Jak tłumaczą się dopingowicze? Między absurdem a niewinnością

3 tygodni temu
Zdjęcie: dopingowicze


Gdzie można znaleźć zabronioną substancję? Zawodowi biegacze przekonują, iż wszędzie. Amerykański sprinter tłumaczył nienaturalnie wysoki poziom testosteronu pięcioma piwami. Francuska biegaczka długodystansowa wyjaśniała służbom, iż EPO dostało się do jej organizmu wraz z deszczem. Czasami jednak z pozoru absurdalne tłumaczenie może okazać się prawdą.

Fatima Yvelain i jej hardcorowy EPO-deszcz

Fatima Yvelain w roku 2012 uzyskała pozytywny wynik testu na EPO po starcie w półmaratonie w Perpignan. 42-letnia Francuzka finiszowała w 1:20:20, sporo wolniej od pochodzącej z 2000 roku życiówki 1:12:10. W najlepszym momencie swojej kariery biegaczka regularnie sięgała po złoto mistrzostw kraju, co zaowocowało powołaniem na igrzyska w Sydney (2000), gdzie wystartowała na 10 000 m.

Jej życiówka na tym dystansie to 31:43. Przyłapana na dopingu została więc na sportowej emeryturze i z niezrozumiałych względów postanowiła wyjaśnić swoją wpadkę w niezwykle ekwilibrystyczny sposób. Zaczęła od ziarna prawdy, ponieważ w dniu zawodów rzeczywiście padał ulewny deszcz… Dalej Yvelain już jednak odpłynęła w stronę archipelagu purnonsensu. Stwierdziła bowiem, iż deszczówka z jezdni musiała przepłynąć przez „niezidentyfikowane odpady medyczne”, w których znajdowała się erytropoetyna (EPO).

Następnie skażona woda rozprysnęła się spod jej butów wprost na spodenki, żeby finalnie przedostać się do moczu, który zawodniczka oddała podczas kontroli antydopingowej. Nie zgadniecie, ale służby nie uwierzyły w tę brawurową historię. Zamiast docenić kreatywność, odebrano biegaczce 400 euro nagrody i nałożono na nią dwuletnią dyskwalifikację. Po powrocie do startów w 2015 roku Francuzka regularnie kręciła się na poziomie 36 minut na 10 km.

Dennis Mitchell ostrzega: panowie, uważajcie z piwem i kobietami!

Wpadki dopingowe w amerykańskim sprincie to saga, którą można by spisać na kartkach brulionu, a i tak zabrakłoby miejsca. Same perypetie Justina Gatlina zajęłyby dziesiątki stron. Zwłaszcza tłumaczenie sprintera, iż padł ofiarą masażysty, który testosteron wtarł mu w nogi wraz z kremem. Dennis Mitchell w baśniach z mchu i paproci przebił jednak wszystkich. Mitchell (rocznik 1966) to sprinterski multimedalista najważniejszych imprez. Z amerykańską sztafetą 4 × 100 m sięgał m.in. po olimpijskie złoto w Barcelonie (1992). Indywidualnie dwukrotnie zdobywał brąz mistrzostw świata (1991, 1993). Jego życiówka na 100 m to 9.91.

W roku 1998 nad sprinterem zawisły czarne chmury po tym, jak w jego organizmie ujawniono zawartość testosteronu dwukrotnie przekraczającą dopuszczalny limit. Mitchell tłumaczył, iż pogrążający go test był skutkiem co najmniej czterokrotnego współżycia seksualnego z narzeczoną w noc poprzedzającą badanie oraz wypicia pięciu butelek piwa. Co ciekawe, władze USATF (USA Track & Field) uwierzyły w jego wyjaśnienia. Międzynarodowe władze lekkoatletyczne nie wykazały jednak podobnej wiary w historię o upojnej nocy i Mitchell został zdyskwalifikowany na dwa lata.

