Legenda skoków mówi wprost o Stochu. "Zawsze"

1 godzina temu
- Myślę, iż Kamil jest po prostu fair wobec wszystkich. Nie gra w chowanego, nie bawi się z nami, nie zdradzając, czy skończy karierę po igrzyskach czy nie - mówi w długiej rozmowie ze Sport.pl Peter Prevc o reakcji na definitywną decyzję Kamiila Stocha o zakończeniu kariery. Były znakomity skoczek sam odchodził ze skoków niespełna dwa lata temu. I chyba wszyscy chcielibyśmy, żeby Polak pokazał się z tak świetnej strony jak wówczas Słoweniec.
Peter Prevc to prawdziwa legenda światowych skoków. Dziesięć lat temu zdobył Kryształową Kulę za wygraną w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, czterokrotnie stawał na podium na igrzyskach olimpijskich, wygrał 64. Turniej Czterech Skoczni, a w 2015 roku pobił rekord świata w długości lotu, jako pierwszy skoczek przekraczając granicę 250. metra.

REKLAMA





Ze Słoweńcem rozmawiamy o największych sukcesach jego kariery, o tym, w jaki sposób odchodził od skoków i co robi teraz. Prevc opowiada nam też o bracie Domenie, który jest faworytem do zwycięstwa w trwającym Turnieju Czterech Skoczni, jego szaleństwach na skoczni, czy niepokoju, który czuje, patrząc na dalekie skoki siostry Niki.


Zobacz wideo Czy Austriacy nagięli przepisy o wiązaniach? FIS musiał zareagować



Jakub Balcerski: Od momentu, w którym zakończyłeś karierę, minęło już półtora roku. Czym dzisiaj się zajmujesz?
Peter Prevc: Pracuję przy sprzęcie i pomagam obchodzić się z nim słoweńskim skoczkom. Głównie kadrze narodowej, ale także młodszym chłopakom. To dosyć szeroki zakres pracy. Wspieram sztab w przygotowywaniu kombinezonów, ale także np. edukowaniu juniorów. Przedstawiam im, co jest ważne w zajmowaniu się sprzętem, mówię o procedurach i zmianach zasad. Dzielę się także doświadczeniami ze swojej kariery. A kiedy nasz główny zespół testuje nowy materiał, przekazuję informacje o nim kadrze B czy właśnie juniorskiej.
Rozmawiałem o tobie z paroma osobami ze środowiska słoweńskich skoczków. Padło, iż zostałeś kimś w rodzaju szpiega. Ile w tym prawdy?
- Cóż, w skokach narciarskich chyba każdy jest trochę szpiegiem. Patrzymy na to, co robią inni, czego się używa. Obserwujemy nie tylko inne kadry, ale i co robi FIS.
Jak myślisz, ile zmieniło się po skandalu z mistrzostw świata w Trondheim? Obserwujesz i widzisz, iż kadry bardziej się pilnują, nie przesadzają tak bardzo ze sprzętem. Czy tylko kontrole są bardziej restrykcyjne, a reszta pozostała bez zmian?
- W zasadach zmieniło się naprawdę niewiele. Obwody kombinezonów zmieniły się tylko u kobiet. Inaczej wygląda na pewno przestrzeń przy ramionach i na wysokości pach. Nieco inaczej szyje się też nogawki. Poza tym stroje są dość podobne. Po prostu ich kontrola jest inna. Jest dokładnie i rygorystycznie, dla wszystkich. I szczerze mam nadzieję, iż tak pozostanie przez kolejne 50 lat.



