Jak zostałam kibicką dzięki Coli Zero – psychologia mundialu

1 godzina temu
Wszystko zaczęło się od Coli Zero. Słowo „mundial” pojawiło się w mojej świadomości nie za sprawą spektakularnego gola ani piłkarskiej pasji. Trafiło do mnie przez niecodzienną promocję w Lidlu. Tego dnia kupiłam karton Coca Coli Zero, jak się później okazało, oficjalnego partnera FIFA World Cup. Nieświadomie stając się „częścią czegoś większego”.
Nigdy nie byłam fanką piłki nożnej
W tamtym momencie nie uważałam się za kibickę, ale sam zakup jednego z moich ulubionych produktów w okazyjnej cenie wpłynął na wzrost mojej sympatii do „świata piłki nożnej” oraz mojego zainteresowania nim. Następnie na fali nowo powstałego zainteresowania, postawiłam 50 zł na mecz Meksyk-RPA i obejrzałam go z zaskakującym zaangażowaniem.
Patrzyłam nie tyle na akcje, ile na ludzi. Na śpiewane hymny. Na twarze zawodników i łzy kibiców. Obserwowałam powiewające flagi oraz sposób, w jaki kamera zatrzymywała się na emocjach, ponieważ dla mnie to właśnie one stanowiły główny element tego wielkiego widowiska. Tego dnia zrezygnowałam z pójścia na trening, nie chciałam się spóźnić na mecz! Nie dlatego, iż kocham futbol. Po prostu nie chciałam przegapić widowiska, o którego istnieniu dowiedziałam się chwilę wcześniej.
Czy mundial to tylko piłka nożna?
Nie interesowałam się piłką nożną. Dlaczego więc zaczęłam „przeżywać” mundial? Jako psycholog nie potrafiłam zostawić tego pytania bez odpowiedzi. Być może mundial wcale nie jest przede wszystkim wydarzeniem sportowym. Może jest również rytuałem? Okazją do poczucia „plemiennej wspólnoty”?
Wiele powiedziano już na temat piłki nożnej. Nic dziwnego, jest ona najpopularniejszym sportem świata. Szacuje się, iż śledzi ją około czterech miliardów ludzi to dokładnie połowa całej obecnej populacji Ziemi. Za tak dużym zainteresowaniem społecznym stoją również ogromne pieniądze. Mundial generuje miliardowe przychody, angażuje państwa, organizacje międzynarodowe oraz największe marki.
Skala mundialu jest ogromna
Wiedzą o tym włodarze państw, którzy wykorzystują go do promowania międzynarodowych interesów. Wie o tym ONZ, wykorzystujące sport jako narzędzie budowania pokoju i współpracy między społecznościami. Wie o tym właściciel ogródka gastronomicznego posiadającego koncesję na transmisje wydarzeń sportowych. I w końcu wiedzą o tym reklamodawcy oraz twórcy, za których sprawą mundial wdziera się do naszych domów, choćby o ile nie jesteśmy kibicami.
Skoro wokół mundialu obracają się miliardy ludzi i miliardy dolarów, warto zadać inne pytanie. Co tak naprawdę kupujemy? Nie bilety. Nie koszulki. choćby nie Colę. Kupujemy możliwość uczestniczenia we wspólnej historii.
Fot. Omar Ramadan / Pexels
Od „ja” do „my” – narodziny kibica
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem jesteśmy pojedynczymi ludźmi. Jednostkami zaabsorbowanymi codziennością. W głowie mamy niedokończone sprawy, niewysłane maile, niezrobione pranie. Kilka minut później krzyczymy: „Wygraliśmy” – nie „oni wygrali”. „My.” To jedno słowo robi ogromną psychologiczną robotę.
Wszyscy chcemy należeć do grupy. Potrzeba przynależności to pierwotny ludzki instynkt. Nic dziwnego. Przez tysiące lat bycie częścią grupy zwiększało nasze szanse na przetrwanie. Dziś nie musimy już kurczowo trzymać się stada ani siedzieć przy ognisku, aby przeżyć zimę, ale wciąż chcemy czuć, iż jesteśmy „z kimś”. Mundial pozwala nam zaspokoić tę potrzebę niemal natychmiast.
W trakcie mundialu przestajemy być osobnymi jednostkami, stajemy się częścią wielkiej wspólnoty, co psychologia sportu opisuje jako „przejście od osobistego „ja” do kolektywnego „my”. Podczas meczu przestajemy być zaabsorbowani prozą życia. Reprezentacja gra na boisku, a my emocjonalnie jesteśmy tam razem z nią. Kiedy drużyna wygrywa, możemy doświadczać zjawiska nazywanego „pławieniem się w odbitej chwale”. Oznacza to, iż wzmacniamy własne poczucie wartości przez utożsamienie się z sukcesem grupy, do której czujemy przynależność. To nasz sukces.
