Kolejna porażka Sablenki. "Jest z tym większy problem"

2 godzin temu
Aryna Sabalenka była o włos od wygrania Australian Open, ale Jelena Rybakina okazała się lepsza. Maciej Synówka tłumaczy w Sport.pl, dlaczego to ona została mistrzynią i co się dzieje z Sabalenką w najważniejszych spotkaniach. - Ma to zakodowane - mówi były trener m.in. Belindy Bencic, Urszuli Radwańskiej i Barbory Krejcikovej.
Za nami pierwszy w tym roku turniej wielkoszlemowy. Wśród singlistek najlepsza w Australian Open okazała się Jelena Rybakina, która pokonała w finale Arynę Sabalenkę 6:4, 4:6, 6:4, choć w trzeciej partii to Białorusinka prowadziła już 3:0. W spotkaniu finałowym mężczyzn górą był Carlos Alcaraz, który ograł Novaka Djokovicia 2:6, 6:3, 6:3, 7:5.

REKLAMA







Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. "Mam nadzieję, iż jeszcze sporo przede mną"



Rozmawiamy z trenerem i ekspertem tenisowym Maciejem Synówką o najważniejszych rozstrzygnięciach w Melbourne. Dlaczego to Rybakina okazała się najlepsza i jak uratowała się w starciu z Sabalenką? Dlaczego Białorusinka tak często przegrywa najważniejsze pojedynki? Synówka zwraca też uwagę m.in. na Djokovicia, który w wieku 38 lat musiał zmienić sposób gry, by mieć szansę rywalizować ze sporo młodszymi rywalami.
Dominik Senkowski: Jelena Rybakina w trzecim secie finału Australian Open z Aryną Sabalenką przegrywała już 0:3, ale jednak sięgnęła po tytuł w Melbourne. Co zdecydowało, iż odwróciła wynik rywalizacji?
Maciej Synówka: W tenisie funkcjonuje takie pojęcie trudne do przetłumaczenia, jak "momentum". To wtedy, gdy jeden z zawodników przejmuje inicjatywę, zarysowuje się jego przewaga. Tak rzeczywiście było na przełomie drugiego i trzeciego seta damskiego finału, gdy Sabalenka szła za ciosem. Wówczas tenisista czuje się jeszcze bardziej komfortowo, jak to mówimy - "puszcza rakietę", przyspiesza i trudno go zatrzymać.
Ale z drugiej strony zawsze przypominają mi się słowa Brada Gilberta, byłego trenera m.in. Andy’ego Murray’a czy Coco Gauff. W swojej książce "Winning Ugly" napisał iż istnieje tak zwany efekt podrażnionego niedźwiedzia. Na czym to polega? zwykle jest tak, iż tenisista, który wygrywa seta, minimalnie się rozpręża, a u tego, który przegrywa seta, buduje się taka sportowa złość i wchodzi na wyższe obroty.
W żargonie tenisowym mówi się, iż najlepiej się wraca ze stanu 0:3 lub 1:4, a niektórzy, choćby ci najbardziej wytrwali, przekonują, iż od 2:5. To jest moment, gdy już jesteś tak postawiony pod ścianą, iż mówisz sobie - chociaż nie lubię tego określenia, ale funkcjonuje w tenisie - iż nie masz nic do stracenia. I to myślę zadziałało w trzecim secie Rybakina - Sabalenka.



Pamiętajmy też o bardzo charakterystycznym systemie liczenia punktów w tenisie. jeżeli ty nie wygrasz punktu, zrobi to rywal, bo nie ma remisu, punkt za każdym razem musi być komuś przyznany. 3:0 oznacza, iż po trzech gemach, w których średnio rozgrywa się 18 punktów, lepsza była Sabalenka. Tenis jest bardzo specyficzny pod tym względem. Rafael przez cały czas wygrał Roland Garros 14 razy, ale statystyka jego wygranych punktów w Paryżu mogła wielu zaskoczyć.
To było chyba 50-60 proc.?
- 57 procent. Bilans samych spotkań miał 112-4, ale potem policzono, iż wygrał 90 proc. setów, 66 proc. gemów, a jeszcze mniej punktów. To pokazuje, jak małe bywają różnice w tenisie.
Jakie są w tej chwili różnice między Rybakiną a Sabalenką?
- Myślę, iż tu widać całe piękno tenisa, w którym czołówka prezentuje zbliżony poziom i decydują detale. W przypadku Rybakiny trzeba od razu wskazać na jej charakter i podejście do rywalizacji. W trudnych momentach jest niebywale spokojna. Wręcz mam wrażenie, iż im trudniejsza sytuacja, tym ona jest spokojniejsza. Taki ma odruch. Ludzie różnie się zachowują, ale są tacy, którzy w przypadkach największej presji potrafią zachować olbrzymi spokój. Presja powoduje, iż są po prostu spokojniejsi. Świetnie to rozumie jej trener Stefano Vukov, który ma zupełnie inne usposobienie - jest jak dynamit, wulkan, który wszystko wyrzuca.
Vukov słynie z udzielania wielu podpowiedzi w trakcie gry, podobnie było w finale Australian Open. Czy zawodnik jest w stanie przetworzyć na korcie tyle wskazówek, gdy jednocześnie mecz się przez cały czas toczy i musi pozostać skupiony?
- Czasami sam się zastanawiam, czy Rybakina rzeczywiście potrzebuje tylu informacji, czy może Vukov mówi to także sam do siebie. Wydaje mi się, iż takie osoby jak Rybakina, które mają spokój na korcie, potrzebują pomocy poza nim. Wszystko, co wiąże się z rolą światowej gwiazdy, nie jest dla nich przyjemne. Rybakina sprawia wrażenie osoby, która po sukcesie w Australii wróci do domu w Kazachstanie lub do Dubaju, usiądzie przy stole z rodziną i najbliższymi przyjaciółmi - tyle potrzebuje do szczęścia. Pod tym względem bardzo przypomina Naomi Osakę, która też była bardzo cicha i spokojna w tych sytuacjach pod najwyższą presją, ale zamieszanie poza kortem jej nie pasowało i dlatego potrzebowała zawsze sztabu ludzi dookoła, który zdejmie z niej presję.