Na razie szukamy odpowiedzi na pytanie: czy przez całą zimę będzie tak, jak od początku lata? Zadają je chyba wszyscy. Wydarzenia z Oberstdorfu - dyskwalifikacja Timiego Zajca - dla was była gorzką pigułką, ale FIS wyeksponował tak swoje rygorystyczne podejście do kontroli sprzętu.
- Powiem ogólnie o przepisach: wszystkim chodzi o wykonywanie pewnych ruchów, ale w ramach zasad. Po Trondheim zatarła się linia pomiędzy tym, co znaliśmy jako techniczne ulepszenia w sprzęcie i manipulacje. To, co było poprawiane i rozwijane, za każdym razem było rozumiane jako oszustwo i tak to komunikowano na zewnątrz. A według mnie to nie fair. Ktoś może znaleźć nowe rozwiązania, materiały czy elementy, które nie łamią zasad, a i tak zostanie oskarżony o to, iż jego sprzęt musi być nieprzepisowy. To nie jest adekwatny kierunek.
Powinniśmy wprowadzić tu pewne rozróżnienie - co naprawdę jest manipulacją, a co rozwija sprzęt i sprawia, iż jest lepszy, a wielokrotnie i bezpieczniejszy, prawda?
- Powiem tak: jeżeli chcielibyśmy, żeby wszystko zawsze zostawało takie, jak jest, jako ludzie pewnie dalej żylibyśmy w jaskiniach. Ale jesteśmy w nowoczesnych domach z ociepleniem. I to przynosi nam rozwój technologii. W skokach też chyba nie mamy zamiaru wracać do jaskiń, tak myślę.
Jako zawodnik też się tak przejmowałeś i zajmowałeś sprzętem? Czy wyręczali cię inni?
- Zawsze chciałem być pewny swojego sprzętu. Że jest zgodny z zasadami. To sprawiało, iż skakało mi się łatwiej. Mogłem się skupić tylko na mojej formie i nie martwić, czy przejdę kontrolę sprzętu czy nie. Nie łamałem zatem przepisów. Choć jeden, jedyny raz zostałem zdyskwalifikowany.
Nie byłeś jednak jak Lovro Kos, który sam szyje sobie kombinezony?
- Nie, ale jest coś w tym, iż chciałem mieć nad nimi kontrolę. Ostatecznie, według przepisów, i tak to zawodnik jest odpowiedzialny za swój sprzęt. To on zostanie na koniec zdyskwalifikowany. I naprawdę przejmowałem się tym, żebym wiedział, iż mój sprzęt jest w porządku. Sprawdzałem moje kombinezony przed każdym skokiem. Miałem świadomość, iż materiał, którego używa się do ich produkcji, jest "żywy". Może się nieco zmieniać, zniszczyć, czy poszerzyć choćby ze skoku na skok. W częściach, które mogą się poruszać po ciele zawodnika, kombinezon może stać się większy. W różnej temperaturze zmienia się także jego przepuszczalność. To wszystko trzeba mieć z tyłu głowy.



Najwięcej stresu związanego ze sprzętem to konkurs podczas mistrzostw świata w Predazzo? Dużo legend urosło wobec tego, co wtedy wydarzyło się we Włoszech. Mówi się jednak, iż mogłeś zostać choćby zdyskwalifikowany i straciłbyś medal.
- Przed mistrzostwami podczas konkursów dało się "rozebrać" po skoku. Czyli rozpiąć kombinezon i pójść tak do szatni. Później procedura się zmieniła i kontroler mógł cię poprosić, żebyś przyszedł do kabiny i do momentu, w którym wiesz na pewno, iż nie musisz się tam pojawić, nie powinieneś rozpinać stroju. Nie dotarła do mnie ta informacja. Przyniosłem do kabiny kontrolera mój kombinezon już zdjęty, w swoich rękach. Myślałem, iż będzie w porządku, normalnie. A od razu zdałem sobie sprawę z tego, iż mam duży problem. Wtedy zgubił mnie tylko mój brak wiedzy i wszystko pozostało w rękach FIS. Ja tylko czekałem i zastanawiałem się, co będzie. Oczywiście, pojawiały się oskarżenia o to, iż mogłem zmienić kombinezon i pójść do kontroli z innym, ale tak nie było. Skończyło się szczęśliwie dla mnie, na braku dyskwalifikacji.
Powspominajmy trochę więcej. 13 grudnia mija dziesięć lat od twojego pierwszego zwycięstwa w okresie 2015/16. Odniosłeś ich wówczas aż 15, to była twoja rekordowa, najlepsza zima. Czujesz, iż minęło już tyle czasu?
- Czuję się, jakby minęło go o wiele więcej.
15 lat, 20?
- Wydaje mi się, jakby to wszystko stało się wieki temu. Dziesięć lat temu, w tym okresie, miałem w głowie zupełnie myśli. A nad sobą ogromną presję.
Byłeś zupełnie innym Peterem?
- O, tak. O wiele mniej doświadczonym, młodszym. Do tamtego momentu moja kariera się rozrastała. Osiągałem coraz lepsze wyniki, więc wręcz musiałem myśleć optymistycznie.



