To jeszcze Poznań, czy już Revachol? / Autor grafiki: Wojciech WaehnerLipiec. Miesiąc, który u większości z nas wzbudza pozytywne emocje i miłe wspomnienia. Młodszym kojarzy się z wakacjami, spędzaniem czasu z przyjaciółmi na świeżym powietrzu, koloniami, obozami i chwilami, w których nie istnieją żadne zmartwienia. Starszym z kolei przywodzi na myśl zimne piwo z przyjaciółmi w malowniczych okolicznościach przyrody, festiwale, koncerty, szansę na złapanie nieco luzu w wypełnionej ciągłą pracą rzeczywistości. Spośród tej sielanki wyłania się jednak jedna grupa, której lipiec nie kojarzy się dobrze, której co roku wbija zimny nóż w serce. Mowa tu o polskich kibicach.
,,Eurowpie*dol” – rzadkie, choć cykliczne zjawisko atmosferyczne, występujące przeważnie na terenie Polski, w okresie od lipca do sierpnia, ze sporadycznymi przerzutami w losowe dni w okresie jesienno-zimowym. Objawia się żałosną dyspozycją ekstraklasowych zespołów w eliminacjach do europejskich rozgrywek, wynikającą ze sprzedaży najlepszych zawodników, słabych przygotowań, mentalu stabilnego jak u trzynastoletniego chłopca, który wchodzi w okres dojrzewania, opcjonalnie z mistyki, czarów lub fizyki czarnej dziury.
Zawirowania atmosferyczne nawiedziły Poznań wyjątkowo wcześnie. Cykliczna sierpniowa zawierucha, uderzyła w stolicy Wielkopolski już 29 lipca. Być może dlatego wywołała tak duże szkody wśród niczego niespodziewających się piłkarzy Kolejorza. Z której strony nie spojrzeć, postępujące w zastraszającym tempie zmiany klimatu są bardzo trudne do przewidzenia. Często nie radzą sobie z nimi państwa mające setki miliardów budżetu, więc jak miałaby się im przeciwstawić drobna osada w centrum Polski, skoro pewnie choćby nie dostała alertu RCB. Niestety nie każdy kraj stać na swój odpowiednik Asterixa i Obelixa. Chociaż kto wie, może jaka Ekstraklasa, taki Asterix.
Nie sposób jednak przemilczeć faktu, iż w powietrzu dało się wyczuć pewne znaki, które można było potraktować jako zapowiedź zamieci, mającej doprowadzić do pogrzebania Poznania. Osiem dni wcześniej, w malowniczym Randers, mogliśmy zaobserwować podobne symptomy , ,eurowpie*dolu”, jak te poznańskie. Na skutek fatalnych warunków atmosferycznych piłkarze Aarhus nie dali rady podjąć rywalizacji z Lechem. W pewnym momencie grom z jasnego nieba uniemożliwił choćby dalszy udział w spotkaniu bramkarzowi gospodarzy. W tamtej chwili mogło się wydawać, iż nic nie powstrzyma marszu Poznaniaków po Ligę Mistrzów. Jednak wtedy nadszedł kataklizm. Ktoś nieobeznany mógłby zapytać, jak to się stało, iż kapryśna pogoda zaszkodziła w środowy wieczór tylko Poznaniakom? Zdaje się, iż mógł to być efekt krążącej w żyłach duńskich zawodników krwi wikingów. Mając z tyłu głowy głosy przodków szepczących im do ucha, epickie pieśni o przeprawach drakkarami przez zmrożone wody morza północnego, nie dali się ponownie zaskoczyć kaprysom pogody. Lechowi nie pomogła choćby duża liczba Skandynawów w składzie. Podejrzewam, iż powodem mogła być ich szwedzka narodowość. Jak powszechnie wiadomo, ci w czasach minionych preferowali łupienie Jasnej Góry, od łupieżczych podróży po nieznanych wodach. W efekcie otrzymaliśmy druzgocącą porażkę Kolejorza, która prawdopodobnie na wieki zapisze się w annałach historii, jako jedna z największych katastrof jakich doświadczyła polska ziemia.
A teraz trochę na poważnie
Daliśmy się nabrać. Ponownie. Chociaż cyklicznie dostajemy dowody, iż wierzyć nie warto, to dalej naiwnie łapiemy się na ten sam fortel. Nie będę zgrywał bohatera, ja też się złapałem. Z natury jestem człowiekiem sceptycznym i staram się podchodzić do sportu (w szczególności polskiego) z dużym dystansem. Kiedy Polakom nie udało się dostać na Mundial, podszedłem do tego ze spokojem i pewną dozą szydery, nie miałem żadnych oczekiwań wobec drużyny, której armatą ma być defensywny napastnik Karol Świderski. Kiedy Lech kompromitował się w zeszłym sezonie na Gibraltarze, machnąłem ręką – to w końcu Lech, po nich można się tego spodziewać, nie był to pierwszy raz. choćby sezon z Mariuszem Rumakiem u steru nie zrobił na mnie wrażenia. Nie miałem oczekiwań, więc się nie zawiodłem. A mimo to, chociaż miałem w pamięci wszystkie kompromitacje, wszystkie razy, kiedy zespół z Poznania udowadniał, iż nie jest godny ani wiary, ani szacunku, to ponownie złapałem się na stary trik szczwanych lisów z Poznania.