Tu też obserwujemy bardzo dużą różnicę między finalistkami. Rybakina wróci do domu, usiądzie przy dużym stole, gdzie przyjdą ciocia, wujek, mama, siostra i może ktoś z teamu. Natomiast Sabalenka poleci spektakularnie na Seszele, wrzuci 25 zdjęć do social mediów, ma zupełnie inne podejście. Nie oceniam czy dobre, czy złe, ale po prostu inne.
To są dwa skrajnie różne charaktery.
- Dokładnie. Ponadto Rybakina dysponuje potężną bronią w postaci serwisu. Na początku trzeciego seta rzeczywiście spadł u niej procent pierwszego podania, ale w przypadku takich tenisistek jak ona, to się zawsze może odwrócić. Serwis to jej olbrzymia przewaga, z czego skorzystała.
Pamiętam, jak Karolina Pliskova, która przez kilka lat była królową asów, powiedziała, iż dla niej podanie ma znaczenie jak dwa punkty. Gdy zagra asa, to nie dość, iż piłka poleciała dokładnie tam, gdzie chciała, to jeszcze spowodowała, iż rywalka choćby nie dotknęła piłki. W jej głowie to jest jak gra za dwa punkty - w przeciwieństwie do rozegrania akcji, w której musisz biegać od prawej od lewej, przewidywać, co zrobi przeciwnik.
Taki serwis, jak u Rybakiny czy Pliskovej, można wytrenować na korcie, czy trzeba mieć do tego też talent, dar od Boga i warunki fizyczne?
- Każdy z tych czynników ma znaczenie. Są również pewne czynniki techniczne i motoryczne, które powodują, iż serwis jest dobry - na przykład szybkość ręki. Każdy z nas ma zupełnie inną kurczliwość mięśni i są tacy zawodnicy, którzy dysponują piekielnie szybką ręką. Do tego dochodzi też umiejętność rozpędzania główki rakiety, bo główka jest takim przedłużeniem ręki.



Są sportowcy, jak m.in. bokserzy, którzy świetnie czują ten rezonans, kiedy pięść przyłożą do czegoś. Ale jak komuś takiemu damy do ręki przedmiot, to on już może nie mieć tej samej siły. Gdybym spotkał się z Mariuszem Pudzianowskim na korcie i miał za zadanie odbić piłkę tenisową, to mimo, iż w porównaniu do niego jestem fizycznym kurczakiem, rozpędzę piłkę szybciej, bo znam odpowiednią technikę, wiem jak uderzać piłkę. On nie byłby prawdopodobnie w stanie przełożyć tej siły na korcie, bo inaczej jej używa.
Sama siła to nie wszystko.
- Przy serwisie duże znaczenie ma także ruchomość w stawie ramiennym. Trenowałem kiedyś tenisistkę, która była bliżej końca kariery - Mirjana Lucić-Baroni. W wieku ponad 30 lat po dwóch rozegranych meczach w danym turnieju miała tak zmęczony prawy bark, iż zakres jej ruchu zmniejszał o 15 stopni. W trzecim spotkaniu, gdy docierała do tej fazy imprezy, nie była w stanie serwować na tym samym poziomie i prędkości jej podań spadały o 10-15 km/h.
Jak rozumiem, to była już kwestia wieku?
- Tak, w grę wchodzi m.in. sztywność w ręce. Dlatego tak ważne, by sztab posiadał dane o zakresie ruchu u tenisisty, jeżeli chodzi o staw ramienny przy serwisie. Ten zakres może się zmieniać z wiekiem i stąd te wszystkie ćwiczenia, które w przypadku na przykład Igi Świątek wykonuje trener przygotowania fizycznego Maciej Rzyszczuk, czy u Sabalenki Jason Stacy. Zabezpieczają bark, cały czas dbają o ruchomość, o mięśnie. Natomiast przygotowanie do meczu to jedno, a potem trzeba jeszcze udowodnić swoje na korcie. Dla mnie Rybakina była faworytką finału.
Dlaczego?
- Pokazała w listopadzie podczas turnieju WTA Finals, iż potrafi grać jak światowa jedynka. Weszła do imprezy w Rijadzie jako ósma i ograła potem wszystkie dziewczyny. Częściej niż w przypadku innych tenisistek widać było, iż gdy znajdzie się pod presją, to wyciąga to, co ma najlepsze. Dlatego choćby jak Sabalenka wychodziła w finale na 3:0, cały czas sobie myślałem, czy i jaka będzie odpowiedź Rybakiny. Mało doświadczony tenisista, gdy przegrywa 0:3, zaczyna mocno przeżywać. A ten z większym doświadczeniem? Wie, iż to może być dopiero początek meczu i trzeba reagować.



