Początek sezonu 2026 w wykonaniu Marcina Kubicy to połączenie solidnych wyników i ambitnych planów. Dobry start w Chianti podczas cyklu UTMB oraz brązowy medal mistrzostw Polski w Szczawnicy potwierdzają stabilną formę. O treningu, sprzęcie, własnej drodze sportowej i granicach ludzkich możliwości opowiada w rozmowie z Marcinem Dulnikiem.
W marcu zanotowałeś bardzo dobry wynik na UTMB w Chianti, a niedawno w Szczawnicy zdobyłeś brązowy medal Mistrzostw Polski w Biegach Górskich. Który to Twój seniorski krążek w górach?
To już mój piąty seniorski medal. jeżeli mówimy o imprezach organizowanych przez PZLA, nie mam jeszcze złota i to jest coś, czego mi brakuje. Z drugiej strony mam złote medale w Skyrunningu, który funkcjonuje trochę obok struktur związku, więc ta moja ścieżka była nieco inna. Można powiedzieć, iż dojrzewałem do tego poziomu stopniowo, zbierając doświadczenia w różnych cyklach i formatach rywalizacji.
Jak podsumujesz pierwsze miesiące sezonu 2026?
Bardzo pozytywnie, szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę okoliczności. To były dwa naprawdę równe i mocne starty. Problem pojawił się w połowie obozu na Teneryfie. Zaczęło wtedy odzywać się kolano i od tego momentu musiałem trochę zmienić podejście do treningu. W Chianti byłem jeszcze w pełnym cyklu, realizowałem założenia bez większych ograniczeń, natomiast przed Szczawnicą wprowadziłem trening zastępczy, żeby nie pogłębiać problemu. Mimo to udało się utrzymać wysoki poziom, co daje mi sporo pewności. Wiem, iż baza treningowa jest solidna i organizm dobrze reaguje.
Teraz przygotowuję się do mistrzostw Europy w Słowenii. Najprawdopodobniej pobiegnę dystans short, czyli 52 kilometry i około 2500 metrów przewyższenia. Ten fragment sezonu jest bardziej ukierunkowany na szybkość, natomiast głównym celem całego roku pozostaje OCC pod koniec sierpnia.
fot. Golden Goat Production
W Szczawnicy tempo rywalizacji było bardzo wysokie. Padł rekord trasy.
Tak, od samego początku pobiegliśmy bardzo mocno w trzyosobowej grupie i adekwatnie od pierwszych kilometrów było wiadomo, iż to będzie szybki bieg. Co ciekawe, mój wynik z tego roku w poprzednim sezonie dałby mi srebrny medal, więc to dobrze pokazuje, jak dynamicznie rośnie poziom w Polsce.
Ten bieg był dla mnie istotny także pod kątem kontroli i taktyki. Nie było miejsca na przypadek, przez cały czas trzymałem się swojego rytmu i pilnowałem sytuacji. Czwarty zawodnik był około dwóch minut za mną, więc była pewna rezerwa, ale jednocześnie trzeba było zachować koncentrację. Cieszę się, iż poziom krajowy tak idzie w górę, bo to napędza wszystkich do pracy.
Gdzie trenujesz na co dzień?
Mieszkam w Bielsku-Białej, a zatem trenuję głównie w Beskidzie Małym, to okolice Hrobaczej Łąki i Magurki. Mam naprawdę komfortową sytuację, bo do lasu mam jakieś sto metrów od domu. Wychodzę i od razu jestem w terenie. Nie lubię tracić czasu w dojazdy, bo wolę go przeznaczyć na trening albo regenerację.
To są bardzo dobre tereny do biegania, chociaż czasem brakuje naprawdę stromych podejść, takich typowo „alpejskich”. Wtedy korzystam z bieżni mechanicznej, ustawiam nachylenie choćby do 30% i mogę zrobić bardzo specyficzną pracę pod biegi górskie.
A schody, które w miastach robią się coraz popularniejsze?
Sam z nich nie korzystam, ale uważam, iż to bardzo dobre rozwiązanie, szczególnie dla osób, które nie mają dostępu do gór. To jest solidna praca siłowa, bardzo konkretna. Oczywiście ma swoje ograniczenia np. nie da się tam rozwinąć dużej prędkości, ale jako uzupełnienie treningu sprawdza się bardzo dobrze.
Jak wygląda Twój trening w liczbach?
Średnio to ponad 20 godzin tygodniowo. jeżeli chodzi o kilometraż, to przed Szczawnicą było to około 130 kilometrów biegania, ale w zależności od okresu przygotowań dochodzę do 160–180 kilometrów.
Na Teneryfie miałem bardzo mocny blok, w jednym tygodniu zrobiłem 240 kilometrów, a w niecały miesiąc około 850 kilometrów w terenie górskim. To był naprawdę duży bodziec. Do tego dochodzi rower, trening sprawnościowy i regeneracja. Do tego czasem sauna cztery razy w tygodniu. Staram się pilnować wszystkich elementów, bo na tym poziomie detale mają ogromne znaczenie.