Nie pomogły potężne wzmocnienia. Komuś, kto analizuje polskie zespoły na chłodno i nie uwzględnia w swoich obserwacjach przekazywanego z sezonu na sezon genu frajerstwa, mogłoby się wydawać, iż Lech dysponuje najmocniejszą kadrą w historii. Może na papierze tak właśnie jest. Teoretycznie piłkarze są świetni, a niewątpliwie drodzy i to rekordowo. Większość z nich od lat pracuje z tym samym trenerem (podobno dobrym), który w teorii powinien gwarantować kontynuację projektu, co w pewnym sensie robi – ponowne udało mu się odpaść z Ligi Mistrzów i nie wygrać pierwszego meczu ligowego sezonu z Cracovią. W klubie udało się choćby zatrzymać kluczowych piłkarzy. Zaburzono odwieczne prawo wszechświata, mówiące o tym, iż obowiązkiem ekstraklasowicza jest sprzedaż każdego młodego Polaka, który potrafi prosto kopnąć piłkę (chociaż przykład Filipa Marchwińskiego pokazuje, iż obejdzie się choćby bez tego). I choćby to nie pomogło.
Mógłbym się teraz pastwić nad poszczególnymi piłkarzami, nad ich umiejętnością kończenia akcji, albo bronienia strzałów, ale chyba zwyczajnie nie mam siły. Mógłbym udawać eksperta od taktyki, rozpisywać się co poszło nie tak, ale w zasadzie po co? Co roku my, kibice, zadajemy sobie te same pytania, szukamy sedna sprawy, czasami wydaje nam się, iż znaleźliśmy odpowiedź, a i tak co roku wychodzi na to samo. Fani jak co sezon kończą załamani, a trener wychodzi na konferencję prasową i mówi, iż niczego specjalnie nie żałuje. Przynajmniej on. Piłkarze płaczą, przepraszają, ale co z tego? Wielu z nich przez nadchodzący rok ucieknie z tego okrętu. Trudno odczuwać empatię wobec tych samych zawodników, którzy rok temu dopuścili do podobnej farsy i kompromitacji z Lincoln. Jest jednak osoba, której w tym wszystkim jest mi po ludzku szkoda. Piotr Rutkowski lata temu mówił, iż nigdy się nie podda. Wtedy wszyscy (łącznie ze mną) go wyszydzali. Czas pokazał, iż prezes Lecha faktycznie nie dał za wygraną, zbudował potężną drużynę i naprawdę nie można mu niczego w ostatnim czasie zarzucić. Mimo to, jego marzenie kolejny raz zostało pogrzebane przez piłkarzy i trenera, którzy swoim zwyczajem nie dojechali.
Warto wspomnieć, iż nie tylko my, kibice, daliśmy się zrobić w popularne bambuko. choćby najwięksi sceptycy, jak chociażby znani i lubiani dziennikarze z kanału Tetrycy, wierzyli, iż może się udać. choćby sympatyczny Kowal powiedział, iż chciałby polską drużynę w Lidze Mistrzów. Czy mogła paść gorsza klątwa? Właśnie dlatego ból pozostało większy. Bo wszyscy wierzyli. Teraz czas zmierzyć się z szyderstwami całej hordy rozsierdzonych kibiców z całej Polski. Mam w życiu parę rzeczy, których wstydzę się jako Polak. Należą do nich wysokie wyniki sondażowe Grzegorza Brauna, zachowanie moich rodaków na zagranicznych wakacjach, albo wystąpienia naszych europosłów w parlamencie europejskim. Za sprawą ekipy Frederiksena do tego katalogu dołączyło właśnie bycie Poznaniakiem.
Jak to jest być kibicem, dobrze?
