Wypadek z udziałem influencerki Izzy Hammond podczas wydarzenia Evo Sessions w ramach Formula E rozpalił paddock do czerwoności. Zniszczony bolid Zane’a Maloneya, rachunek sięgający około miliona euro i pytanie: kto tak naprawdę pokrywa koszty, gdy na torze rozbija się „gość specjalny”, a nie etatowy kierowca?

Milionowe straty i szybka odbudowa
Zespół Lola Yamaha ABT dokonał niemal niemożliwego – w kilka tygodni odbudował samochód na rundę w Madrycie. Wypadek miał miejsce na ulicznym torze Jeddah Corniche Circuit i – według danych – przeciążenie sięgnęło 25G. Samochód został kompletnie zniszczony, choć sama Hammond wyszła z niego bez obrażeń.
Problem w tym, iż nie był to zwykły incydent wyścigowy. Hammond, córka Richarda Hammonda, brała udział w wydarzeniu promocyjnym dla influencerów, a nie w oficjalnej rywalizacji. To zmienia zasady gry.
Fot. LAT Images/FIA Formula EKto płaci rachunek?
W tym konkretnym przypadku odpowiedź jest jasna: koszty naprawy pokrywa organizator serii, czyli Formula E Operations. Było to częścią wcześniejszych ustaleń między zespołami a władzami mistrzostw.
Ale to wyjątek, nie reguła.
W motorsporcie funkcjonują trzy główne modele odpowiedzialności finansowej za szkody:
1. Zespół (standard w wyścigach)
W normalnych warunkach to zespół ponosi koszty napraw – niezależnie od tego, czy winny był kierowca. Dlatego kontrakty zawodników zawierają klauzule dotyczące odpowiedzialności za nadmierne uszkodzenia.
2. Ubezpieczenie
Najdroższe serie, jak Formula 1 czy wybrane programy fabryczne, korzystają z polis obejmujących część strat. Problem? Składki są ogromne, a zakres ochrony często ograniczony.
3. Organizator wydarzenia (jak w tym przypadku)
Gdy za kierownicę siada ktoś spoza stawki – celebryta, influencer, dziennikarz – odpowiedzialność zwykle przejmuje organizator. To on zaprasza uczestników i bierze na siebie ryzyko.
Dlaczego to budzi kontrowersje?
Wypadek Hammond wywołał falę krytyki nie bez powodu. Wielu w paddocku zadaje sobie pytanie, dlaczego niedoświadczeni kierowcy zostali dopuszczeni do jazdy z dużą prędkością na wymagającym torze ulicznym.
Tu nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o:
- ryzyko sportowe – zespoły tracą sprzęt potrzebny do walki w sezonie,
- logistykę – odbudowa bolidu Formuły E to operacja obejmująca fabryki w kilku krajach,
- precedens – czy takie wydarzenia powinny w ogóle mieć miejsce?
Szef zespołu Lola jasno zasugerował, iż ekipa nie jest zainteresowana powtórką podobnych inicjatyw.
Fot. LAT Images/FIA Formula ECiemna strona marketingu
Motorsport coraz mocniej otwiera się na influencerów i celebrytów. To sposób na dotarcie do młodszej publiczności i zwiększenie zasięgów. Ale przypadek z Dżuddy pokazuje, iż granica między promocją a ryzykiem została przekroczona.
Bo o ile milion euro można „rozpisać w budżecie”, o tyle utraconego czasu, pracy i potencjalnych wyników – już nie.
Wnioski
Wypadki celebrytów na torze to nie tylko medialna ciekawostka. To realne koszty i napięcia w świecie, gdzie każda część samochodu jest na wagę złota.
W tym przypadku rachunek zapłacił organizator. Ale presja ze strony zespołów rośnie – i niewykluczone, iż w przyszłości zobaczymy znacznie ostrzejsze zasady udziału „gości specjalnych”.
Bo motorsport wybacza błędy kierowcom. Ale niekoniecznie wybacza je marketingowi.
Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata motorsportu, obserwuj serwis RALLY and RACE w Wiadomościach Google.

