Zarażanie emocjami
W trakcie oglądania meczu ogromne wrażenie zrobił na mnie moment śpiewania hymnu i to nie dlatego, iż zrozumiałam słowa meksykańskiej pieśni narodowej. Moją uwagę zwróciły twarze kibiców. Twarze zalane emocjami. Operator kamery ukazywał moim oczom dumę, wzruszenie, łzy. Setki osób dotychczas zaabsorbowanych własnym „ja” zatrzymują się na chwilę, by wspólnie przeżywać. No właśnie – co? Naród.
Fot. Osvaldosam / Pexels
Moment śpiewania hymnu to chwila, w której coś, co dotychczas było abstrakcyjne, dostaje ciało, głos i obraz. Widzimy innych ludzi przeżywających to samo i zaczynamy przeżywać to razem z nimi. Uruchamia się nasza tożsamość społeczna. Coś, co do niedawna stanowiło jedynie psychologiczną definicję, staje się wyczuwalne. W tamtym momencie widowiska miałam wrażenie, jakby kibice przez chwilę mieli jeden układ nerwowy. Trybuny wypełniły wspólnie przeżywane emocje.
Psychologia nazywa to zarażeniem emocjonalnym. Emocje przenoszą się między ludźmi szybciej, niż zdążymy je nazwać. Wystarczy zobaczyć cudze wzruszenie, by samemu je poczuć. Wystarczy zobaczyć stadion eksplodujący masową radością, żeby przez sekundę uwierzyć, iż ta euforia jest też nasza.
Skąd wszyscy „wiedzą”, iż należy zrobić taką samą minę?
Fot. Omar Ramadan / Unsplash
Mimikra. Stały bywalec zbiorowych wydarzeń. Mimikra, czyli nieświadome naśladowanie ekspresji, gestów, tonu głosu czy postawy innych ludzi. To ona sprawia, iż wszyscy znamy kroki do tego zbiorowego tańca, chociaż nikt z nas nie był na lekcji „zachowywania się jak kibic”. W tłumie zaczynamy klaskać, śpiewać, podnosić ręce, krzyczeć. Nie dlatego, iż komentator wydał polecenie, ale dlatego, iż nasze ciało szybciej niż głowa rozumie, iż chce dołączyć do tego „zbiorowego szaleństwa”. Potrzeba wspólnego przeżywania nie znika, zmieniają się jedynie jej formy.
Na przestrzeni lat ludzie budowali poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty oraz ciągłości za sprawą wszelakich rytuałów. Były bardzo ważne dla społeczności i miały swoją funkcję: na chwilę zatrzymać codzienność i przypomnieć uczestnikom, iż są częścią czegoś większego niż oni sami. Dawniej ludzie zakładali charakterystyczne stroje, śpiewali te same pieśni, wykonywali te same gesty i wspólnie przeżywali emocje.
Brzmi znajomo?
Zdaje się, iż kupno Coca Coli Zero było moim pierwszym krokiem ku zbiorowej ceremonii. Nie musiałam choćby rozpalać ogniska. Wystarczyło włączyć telewizor. I chyba właśnie dlatego mundial jest dla mnie tak fascynujący psychologicznie.
Ponieważ poza piłką, zawodnikami, trenerami oraz kibicami trybuny zasiedlają zbiorowa tożsamość, naród i poczucie wspólnoty. Ponieważ boisko jest w stanie pomieścić pragnienia mas, zaspokoić podstawową ludzką potrzebę przynależności. Mundial jest przestrzenią, w której bardzo dobrze widać człowieka. Człowieka, który pragnie należeć – czuć. Móc powiedzieć „my”.
Piłka nożna jest znana człowiekowi od zarania dziejów, już w najwcześniejszych wcieleniach łączyła ludzi. Jest grą, w którą mogą grać całe społeczności, niezależnie od tego, z jakiego kraju pochodzą ani w co wierzą. Sport jest doświadczeniem inkluzywnym i wyrównującym.
Fot. Alex George / Unsplash
Wszyscy „kopią” w tym samym języku
Mundial w języku hiszpańskim oznacza „światowy”. Dla kibica oznacza największe piłkarskie święto. W języku marek globalną kampanię. Państwom daje niesamowitą okazję do budowania wizerunku. W języku ONZ jest narzędziem dialogu oraz współpracy. W oczach socjologa momentem, w którym tożsamość społeczna staje się namacalna. Psycholog dostrzega w nim emocjonalny rytuał przejścia od „ja” do „my”. W moim języku? Promocją na Colę Zero w Lidlu.
Nie kupiłam wtedy Coca Coli Zero dlatego, iż interesował mnie futbol. Być może kupiłam ją dlatego, iż jak większość ludzi chciałam choć na chwilę znaleźć się w centrum wspólnej historii. I może właśnie o to chodzi w mundialu. Nie tylko o piłkę. O to, iż raz na cztery lata świat przypomina nam, jak bardzo chcemy być częścią czegoś większego.
Fot. nagłówka: Anirban Das / Pexels
Idź do oryginalnego materiału