Co najbardziej przyciąga Cię do biegania w górach?
Sama specyfika wysiłku. Lubię ten moment, kiedy organizm jest już mocno „zalany”, kiedy pojawia się kwas i trzeba umieć się w tym poruszać, utrzymać tempo, nie „rozsypać się”. To jest coś, co mnie przyciąga, ten rodzaj pracy, który jest bardzo wymagający fizycznie, ale też mentalnie. No i oczywiście same góry. Lubię tam być, niezależnie czy to Beskidy, Tatry czy Pireneje.
Twoja kariera trwa już kilka lat. Czy Twoje podejście do treningu się zmienia?
Zdecydowanie tak. Z trenerem Andrzejem Orłowskim nie trenujemy schematycznie. Staramy się nie powielać tych samych rozwiązań, tylko szukać nowych bodźców. Świat sportu idzie do przodu i trzeba za tym nadążać.
Korzystamy z danych z zegarka, analizujemy je, ale głównie w kontekście treningu. Na zawodach nie patrzę na tętno, bo emocje i tak je podnoszą i te wartości nie są wtedy miarodajne. najważniejsze są odczucia i umiejętność kontroli wysiłku.
fot. Golden Goat Production
Od kilku lat współpracujesz z marką Suunto. Z jakiego zegarka tej fińskiej marki korzystasz?
Na nadgarstku mam model Suunto Race 2. Cenę go przede wszystkim za czytelność. Wyświetlacz AMOLED robi dużą różnicę, szczególnie kiedy biegniesz gwałtownie i nie masz czasu, żeby się zastanawiać nad odczytem danych. Do tego dochodzi dokładność, w tym modelu świetnie działa pomiar kilometrażu i przewyższeń, co w górach jest kluczowe. Używam tego zegarka praktycznie wszędzie uprawiając bieganie, jazdę na rowerze, będąc na siłowni, a choćby w saunie. To moje podstawowe narzędzie do kontroli treningu.
A jeżeli chodzi o buty? Twoim partnerem jest marka Salomon.
Mój podstawowy model startowy to S/Lab Pulsar 4, bardzo cenię go za czucie podłoża i kontrolę, szczególnie na zbiegach, gdzie to ma ogromne znaczenie. Drugi model to Genesis. Używam go w trudniejszych warunkach, na błocie, w bardziej wymagającym terenie. Na spokojne wybiegania wybieram Ultra Glide, w tej chwili w wersji czwartej. To but bardziej amortyzowany, który pozwala odciążyć stopę i lepiej się regenerować.
Jaki był najtrudniejszy moment w Twojej karierze?
Zdecydowanie był to czas, kiedy zachorował mój tata. To się zbiegło z kontuzją kostki i kompletnie nie potrafiłem wrócić do rytmu. Byłem wtedy bardzo chaotyczny. Można powiedzieć, iż „szarpałem się” w treningu, próbowałem nadrabiać na siłę, wyżywałem się na treningach próbując rozładować stres. To tylko pogarszało sytuację.
To był moment, w którym zrozumiałem, iż potrzebuję zmiany i iż sam tego nie poukładam. I wtedy pojawił się trener Andrzej Orłowski. Jego rola była kluczowa. On w pewnym sensie opanował mnie jako zawodnika. Ten mój nadmiar ambicji, chęć robienia wszystkiego więcej i mocniej, to wszystko trzeba było uporządkować.
Można powiedzieć, iż „okiełznał tego demona”, który we mnie był. Pokazał mi, iż żeby wejść na poziom profesjonalny, trzeba pracować mądrze, a nie tylko ciężko. Uświadomił mi też, ile mam jeszcze braków i ile pracy przed nami. To był moment przełomowy, jeżeli chodzi o moje podejście do sportu.
fot. Golden Goat Production
Gdybyś miał dać amatorom jedną radę, to jaka ona by była?
Nie spieszyć się. Rozwój potrzebuje czasu. Bardzo często mniej znaczy więcej. Lepiej robić rzeczy konsekwentnie i z głową niż próbować wszystko przyspieszyć.
Ulubione miejsca do biegania? Gdzie najprędzej Cię można spotkać?
Beskid Mały i Tatry. Lubię techniczny, ciężki teren, który wymaga skupienia i daje dużo bodźców.
I na koniec zajrzyjmy do biegania ulicznego. Śledziłeś maraton w Londynie? Zwycięzca biegu Sabastian Sawe z Kenii pobił rekord świata i uzyskał 1:59:30, a drugi na mecie Etiopczyk Yomif Kejelcha finiszował z czasem 1:59:41.
Tak, to było coś niesamowitego. Fascynuje mnie, gdzie jest granica ludzkich możliwość. Aż dwóch biegaczy połamało barierę dwóch godzin. To niesamowite, tym bardziej, iż takie wyniki padają już w oficjalnych zawodach, a nie w warunkach laboratoryjnych.
Dziękuję za rozmowę.
Marcin Dulnik
fot. w nagłówku Golden Goat Production

1 dzień temu