Czytaj także: Spory falstart Jagiellonii
Warto też podkreślić, iż Sabalenka, znajdując się pod presją, nie zawsze sobie z tym radzi, co najlepiej widać po kolejnym przegranym finale wielkoszlemowym. W trudnych momentach Rybakina wytrzymuje lepiej, podobnie jest w przypadku Igi. Obie mają predyspozycje, które z amerykańskiego sportu nazywam pojęciem "Big game mentality".
W przypadku Sabalenki jest z tym większy problem, ale ona nadrabia niesamowitą wytrwałością. Wie, ile przegrała już finałów [w zawodowej karierze jej bilans w finałach wszystkich imprez WTA to 22-20 - red.] choćby na ceremonii wręczenia nagród w Melbourne mówiła do swoich współpracowników: "Dzięki, iż ze mną jesteście, iż lubicie ze mną przegrywać finały". Proszę zobaczyć, jak to u niej jest mocno zakodowane. Jest świadoma, iż nie ma takiej naturalnej predyspozycji, jak inne dziewczyny. Natomiast podziwiam Sabalenkę za wytrwałość, pracuje bardzo, bardzo ciężko. Dochodzi do finału i porażka, rok temu w Australii to samo z Madison Keys w finale, podobnie w Paryżu z Coco Gauff. Jestem ciekaw, jak się teraz podniesie.
Sabalenka największe sukcesy odnosi na kortach twardych. To kwestia jej stylu gry?
- Pewnie przede wszystkim faktu, iż większość turniejów w trakcie sezonu odbywa się na tej nawierzchni.



Tak, ale np. na trawie Białorusinka nie notuje aż tak spektakularnych wyników, co może chyba zaskakiwać. Jej ofensywne usposobienie na korcie wydaje się idealne do nawierzchni trawiastej.
- Dwa lata temu oglądałem jej treningi w Berlinie, czyli na trawie tuż przed Wimbledonem. Pomimo iż wygrywała, poza swoją rozgrzewką codziennie miała zarezerwowany kort na godzinę, na którym ćwiczyła tylko elementy gry na trawie: slajsy, wejście do siatki, woleja. Na pewno poprawiła się pod tym względem, ale to nigdy nie była jej domena. Siła Sabalenki wciąż tkwi w mocnych uderzeniach z linii końcowej, co najlepszy efekt daje właśnie na kortach twardych. Aczkolwiek to też się zmienia, bo kiedyś zawodnicy z konkretnym stylem gry mieli większe szanse na sukces na danych nawierzchniach.