– Czuję się potwornie skrzywdzony. Mam poczucie, iż ten sport był mi winien znacznie więcej niż to – żalił się Mitchell w rozmowie z The New York Times. W rozmowie z dziennikiem Daily Telegraph lekarz reprezentacji Wielkiej Brytanii, dr Pat Milroy, wyjaśniał, iż tłumaczenia Mitchella, podobnie jak w przypadku Fatimy Yvelain, zawierają w sobie ziarno prawdy. – Poziom testosteronu rzeczywiście wzrasta po stosunku seksualnym, ale jedynie do granic uznawanych za normalne dla organizmu – tłumaczył.

Mitchell po zakończeniu sprinterskiej kariery zajął się trenowaniem amerykańskich sprinterów. W roku 2014 został ogłoszony przez USATF trenerem kadry na nieoficjalne mistrzostwa świata sztafet w Nassau na Bahamach. Decyzja amerykańskiej centrali spotkała się z krytyką mediów.

– Jednego nie powinniśmy robić: powierzać komuś takiemu jak Dennis Mitchell reprezentowania Stanów Zjednoczonych, skoro nigdy publicznie nie przyznał się do winy, nie okazał skruchy za stosowanie dopingu ani nie próbował przekonać kibiców, iż rzeczywiście się zmienił. Nieliczni wierni kibice, którzy jeszcze pozostali przy tym sporcie, zasługują przynajmniej na tyle – grzmiała Juliet Macur na łamach The New York Times.

Nandrolon w paście do zębów. „To metoda Stasi”

Końcówka 1999 roku wstrząsnęła opinią publiczną w Niemczech. „Biały Kenijczyk”, mistrz olimpijski na 5000 m z Barcelony (1992), człowiek, który nazywał sportowców stosujących doping mianem „oszustów”, sam stał się głównym oskarżonym o stosowanie zabronionych substancji. Jesienią 1999 roku rzecznik niemieckiej federacji lekkoatletycznej (DLV), Stefan Volknant, donosił, iż Dieter Baumann został poddany kontrolom antydopingowym w październiku i listopadzie. W obu przypadkach stwierdzono u niego poziom nandrolonu dziesięciokrotnie przekraczający dopuszczalny limit. – To katastrofa i trudno w to uwierzyć – powiedział Volknant.

Sprawa była tym bardziej szokująca, iż jeszcze w maju tamtego roku Baumann spotkał się z niemieckim ministrem spraw wewnętrznych Otto Schilym, aby omówić sposoby oczyszczenia sportu z osób, które grają nieczysto. Biegacz był światową twarzą antydopingowych kampanii, a kiedy sam znalazł się na celowniku służb, nie przyznawał się do winy. – Nigdy nie stosowałem dopingu – oświadczył w specjalnym komunikacie prasowym. – Doping jest całkowicie sprzeczny z moim podejściem do rywalizacji sportowej i do życia w ogóle. – To, kim Dieter jest jako człowiek i jak żył przez całe swoje życie, nie może zostać zniszczone. Każdy, kto zna go osobiście, nie zmieni swojej opinii z powodu pozytywnych wyników badań. On jest uosobieniem uczciwości – tak broniła męża Isabelle Baumann w rozmowie z Der Spiegel.

Jako linię obrony Baumann przyjął swoją pastę do zębów, do której nieznani sprawcy (lub sprawca) mieli wstrzyknąć nandrolon. To, iż biegacz szczotkował zęby „wzbogaconą” substancją, potwierdziło laboratorium w Kolonii pod kierownictwem profesora Wilhelma Schanzera. Krąg osób, które mogłyby chcieć pogrążyć mistrza olimpijskiego, był szeroki. W przestrzeni medialnej wskazywano m.in. na „kolegów” z bieżni, a więc Damiana Kallabisa i Stephana Franke. Niektórzy eksperci szli jeszcze dalej i mówili o służbach bezpieczeństwa NRD. – Skażenie pasty do zębów było starą metodą Stasi – powiedział w 2006 roku dla Der Spiegel biolog molekularny i krytyk dopingu Werner Franke.

