Jak Leicester City spadło z piłkarskiego nieba na samo dno?

2 tygodni temu
Jeszcze dwa lata temu Leiceser City świętowało powrót do Premier League. / Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Leicester_City_champions_parade_2024.jpg, fot. Timfilbert

Historia angielskiej piłki widziała już wiele, ale to, co wydarzyło się w Leicester City, wymyka się wszelkiej logice. Równo 10 lat po tym, jak „Lisy” zaszokowały cały piłkarski świat i wbrew kursom 5000:1 zdobyły mistrzostwo Anglii, w kwietniu spadły z hukiem z zaplecza elity do League One. I nie, to nie jest po prostu kwestia słabszej formy czy pecha na boisku. To efekt lat fatalnego zarządzania, koszmarnych błędów na rynku transferowym i utraty wyjątkowego charakteru, który kiedyś napędzał drużynę.

Aby zrozumieć, co poszło nie tak, musimy cofnąć się do momentu, który na zawsze zmienił klub. W październiku 2018 roku w tragicznej katastrofie helikoptera zginął właściciel Leicester, Vichai Srivaddhanaprabha. Tajski miliarder nie był typowym prezesem z korporacji – traktował klub jak rodzinę, miał świetny kontakt z pracownikami i kibicami. Jego śmierć była dla Leicester ciosem prosto w serce, po którym organizacja, tak naprawdę nigdy, się nie pozbierała.

Władzę przejął jego syn, Aiyawatt, nazywany „Topem”. Choć nikt nie odmawia mu dobrych chęci, wybuch pandemii i konieczność ratowania rodzinnego biznesu w Azji sprawiły, iż „Top” siłą rzeczy zniknął z radarów.

Grzech pychy i zepsuty kompas na rynku transferowym

Jeśli szukać winnego całego tego bałaganu, wzrok kibiców od razu wędruje w stronę dyrektora sportowego, Jona Rudkina. W chwalebnych latach 2016–2021 Leicester było stawiane w Europie za wzór tego, jak mądrze sprzedawać i budować. Oddawali gwiazdy pokroju N’Golo Kanté czy Riyada Mahreza za gigantyczne pieniądze, a zarobione pieniądze z głową inwestowali w następców. To właśnie ten mądry system przyniósł im wygraną m.in. w Pucharze Anglii.

Problem tkwi w tym, iż sukcesy najwyraźniej uderzyły działaczom do głowy. Latem 2021 roku, sfrustrowani faktem, iż dwa razy z rzędu otarli się o Ligę Mistrzów i zakończyli Premier League na piątym miejscu, postanowili zdecydować, by postawić wszystko na jedną kartę. Zamiast trzymać się sprawdzonego planu, zatrzymali swoje największe gwiazdy na potężnych kontraktach i poszli na wielkie zakupy. Wydali grube miliony na piłkarzy takich jak Patson Daka, Boubakary Soumaré czy Jannik Vestergaard, odzyskując z transferów wychodzących zaledwie cztery miliony funtów.

Nowe nabytki okazały się niewypałami, budżet płacowy pękł w szwach od gigantycznych pensji, a do tego doszło fatalne zarządzanie umowami. W efekcie latem 2023 roku tuż po pierwszym spadku z Premier League, zawodnicy tacy jak Youri Tielemans, Çağlar Söyüncü czy Jonny Evans odeszli z klubu zupełnie za darmo.

Finansowa jazda bez trzymanki

Zabawa w wielki klub bez przychodów z Ligi Mistrzów musiała w końcu skończyć się pożarem. Działacze Leicester całkowicie oderwali się od rzeczywistości, wydając pieniądze, których po prostu nie mieli. Świetnie pokazuje to wskaźnik stosunku wynagrodzeń do obrotów. w okresie 2022/2023, kiedy „Lisy” po raz pierwszy żegnały się z elitą, ten wskaźnik według BBC wynosił 116%. Przekładając to na prosty język: klub wydawał na same pensje piłkarzy znacznie więcej, niż w ogóle zarabiał z całej swojej działalności.