Oczywiście każdy chciałby tyle osiągnąć - wygrać 15 konkursów Pucharu Świata jednej zimy, zdobyć Kryształową Kulę, złoto mistrzostw świata w lotach i być najlepszym w Turnieju Czterech Skoczni. To narzuciło jednak presję tego, żeby pozostać na takim poziomie, ciągle wygrywać. A to nie takie proste. W rozmowie sprzed czterech lat mówiłeś mi: "Wiele zrobiłbym inaczej". Jak dziś patrzysz na to wszystko już jako były skoczek?
- Gdy w jedną zimę wygrywasz wszystko, to wszyscy, łącznie z zawodnikiem, oczekują, iż to będzie tylko trwać. Te piękne, zwycięskie chwile. Ale wtedy na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, co ja adekwatnie robię. Gra toczyła się tylko o to, żeby ciągle być najlepszym. Nie cieszyłem się tym. I potem, gdy przestałem osiągać sukcesy, zdałem sobie sprawę, jak cholernie trudno jest pozostać na szczycie.
To tłumaczy, dlaczego, kiedy poprosiłem, żebyś wskazał, co najlepiej pamiętasz z tego okresu, wybrałeś ostatni skok z Planicy. Ten, po którym zaczęło się wielkie świętowanie tłumu kibiców pod skocznią. Byłeś im wdzięczny, ale chyba wreszcie doszło do ciebie, co znaczyły te zwycięstwa. No i mogłeś poświętować, a nie myśleć o tym, co jeszcze jest do wygrania. Nie zmieniłeś zdania?
- Nie. I dalej dobrze to pamiętam. Tych chwil i wielkiego świętowania nie zapomnę już nigdy.
A pamiętasz, gdzie wygrałeś ten pierwszy konkurs z 13 grudnia?
- To musiało być w Rosji. Chyba w Niżnym Tagile. Tam się wszystko zaczęło. Potem były świetne konkursy w Engelbergu i trochę pecha w Oberstdorfie. Gdyby nie to, wygrałbym też wszystkie cztery konkursy Turnieju Czterech Skoczni, ale okej, i tak jest w porządku.
Po zwycięstwie w Turnieju było chociaż trochę czasu w euforia z tak wielkiego osiągnięcia?
- Niewiele. Wróciliśmy do hotelu i tam się wspólnie cieszyliśmy, celebrowaliśmy to zwycięstwo. Mieszkaliśmy z Polakami, tak jak teraz, już od kilku lat jesteśmy w tym samym miejscu. Skończyło się na kilku piwach i rano trzeba było wrócić do codzienności i walki w kolejnych konkursach. Ale chyba rok wcześniej mieliśmy pewne wyjątkowe świętowanie po Turnieju. W Jesenicach, za Tunelem Karawanki, jest taki parking, na którym wiele razy rozstawaliśmy się z innymi zawodnikami i sztabem po powrocie z zawodów. To był ostatni punkt, w którym byliśmy jeszcze razem, potem się rozdzielaliśmy. Więc się żegnaliśmy, a ci, którzy mogli, jeszcze trochę świętowali.



Zmieniłeś swoje spojrzenie na skoki po zakończeniu kariery?
- Wszystko, co działo się, gdy byłem skoczkiem, jest dla mnie jeszcze świeże. Ale niczego nie żałuję. Ostatnie 10-15 lat sprawiło, iż jestem dziś inną osobą. I z każdej sytuacji, także takich, gdy mi nie szło, starałem się wyciągać odpowiednią lekcję.
Chyba każdy, kto oglądał cię w twoim ostatnim sezonie, zauważył, co wydarzyło się po tym, jak ogłosiłeś, iż kończysz karierę. Chyba wszystko inaczej poukładałeś w swojej głowie i nagle pojawiło się miejsce na świetne skoki.
- To było takie uczucie, jakbym zdjął nogę z pedału hamulca. Takiego, o którego istnieniu choćby nie wiedziałem. I jakbym chwilę później wcisnął gaz do dechy. Skończyło się ukrywanie. Tak, kończę karierę, ale chcę to zrobić świadomie. I nie muszę się przejmować tym, co o tym sądzicie.
Zszedłeś ze sceny tak, jak wielu marzyłoby, żeby z niej zejść. Pięknie się pożegnałeś i swoje ostatnie skoki oddałeś, walcząc o zwycięstwa i podia. Ten sezon będzie ostatnim dla Kamila Stocha, który też ogłosił, iż kończy karierę nieco wcześniej. Rozmawialiśmy z nim o tym, chyba choćby podając twój przykład, iż może dobrze powiedzieć o tym wcześniej, podejść do sprawy otwarcie i świadomie, niż robić z tego tajemnicę i narzucać na siebie presję. Wiem, iż to bardzo indywidualne i pewnie nie ma w tym żadnej zasady, ale myślisz - po swoich doświadczeniach z 2024 roku - iż to może pomóc Kamilowi zakończyć karierę tak, jak sobie wymarzył?
- Myślę, iż Kamil jest po prostu fair wobec wszystkich. Nie gra w chowanego, nie bawi się z nami, nie zdradzając, czy skończy karierę po igrzyskach, czy nie. Każdy w skokach może się z nim teraz pożegnać na swój sposób, ale to wszystko. Wiesz, nie sądzę, żeby to działało tak, iż jeżeli odpowiednio wcześnie powiesz innym, iż to ten ostatni sezon, to automatycznie będziesz skakał lepiej, ha, ha. To nie takie proste. Czasem możesz sobie właśnie w ten sposób narzucić trochę presji, bo będziesz myślał, iż coraz bliżej do twojej ostatniej szansy, żeby jeszcze raz coś osiągnąć. Podoba mi się jednak, jak to sobie Kamil wymyślił. Oby zakończył swoją karierę tak, jak chce i na to zasługuje.
Macie za sobą parę ładnych pojedynków na skoczni. Na igrzyskach, na mistrzostwach świata. Co zostanie ci z nich w pamięci?
- Że na igrzyskach był dla mnie za mocny. Za dobry. Zawsze jeden krok przede mną. Ale to prawda, iż trochę ze sobą powalczyliśmy w czołówce. I zapamiętam to, iż to zawsze były czyste pojedynki. Wszystko fair. Po tylu latach wspólnej rywalizacji, na koniec możemy sobie spojrzeć w oczy i to liczy się najbardziej. Świetnie mieć taką relację, w której na skoczni dajemy z siebie wszystko i rywalizujemy, ale to nie ma przełożenia na to, jacy jesteśmy wobec siebie prywatnie. Kamil zawsze wydawał mi się cichy. Nie widziałem w nim dużo ekspresji na skoczni i poza nią. Może pod tym względem jesteśmy do siebie trochę podobni.