Kończąc ten żałobny fragment, pora odpowiedzieć na pytanie – jak to jest być kibicem Lecha Poznań? Przychodzi mi do głowy kilka porównań. Żywot Lechity jest trochę jak bycie notorycznie zdradzaną partnerką, która za każdym razem wybacza swojemu konkubentowi jego przewinienia. Czasami są to zdrady subtelne, jak chociażby ta z sezonu 2017/2018, kiedy po zajęciu pierwszego miejsca w fazie zasadniczej, piłkarze postanowili nie wygrać żadnego spotkania w grupie mistrzowskiej. To były jednak zaledwie niestosowne wiadomości wymieniane z koleżanką z biura, z którą oczywiście nic go nie łączy. Jednak mecze z Lincoln i Spartakiem Trnava? To było jak dorwanie ancymona w nowej pościeli ze swoją siostrą. I chociaż może się wydawać, iż to już naprawdę niezły hardcore, to prawdziwe druzgocąca okazała się zdrada z Mariuszem Rumakiem. Z MARIUSZEM RUMAKIEM. Wydawać by się mogło, iż niżej upaść nie można. A jednak! Rozjechanie przez duński walec było jak złapanie gagatka, wychodzącego z owianego złą sławą klubu Arena. I tak to się kręci w smutnej poznańskiej rzeczywistości. Tkwimy w tym konkubinacie i nie umiemy z niego zrezygnować. Za każdym razem, kiedy mówimy sobie, iż już nigdy nie damy się nabrać, przypominają nam się romantyczne wakacje w ćwierćfinale Ligi Konferencji, albo nastrojowa wygrana z Manchesterem City przy świecach. A choćby gdyby odrzucić argumenty nieracjonalne, to z perspektywy czystego pragmatyzmu jedyną alternatywą na rynku matrymonialnym jest Warta Poznań. A ona mało zarabia i nie używa szamponu. A życie singielki w piłkarskiej rzeczywistości jest mało pociągające, więc pozostaje nam liczyć, iż nasz poznański Massimo Torricelli się dla nas zmieni.
W ostatnim czasie przyszła mi jednak do głowy inna i prawdopodobnie choćby trafniejsza metafora kibicowania Lechowi (niewątpliwie mniej kontrowersyjna). W 2019 roku estończycy sprezentowali nam najwspanialszy twór od czasów wynalezienia Konstantina Vassiljeva. Produktem, o którym piszę, jest gra Disco Elysium. Być może największe dzieło branży gier w historii, godne bycia wymienianym jednym tchem obok najwspanialszych dzieł kultury wszechczasów. Jednak nie o Disco mam zamiar rozprawiać. A przynajmniej nie o Disco sensu stricto. Przybliżę wam tylko co nieco ogólny zarys produkcji. W grze wcielamy się w alkoholika z amnezją. Harry jest człowiekiem po przejściach, nie potrafi się odnaleźć w rzeczywistości, o której nic nie pamięta, poczynając od tego, jak się nazywa, a kończąc na tym, w jakim kraju się znajduje. Mimo opłakanego stanu, bohater otrzymuje zadanie rozwikłania sprawy wisielca gnijącego na drzewie po środku hotelowego podwórka. To zadanie o tyle trudne, iż sprawa jest niezwykle zawiła, a poza znalezieniem sprawcy, musimy odnaleźć także samych siebie. Zmaganiom protagonisty towarzyszy jego praktycznie nieodłączny towarzysz Kim Kitsuragi. Detektyw z lokalnego komisariatu jest człowiekiem niezwykle prawym i przykładającym ogromną wagę do swojej pracy. Jego zimne oblicze skrywa osobę niezwykle wrażliwą, uczciwą i pełną empatii. Na pierwszy rzut oka stanowi zupełne przeciwieństwo ucieleśnienia chaosu, jakim jest Harry Du Bois.
Dlaczego adekwatnie o tym piszę? Powody są dwa. Po pierwsze kocham Disco Elysium i staram się je wpychać, gdzie tylko się da, czując się przy tym niczym biblijny prorok. Po drugie i w zasadzie najważniejsze, kibicowanie Lechowi jest trochę jak dzień z życia Kima Kitsuragiego. Kolejorz jest z kolei trochę jak główny bohater gry. Przyjrzyjmy się najpierw jego garderobie. Chociaż posiada niezwykle szykowny i stylowy garnitur, niezwykle często sięga po kontrowersyjne decyzje modowe. Wygrzebana z kontenera na śmieci czapka może stanowić doskonałą metaforę wyplutego przez liczne akademie poważnych klubów i porzuconego na norweskim wybrzeżu Brayana Fiabemy. Z kolei paskudne zielone buty z wężowej skóry, prezentują się równie poważnie co Mateusz Skrzypczak w środku obrony. Natomiast obrzydliwy krawat, z którym bohater czasami wchodzi w dialog, doskonale wciela się w rolę głosów w głowie, które podpowiadają Frederiksenowi wystawianie gentlemanów z duetu Pereira/Gumny na skrzydle. Kontrowersyjne wyczucie stylu to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. W końcu każdy ma prawo do własnego stylu, a skoro czasem wychodzi z niego coś dobrego, to kim jesteśmy, żeby to krytykować.