Krajowe władze lekkiej atletyki bardzo chciały wierzyć w tłumaczenia swojej legendy i cofnęły zawieszenie Baumanna. Biegacz rozpoczął choćby przygotowania do igrzysk w Sydney (2000). Finalnie światowe władze lekkiej atletyki postanowiły jednak o dwuletnim zawieszeniu Niemca, które wygasło wraz z początkiem 2002 roku. Pół roku później Baumann został wicemistrzem Europy na 10 000 m (z czasem 27:47). Co ciekawe, po zakończeniu kariery Dieter Baumann spełnia się jako komik. W swoich programach chętnie sięga po wątek afery pastowej, która do dziś okryta jest tajemnicą.

Wypadki chodzą po ludziach, ale po Kenijczykach jakoś częściej

System ADAMS jest narzędziem wykorzystywanym przez organizacje antydopingowe do kontroli najlepszych zawodników. w uproszczeniu sportowcy są zobligowani do informowania o swoim miejscu pobytu i muszą wyznaczyć jedną godzinę dziennie, podczas której mogą być poddani testowi. – Czy to są wakacje, czy to jest zgrupowanie, czy to są zawody, to zawodnik jednogodzinne „okienko” musi podać – tłumaczył w rozmowie z bieganie.pl szef Polskiej Agencji Antydopingowej, Michał Rynkowski.

Dwa razy w ciągu roku można rozminąć się z kontrolerem bez konsekwencji. Przy trzeciej takiej sytuacji sportowiec może zostać zawieszony, o ile nie zdoła wytłumaczyć się ze swojej absencji. Kenijscy biegacze lubią powoływać się na wypadki losowe, a zwłaszcza te z udziałem samochodów.

Były rekordzista świata w maratonie, Wilson Kipsang (2:03:13), przekonywał Athletics Integrity Unit (specjalną komórkę World Athletics do walki z dopingiem), iż w maju 2019 roku ominął kontrolę antydopingową, ponieważ utknął za przewróconą ciężarówką. Szkopuł w tym, iż zdjęcie, które przedstawił jako dowód, okazało się pochodzić z wypadku, do którego doszło ponad trzy miesiące później. W innej sytuacji Kenijczyk utrzymywał, iż nieobecność podczas kontroli spowodowało osuwisko wywołane ulewnymi deszczami. Śledczy nie znaleźli jednak żadnych dowodów na to, aby w danym dniu panowały niekorzystne warunki pogodowe.

– Zawodnik dopuścił się oszustwa i świadomie wprowadził w błąd służby, przekazując fałszywe i mylące informacje w celu utrudnienia i opóźnienia dochodzenia – oświadczyło AIU i „nagrodziło” dwukrotnego zwycięzcę maratonu londyńskiego czteroletnią dyskwalifikacją. Tym samym tropem co Kipsang poszła w tłumaczeniach trzykrotna zwyciężczyni mityngów Diamentowej Ligi na 800 metrów, Nelly Jepkosgei. Wszystko przez niezapowiedzianą wizytę kontrolera z 18 marca 2020 roku. Biegaczka miała znajdować się w swoim mieszkaniu w Kapsabet, ale pracownik AIU zastał jedynie jej męża.

W następnych tygodniach Jepkosgei tłumaczyła, iż 18 marca spędziła w szpitalu, doglądając poszkodowanej w wypadku samochodowym siostry. Jako dowód zawodniczka dostarczyła choćby służbom kopię szpitalnego wypisu. AIU, przy współpracy z ADAK (kenijską komórką ds. walki z dopingiem), postanowiło jednak zweryfikować dokumenty. Prawda gwałtownie wyszła na jaw. Miejscowa policja żadnego wypadku nie odnotowała, a w wypisie przesłanym przez biegaczkę zawarte były dane lekarzy, którzy nie pracowali w szpitalu w Kapsabet. Jepkosgei przyznała się do winy, co skróciło karę zawieszenia z czterech do trzech lat.