Ciężka praca lubi ciszę?
- Tak, chyba obaj tak myśleliśmy i działaliśmy.
W zeszłym sezonie zarówno Nika jak i Domen zdobyli mistrzostwo świata i poprawili rekord świata. Trudno powtórzyć takie osiągnięcia, ale już widać, iż ta zima może być dla nich choćby lepsza, prawda?
- Pewnie, czemu nie? Nika już od kilku lat jest na najwyższym poziomie. Z nią trzeba pracować głównie nad tym, żeby pozostawała spokojna. I żeby nie tworzyła sobie oczekiwań, iż jak ja wygra 16 konkursów w jedną zimę. Każdy wynik w najlepszej piątce powinna uważać za naprawdę świetny. A Domen? Miał świetną końcówkę zeszłego sezonu, a zaczynał z bardzo niskiego poziomu. Ostatnie trzy lata przepracował bardzo ciężko. Wszyscy pamiętamy, iż przyszedł do Pucharu Świata i od razu zaczął wygrywać, a potem bardzo trudno było mu do tego wrócić. Jakiś czas temu znalazł w sobie odpowiednio dużo cierpliwości, żeby pracować na to każdego dnia i to opłaciło się w najlepszym momencie: został mistrzem świata.
Dojrzał?
- Tak, zarówno jako osoba, jak i sportowiec. W końcu też jest dziesięć lat starszy, niż gdy zaczął wygrywać. A taki początek kariery dla wszystkich byłby szokiem. Wyeliminował wszystko, co mu przeszkadzało. Ma też inne ciało niż w chwili, gdy był 16-latkiem. Jako skoczek musisz odpowiednio dostosowywać swoje odczucia i potrzeby. Myśleć o metabolizmie, odpowiednich posiłkach. A inaczej do tego podchodzisz jako nastolatek, inaczej gdy dorośniesz. Wcześniej możesz jeść niemal wszystko, potem musisz być bardzo ostrożnym, żeby pozostać gotowym do uprawiania skoków.
Teraz Domen jest liderem Turnieju Czterech Skoczni, klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, a Nika wiceliderką PŚ kobiet. Mam wrażenie, iż oboje znów będą w stanie namieszać i wygrywać w dalszej części zimy, także na igrzyskach.