Na mączce dominowali przedstawiciele szkoły hiszpańskiej, na trawie ci, którzy po serwisie biegli od razu do siatki jak Patrick Rafter, Pete Sampras czy Boris Becker. Mówiąc o stylach, naturalnie na myśl przychodzi też postać Novaka Djokovicia, który pod względem wszechstronności warsztatu tenisowego, czyli tego, co potrafi zrobić na najwyższym poziomie, pod względem taktyki, przewyższa w tej chwili każdego zawodnika.
W przypadku Igi Świątek też co jakiś czas wraca temat urozmaicenia gry, ostatnio nieco częściej Polka chodzi do siatki.
- jeżeli chodzi o sam styl gry, podobnie jak Rybakina czy Sabalenka, Iga nie należy do tenisistek niezwykle wszechstronnych o bardzo rozwiniętym warsztacie. Zresztą generalnie tenis kobiecy w porównaniu z poprzednimi latami zmienił się, uprościł. To nie znaczy jednak, iż konkurencja jest niższa, bo moim zdaniem o wiele wyższa. Nigdy się nie zgodzę z tym, iż 10 lat temu przedstawicielki obecnej czołówki nie dałyby sobie rady z ówczesnymi liderkami rozgrywek. Myślę, iż to bardziej tamte miałyby problem, by grać z taką intensywnością, jaką prezentują dziś Sabalenka, Rybakina, Iga, czy choćby momentami Gauff.
Natomiast sam kierunek, w jaki podąża żeński tenis, jest dziś wyraźny. Porównajmy to z Djokoviciem, który w rywalizacji z młodszymi rywalami musi skracać wymiany, grać akcje w stylu serve&volley, przyspieszać z forhendu. Podejrzewam, iż usiadł z trenerem i rozmawiali w stylu: "Słuchaj, żeby ograć tych młodych, czy w ogóle żeby mieć z nimi szanse, musisz częściej biegać do siatki, skracać wymiany o połowę". Teraz wyobraźmy sobie, iż Sinner, Shelton czy de Minaur byliby zmuszeni do podobnych zmian w swoim tenisie. Myślę, iż nie ma na to szans, bo żaden z nich nie prezentuje takich umiejętności, jak Serb.



Federer na jednej z konferencji prasowych podczas Wimbledonu 2017 powiedział, iż gdy przychodzi rozegrać istotną piłkę, on ma pięć sposobów, jak to uczynić. Taki Shelton ma tylko jeden - trafić pierwszym podaniem i podeprzeć forhendem, ewentualnie pójść do siatki. Weźmy teraz fazę ćwierćfinałową, półfinałową oraz finał wielkoszlemowy. W każdym z tych spotkań musisz rozegrać np. po 300 punktów, z czego 5-10 proc. to będą punkty pod presją, czyli przy wyniku 30:30, równowagi, break pointy, piłki setowe, meczowe lub na gema. jeżeli masz do rozegrania 20-25 takich piłek w danym spotkaniu i za każdym razem robisz dwie rzeczy na okrągło, to stajesz się po prostu przewidywalny. To ogólna zasada, która panuje w tenisie, nie dotyczy tylko Sheltona. Ciężko jest wtedy wygrać na tym najwyższym poziomie. Dlatego tak cenne, by mieć kilka wariantów, jak Djoković na obecnym etapie kariery.
Co zadecydowało o tym, iż to jednak Alcaraz okazał się lepszy w finale Australian Open od Djokovicia?
- Gdy pokazano ujęcia Djokovicia rano w dniu finału, miałem wrażenie, iż wjechał na teren turnieju jak do siebie. Tak czysto odbijał piłkę, był pewny siebie. Zna ten obiekt, wygrywał tam 10 razy. Jego doświadczenie pozwala na to, by w takich najważniejszych momentach pokazać najlepszy tenis. Alcaraz z kolei, jak to Alcaraz - spontaniczny, nieco "spóźniony" na mecz, przegrał pierwszego seta i był wyraźnie spięty. Z drugiej strony pamiętajmy, iż mimo młodego wieku też ma już spore doświadczenie.
Podejrzewam, iż Djoković usiadł z trenerem po zakończeniu sezonu 2025 i zastanawiał się, jak zdobyć jeszcze jednego szlema. Wiadomo, iż potrzebuje korzystnej drabinki i splotu dobrych okoliczności. Te pojawiły się, gdy w 1/8 finału w Melbourne otrzymał walkower od Mensika, który prawdopodobnie przeczołgałby go przez trzy-cztery naprawdę trudne sety, potem dostał łut szczęścia w postaci wycofania Musettiego, który prowadził z Serbem w ćwierćfinale 2:0 w setach.
Scenariusz wydawał się idealny i na miejscu Djokovicia nie zasnąłbym przed meczem półfinałowym z Sinnerem. Jak już dostajesz taką szansę, to w piątym secie z Włochem musisz mieć energię na domknięcie spotkania. Natomiast zabrakło mu tego później w finale.



Alcaraz miał przewagę na płaszczyźnie fizycznej. Wiedział, iż choćby jeżeli przegra pierwszego seta 2:6, to potem na przestrzeni kolejnych prawdopodobnie wygra jedną z dwóch partii, bo jest do tego wystarczająco dobrym zawodnikiem. Czyli mamy trzy sety i pytanie, jak w czwartym będzie wyglądał ten 38-latek z Belgradu? Wyglądał tak, jak wyglądał. Nie odbieram Hiszpanowi klasy, ale nie da się ukryć, iż zeszło trochę ciśnienie z Serba. Niemniej i tak jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Djoković przygotował się do rywalizacji w Australii i jak był blisko historycznego sukcesu.
Idź do oryginalnego materiału