Doping ukryty w burrito. Zgrabna wymówka czy krzywdząca decyzja centrali?

Amerykańska biegaczka Shelby Houlihan do pandemii miała gwiezdny czas. Podczas mistrzostw świata w Dosze (2019) ustanowiła rekord Ameryki na 1500 m, mijając kreskę w 3:54.99, co dało czwarte miejsce. w okresie 2018 dwukrotnie wygrywała Diamentową Ligę. Krótko mówiąc, była jedną z twarzy amerykańskiej lekkoatletyki.

Wszystko posypało się jak domek z kart w styczniu 2021 roku, kiedy Houlihan otrzymała pismo, z którego wynikało, iż w jej próbce moczu wykryto nandrolon. Było to pokłosie wizyty kontrolerów WADA (World Anti-Doping Agency) z grudnia 2020 roku. Zawodniczka nie przyznawała się do winy i wraz ze sztabem (prawnik, lekarz, trener) rozpoczęła batalię o swoje dobre imię. Jako linię obrony przyjęto burrito, które zjadła na dzień przed grudniową kontrolą WADA.

Choć tłumaczenie na pierwszy rzut oka wydaje się być z serii bajkowych, wcale nie musiało takie być. O tym, iż sportowcy mogą „najeść się” skażonego mięsa, wiemy m.in. „dzięki” igrzyskom w Pekinie (2008). Podczas chińskiej imprezy czterolecia pozytywny wynik na obecność klenbuterolu miał nasz kajakarz Adam Seroczyński. Sportowiec tłumaczył, iż zakazana substancja mogła znajdować się w jedzeniu, jakie zostało mu podane w czasie zawodów.

Choć wiedza o tym, iż w Chinach istnieje problem z tuczeniem zwierząt klenbuterolem, była powszechna, Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie odrzucił apelację Polaka. Argumentowano, iż skoro tylko u Seroczyńskiego wykryto klenbuterol, wskazuje to na świadome działanie. Dopiero po latach, dzięki pracy niemieckich mediów, ujawniono, iż w Pekinie pozytywny wynik na obecność klenbuterolu mieli też sprinterzy z Jamajki. Ich jednak nie ukarano.

Mamy więc dowody potwierdzające, iż tłumaczenie Adama Seroczyńskiego było prawdziwe, ale do dzisiaj formalnie nie oczyszczono naszego kajakarza z zarzutów o stosowanie dopingu i nie uznano wyniku, który osiągnął podczas olimpijskiej rywalizacji – powiedział w rozmowie z naszym portalem ekspert ds. antydopingu, dr Andrzej Pokrywka.

Houlihan długo walczyła o uniewinnienie, m.in. poddając się badaniu wariografem. Urzędnicy byli jednak nieugięci i zdyskwalifikowali biegaczkę na cztery lata, co wyrzuciło ją m.in. z igrzysk w Tokio i Paryżu. Amerykanka wróciła w okresie 2025. Zimą zdobyła srebro halowych mistrzostw świata na 3000 m, latem była czwarta podczas światowego czempionatu na stadionie (na 5000 m). To, co nie udało się Houlihan czy Seroczyńskiemu, osiągnęła Dorota Borowska. W organizmie naszej kanadyjkarki tuż przed igrzyskami w Paryżu (2024) wykryto klostebol. Zawodniczka tłumaczyła, iż niedozwolony środek miał znaleźć się w maści, którą wcierała swojemu psu po tym, jak poranił łapy podczas spaceru na zgrupowaniu we włoskiej Sabaudii…

Borowska zdołała udowodnić swoją niewinność. Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie przystał na jej tłumaczenia (poparte dokumentami) i finalnie kanadyjkarka została oczyszczona z zarzutów. Jak mówił w rozmowie z PAP Michał Rynkowski, był to „rzadki przykład uznania przez CAS, iż doszło do braku winy lub zaniedbania”.

Idź do oryginalnego materiału