejscu pod względem wybić piłki z pola karnego. To przecież raczej domena zawodników z klubów, walczących o nieco inne cele. W zeszłym sezonie „wygrał” ją Cameron Burgess z Ipswich, które z hukiem zleciało z ligi.
Być może The Reds ruszą więc zimą po reprezentanta Anglii Marca Guehiego. Obrońca Crystal Palace był już na celowniku Liverpoolu w ostatnim dniu okienka transferowego, ale wtedy jego transfer zablokował Oliver Glasner. Pytanie jednak, czy jakikolwiek udział przy tych transferach będzie miał jeszcze Slot.
Podatność na pomyłki w defensywie spróbuje wieczorem wykorzystać Arsenal, którego spokojnie można określić faworytem starcia. Prujący w kierunku tytułu zespół Artety ma już na tym etapie sezonu 14 punktów więcej niż Liverpool. Za wcześnie pewnie, aby mówić o tym spotkaniu jako przekazaniu mistrzowskiego tronu, ale wyobraźnia kibiców na Emirates Stadium na pewno pracuje. Tym razem naprawdę trudno wskazać racjonalne czynniki za tym, iż Kanonierzy ponownie to wypuszczą. Są jedyną drużyną, która wygrała wszystkie cztery mecze w okresie świąteczno-noworocznym, podczas gdy ich główny rywal Manchester City trzykrotnie gubił punkty. Po wczorajszym remisie ekipy Guardioli z Brighton, Arsenal w przypadku wygranej wysunie się na 8-punktowe prowadzenie.
48 punktów po 20. kolejkach to dorobek, który w 10 na 13 przypadków gwarantował mistrzostwo Anglii. W Arsenalu czekają na nie od 22 lat, gdy w 2004 roku Anglią zawładnęła słynna drużyna „The Invincibles”. Teraz wiemy już, iż tego sezonu nie uda się przejść bez choćby jednej porażki i zadbał o to przecież sam Liverpool. Dla Slota pozytywnym sygnałem byłoby jednak dzisiaj choćby nawiązanie równorzędnej walki, ale Kanonierzy są na etapie, na którym nie potrzebują fajerwerków, by wygrywać — wystarczy im kontrola, dyscyplina i cierpliwość.
Jeśli ten wieczór na Emirates Stadium potwierdzi obecny trend, stanie się kolejnym dowodem na to, iż w tym sezonie Premier League zmierza w jednym, bardzo konkretnym kierunku.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Kubeczek, edytowany post i kłótnie – gorąco w Tottenhamie
- Była gwiazda reprezentacji Szkocji bankrutem
- Semenyo z udanym pożegnaniem przed transferem
fot. Newspix

21 godzin temu