Zdecydowanie większą konsternację mogą wzbudzać różne przypadłości zdrowotne naszego protagonisty. Jest on bowiem tym ziomeczkiem, który od jutra zmienia swoje życie, rzuca picie i idzie na siłownię. Ale dopiero od jutra. Wiąże się to niestety z dosyć lichą kondycją fizyczną. Chociaż Harry potrafi się wzbić na wyżyny sprawności, miotając sztangą jak Pudzian za najlepszych lat (zdobyć superpuchar Polski), albo nokautując kopnięciem z półobrotu lokalnego nazistę (wygrać mistrzostwo), to notorycznie przerastają go najbardziej prozaiczne czynności. Potrafi dostać zawału, zapalając światło na kacu (przegrać z Arką Gdynia), połamać bijąc się ze śmietnikiem (porażka z Lechią Gdańsk), albo umrzeć na skutek siedzenia na bardzo niewygodnym krześle (odpadnięcie z pucharu polski z Resovią). Jako metaforyczny Kim przeżywamy potężny dysonans poznawczy, obserwując, jak nasz towarzysz naprzemiennie dokonuje rzeczy, z którymi nie poradziłby sobie żaden inny detektyw, tylko po to, żeby chwilę później paść ofiarą martwego przedmiotu. Nie sposób dopatrzyć się w tym żadnej logiki ani konsekwencji. Niewątpliwie jednak egzystencja w środowisku pracy, w którym co chwilę musimy zadawać sobie pytanie, czy nasz ekscentryczny towarzysz nie zabije się, zmieniając spodnie, nie należy do najłatwiejszych doświadczeń.
Nie bez znaczenia są także liczne zupełnie losowe, aczkolwiek równie absurdalne działania detektywa Du Boisa. Najpierw jesteśmy świadkami jego brawurowej ucieczki przed menedżerem hotelu, któremu wisi pieniądze. Chwilę później obserwujemy, jak stara się zasymilować z bandą lokalnych bejów, albo zgrywać młodzieżowego w towarzystwie młodocianych narkomanów. I kiedy już zdaje się, iż granica absurdu została przekroczona, nasz partner oznajmia, iż zgubił swoją broń i iż prawdopodobnie ma ją szalona staruszka biegająca po okolicznym molo. Kiedy pierwszy raz przyszło mi się zetknąć z Disco Elysium, myślałem sobie, iż obserwowanie wszystkiego, co robię, musi być dla Kima niezwykle traumatycznym, męczącym i wzbudzającym zażenowanie doświadczeniem. Po głębszym namyśle zdałem sobie sprawę, iż coś podobnego przeżywam od lat jako kibic Lecha. Czy opisane powyżej sytuacje w znaczącym stopniu odbiegają od zatrudnienia Mariusza Rumaka, upartego wykorzystywania Filipa Marchwińskiego jako podstawowego zawodnika, sprowadzania piłkarzy pokroju Sykory, czy też kompromitowania się w domu i Europie? Pewnie tak, ale potraktujmy je jako ich piłkarski ekwiwalent. Więc odpowiadając na pytanie z początku – jak to jest być kibicem Lecha Poznań? Trochę jak żywot samotnego detektywa, w zrujnowanym przez pacyfikację komunistycznego powstania mieście, targanym strajkami robotników, biedą i niezrozumiałymi zjawiskami atmosferycznymi.
W tej smutnej i szarej rzeczywistości, co jakiś czas z zawadiackim uśmiechem spogląda na nas nasz nadużywający używek towarzysz. Chociaż regularnie musimy się za niego wstydzić, to nie można mu odebrać, iż potrafi wprowadzić w nasze życie nieco uśmiechu. Może jest nieporadny, chaotyczny i nieco cuchnący, ale stara się jak może. Z różnym skutkiem, ale robi co tylko się da i powoli staje się lepszy. W realiach polskiej piłki to całkiem sporo. Trudno powiedzieć gdzie to doprowadzi. Widywaliśmy już sytuacje, gdy jakiś klub był na dobrej drodze, żeby stać się konkurencyjny sportowo dla poważniejszych europejskich klubów, ale zawsze prędzej czy później kończyło się to niepowodzeniem. Może tym razem też tak będzie. W uniwersum polskiej piłki wszystko jest możliwe. Nam jako kibicom pozostaje tylko mieć wiarę, iż na końcu drogi naszego towarzysza rzeczywiście czeka Liga Mistrzów i dominacja na krajowym podwórku, a nie kolejny brudny barak.
Wojciech WAEHNER

1 tydzień temu









![Słynny trener znów w Przytułach Starych. Sport jako droga do lepszego życia [ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/sport/2026/img-20260820-wa0020.jpg)




