Mówiło się przed tym konkursem, iż Kacper Tomasiak może powalczyć o medal. Przestraszeni pisali i powtarzali: „nie pompujcie balonika”. A my wierzyliśmy w Kacpra, jego możliwości, siłę odbicia i ten spokój, olimpijski wręcz spokój. I co? I faktycznie było warto wierzyć. Bo o ile Kamil Stoch i Paweł Wąsek odpadli w pierwszej serii, a drugą mogli już oglądać z perspektywy kibiców, o tyle Tomasiak skakał do końca. I to jak skakał! Drodzy państwo Kacper Tomasiak jest srebrnym medalistą olimpijskim!
Kacper Tomasiak ma srebrny medal olimpijski! Wielki konkurs Polaka!
Słuchajcie, muszę zacząć od wyznania: kocham skocznie normalne. Od zawsze, czyli od czasów Adama Małysza. Nie ma lepszych emocji niż te na mniejszych skoczniach, serio. Jasne, jury mogło dziś zadziałać lepiej, nieco sensowniej ustawić belkę. Tak by wszyscy nie skakali mniej więcej w jeden punkt, a o ostatecznym wyniku decydowały czy to punkty za wiatr, czy to noty. Ale w sumie – to zrobiło dzisiejsze emocje. Bo te byłyby obecne i tak, choćby gdyby Kacper Tomasiak nie był po pierwszej serii w czołówce.
A był. Więc emocje rosły.
Choć w pewnym momencie naprawdę się występ Polaków obawialiśmy. Bo skoki Kamila Stocha i Pawła Wąska zepsuły nam humory. Obaj polecieli za krótko, by w ogóle dostać się do drugiej serii, choć treningi zapowiadały, iż możemy mieć trzech Polaków w „30”. A tutaj – niemiła niespodzianka. Szczególnie szkoda Kamila, który przecież żegna się z igrzyskami, a jest ich absolutną legendą. – Wyszedł mi tak naprawdę jeden skok przez te wszystkie dni. Chociaż ten konkursowy był najdłuższy… W moim odczuciu on był jednym z lepszych, solidny skok. Nie mam pojęcia, czego zabrakło. Pewnie był spóźniony. Walczyłem do końca, starałem się – mówił Stoch.
Kamila jednak, niestety, musimy zostawić w spokoju. Bo i on, i Paweł się nie liczyli.
CZYTAJ O HISTORII KACPRA TOMASIAKA
Liczyło się bowiem to, co działo się z przodu. A z przodu był między innymi Kacper Tomasiak.
Młody Polak poleciał świetne 103 metry, zgarniając ostatecznie dokładnie taką samą notę co Gregor Deschwanden (106, ale z wyższej belki). Na półmetku obaj zajmowali wspólnie 4. miejsce, ale do lidera – Philippa Raimunda – tracili tylko 2,8 punktu. Od Niemca dzielili ich jeszcze Valentin Foubert i Kristoffer Eriksen Sundal (do Norwega Polak i Szwajcar tracili tylko… 0,1 punktu!). Powiedzieć, iż – poza Raimundem – była to piątka niespodziewana, to nic nie powiedzieć. Ba, warto napisać, iż żaden z tych pięciu gości nie miał do tej pory zwycięstwa w Pucharze Świata. Na podium stali Raimund, Deschwanden i Sundal.
Dopiero za tymi gośćmi zajmowali miejsca inni – obok Raimunda – faworyci: Ren Nikaido, Ryoyu Kobayashi, Domen Prevc i Marius Lindvik. Ale iż to skocznia normalna, to różnice były minimalne. Prowadzącego Niemca od 10. Naokiego Nakamury dzieliło… 5,4 punktu.
Malutko.
Wielka presja i wielkie nadzieje. Wszystkie oczy na Kacpra
Właściwie wszystko sprowadzało się do jednego, czyli pytania czy ten chłopak – ledwie 19-letni – udźwignie tę presję. Wszyscy, którzy go znają, podkreślali, iż to gość, który mentalnie się nie ugina. Ale to igrzyska, inna presja, inne obciążenia. Oczy wszystkich fanów – bo koledzy odpadli – zwrócone na siebie. I tak wielka szansa. Tak ogromne możliwości. Nie baliśmy się o możliwości na progu, ale już o trafienie w ten próg – trochę.
Po prostu nie tacy się spalali.
A chodziło o to, żeby Kacper po prostu zrobił swoje. Gdyby oddał dobry skok i rywale polatali po prostu dalej – zero pretensji. Zresztą gdyby skoczył słabo, to też zero pretensji – i tak dał nam wielkie emocje. Ale chodziło o to, by on sam nie mógł mieć do siebie pretensji. By czuł, iż zrobił wszystko. Żeby mógł wyjść do kibiców czy mediów i cieszyć się ze swoich skoków. Z medalem czy bez. Choć wiadomo, iż chciałoby się tego krążka. By były to piąte igrzyska z rzędu z medalem skoczków. By nawiązał do sukcesów Adama Małysza, Kamila Stocha czy choćby Dawida Kubackiego.
Czekanie, oglądanie skoków innych zawodników się dłużyło. I to cholernie. Przypominało to czasy wspomnianego Małysza, gdy połowa Polaków oglądała całe konkursy, a druga połowa prosiła tę pierwszą, żeby zawołali ich „na Małysza” właśnie.
Teraz to miało być wołanie czy to „na Tomasiaka”, czy „na Kacpra”. Z wielkimi nadziejami i wielkim napięciem.
A przede wszystkim: z wielkimi nadziejami.
WIĘCEJ WKRÓTCE
Fot. Newspix
Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:
- Lindsey Vonn zaryzykowała… i dlaczego mamy z tym problem?
- Rozmiar ma znaczenie w locie. O co chodzi z penisami skoczków?
- Prevc goni Nykaenena. Do tej pory nikomu się nie udało

3 godzin temu