Co dzieje się w twojej głowie, gdy teraz z boku patrzysz na to, co robi twoje rodzeństwo na skoczni? Pamiętam, jak gratulowałeś Nice rekordu świata w Vikersund i widziałem, iż to chyba był trochę inny rodzaj emocji, niż te, których doświadczałeś do tej pory.
- Wspomniałeś Vikersund, a na mamucie liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo. Na początku zawsze chcę zobaczyć pozycję Niki w powietrzu. Potem najczęściej mogę się już tylko cieszyć z jej wspaniałych lotów. Zawsze podchodzę trochę inaczej do oglądania jej zawodów. Mam w głowie przede wszystkim to, żeby była cała, a dopiero potem wyniki. Zupełnie inaczej niż z Domenem. Powiedzmy, iż mam do niego trochę więcej zaufania. Wiem, iż nic mu nie będzie.
A przecież to on jest specjalistą od ekstremalnego podejścia do skoków.
- Powiem tak: widziałem go, gdy robił bardziej szalone rzeczy, niż te, o których wszyscy wiedzą.
Opowiadaj.
- Chyba wszyscy pamiętają skok Domena z Lillehammer, gdy wypięło mu się wiązanie tuż po odbiciu, ale złapał nartę i niegroźnie upadł. No to ja widziałem taki, gdy złapał w powietrzu dwie narty.
Słucham?!
- No tak. Żeby skrócić skok, dla bezpieczeństwa. Inaczej wylądowałby zdecydowanie poza 120. metrem, a to było podczas treningu na normalnej skoczni w Kranju. I wtedy ten tegoroczny letni trening mógłby się źle skończyć. Na szczęście Domen dał sobie radę. Myślę, iż to gość, który jest najbardziej świadomy swojego ciała i najlepiej panujący nad nartami w całym Pucharze Świata.



Mówi się, iż w tunelu aerodynamicznym w Sztokholmie potrafił latać choćby dwie minuty bez przerwy. A pojedyncze standardowe sesje dla wszystkich realizowane są tam raczej po 30 sekund.
- Tak, ale to zależy głównie od tego, jakiego kombinezonu się używa.
Trenerzy mówią, iż Domen tam czuje się jak ryba w wodzie. I iż to fenomen. Żartują, iż można byłoby wyjść na kawę, wrócić do tunelu, a on dalej byłby w powietrzu.
- Tak, zasypia w locie, ha, ha. Rzeczywiście zawsze dobrze tam wypada i potrafi odpowiednio wykorzystywać te sesje, ale nie przesadzajmy.
Słyszałem, iż Domen nie jest jedynym z braci Prevc, który polubił się z tunelem aerodynamicznym na tyle, żeby spędzać w nim więcej czasu. Tylko podobno w twoim przypadku to będą godziny i dnie, a nie minuty, to prawda?
- Ta sama szwedzka firma, która zarządza tunelem w Sztokholmie, teraz zbudowała drugi, o wiele bardziej rozwinięty, w Zirovnicy w Słowenii. To 10-15 minut drogi od Planicy, więc świetnie łączy się z naszym głównym centrum treningowym. Ten tunel będzie trochę bardziej rozwinięty dla innych sportów - także dla np. narciarzy alpejskich czy kolarzy. Choć pewnie i tu pojawią się ci skaczący w wingsuitach, dla których docelowym pozostanie jednak tunel w Szwecji.
Czym różni się ten słoweński?
- To nowa, zaawansowana technologia i nieco inne rozwiązania. Końcówka tunelu będzie trochę bardziej rozbudowana, znajdą się tam pewne narzędzia do mierzenia siły i oporu powietrza.



Mówisz, iż do Zirovnicy będą przyjeżdżać kolarze, a w Słowenii ten sport ma jednak spore powiązania ze skokami. Czyli Primoż Roglić, były skoczek, a w tej chwili znakomity kolarz, mógłby niejako wrócić do korzeni?
- Jeden z członków sztabu Roglicia mieszka niedaleko. prawdopodobnie będą tam pracować nad usprawnieniami technologicznym dla jego rowerów. Może i sam się tam pojawi, kto wie.
A ty zmienisz branżę i pójdziesz w kolarstwo?
- Ha, ha. Kto wie, może kiedyś. A tak serio: pozostaję tu, powiedzmy, jednym z koordynatorów tego projektu i pomagam Szwedom. Poza tym dawałem parę biznesowych przemówień dla firm, które się do mnie zgłaszały. Przyjeżdżałem na spotkania z ich klientami. Poza tym i wsparciem dla słoweńskich skoków, o którym już rozmawialiśmy, nie robię jeszcze nic więcej.
Jaką radę miałbyś dla tych, którzy przejście na "życie po życiu" mają jeszcze przed sobą? Co powiedziałbyś np. Kamilowi Stochowi?
- jeżeli kończy się karierę, to świetnie byłoby cieszyć się tym ostatnim sezonem. Trudno skacze się pod presją i w zderzeniu z oczekiwaniami tych, których chciałbyś zadowolić. A często jest tak, iż chcesz ucieszyć siebie, ale też ważne osoby wokół. To nie takie proste i klucz to, żeby się na tym w pełni nie skupiać.
Idź do oryginalnego materiału