Finansowa katastrofa musiała spotkać się z ostrą reakcją ze strony władz ligi. W lutym 2026 roku na Leicester spadł potężny kara – klubowi odjęto sześć punktów za rażące złamanie zasad zrównoważonego rozwoju (PSR). Pomimo wielkich starań działaczy, którzy składali kolejne apelacje kara utrzymała się, skutecznie podcinając skrzydła i tak już kompletnie rozbitej drużynie.

Trenerzy jak rękawiczki

Kiedy w gabinetach pali się grunt, panika bardzo gwałtownie przenosi się na murawę. Brak sensownego planu na wyjście z kryzysu sprawił, iż władze zaczęły rotować trenerami, całkowicie niszcząc wypracowany styl gry. W ciągu niespełna trzech lat przez ławkę na King Power Stadium przewinął się prawdziwy tłum: Dean Smith, Enzo Maresca, Steve Cooper, Ruud van Nistelrooy, Martí Cifuentes i wreszcie Gary Rowett. Praktycznie każdy z nich wchodził do szatni z zupełnie inną wizją, co wprowadziło w drużynie chaos. Dobitnie pokazała to kadencja Ruuda van Nistelrooya. To pod jego okiem Leicester pobiło niechlubny, historyczny rekord, przegrywając w lidze aż dziewięć domowych meczów z rzędu bez strzelenia choćby jednego gola. Brak cierpliwości na najwyższych stołkach i wieczne eksperymenty sprawiły, iż zamiast zespołu z charakterem na boisku oglądaliśmy zlepek zdezorientowanych i grających zachowawczo jednostek.

Pęknięta nić porozumienia

Cała ta kumulacja błędów i wylewającej się frustracji znalazła swoje ujście w okresie 2025/2026 na zapleczu elity. Zespół tracił cenne punkty, regularnie oddając zwycięstwa w końcówkach spotkań. Beznadziejna gra, połączona z rażącym brakiem zaangażowania na boisku, ostatecznie przelała czarę goryczy i zniszczyła najważniejszą relację w futbolu: tę na linii kibice – piłkarze.

Najlepszym podsumowaniem tego, jak gęsta i toksyczna stała się atmosfera wokół klubu, była sytuacja po kwietniowym wyjazdowym meczu z Portsmouth. Sfrustrowani fani gości wykrzykiwali w stronę swoich zawodników, iż ci nie są godni noszenia klubowych barw. Wtedy nerwy puściły Harry’emu Winksowi. Doświadczony pomocnik, zamiast schylić głowę i przyjąć zasłużoną krytykę, wdał się w chamską, pełną wulgaryzmów pyskówkę z własnymi kibicami, każąc im, delikatnie mówiąc, „się zamknąć”.

Ostatecznym posunięciem okazał się domowy remis 2:2 z Hull City. Wynik ten matematycznie przypieczętował spadek do League One, błyskawicznie wywołując pod stadionem burzliwe protesty. Prezes próbował ratować sytuację i wziąć winę na siebie w emocjonalnym, publicznym oświadczeniu, ale dla rozwścieczonego tłumu były to już tylko puste słowa rzucane na wiatr.

Nowe realia

Teraz Leicester musi obudzić się w brutalnej rzeczywistości League One. Spadek oznacza trzęsienie ziemi dla budżetu i konieczność drastycznego cięcia kosztów dosłownie wszędzie. Wpływy z praw telewizyjnych, które jeszcze niedawno napędzały maszynę, skurczą się o niewiarygodne 98%. Zamiast dziesiątek milionów funtów z transmisji będą spływać absolutne drobne, z których trudno będzie opłacić wysokie kontrakty.

Co gorsza, ultranowoczesny ośrodek treningowy Seagrave, wybudowany za sto milionów funtów, w nowych realiach okaże się finansową kulą u nogi. Sytuację potęguje fakt, iż poprzednie zarządy w przypływie desperacji wzięły pożyczki w banku, zastawiając na poczet spłaty pieniądze z tak zwanych płatności spadochronowych. Leicester straciło w ten sposób swoją jedyną finansową poduszkę ratunkową jeszcze przed inauguracją rozgrywek w trzeciej lidze.

Koszmarny zjazd Leicester City to przestroga dla piłkarskiego świata. Ich historia udowadnia, jak arogancja, katastrofalne decyzje transferowe i lekkomyślność finansowa potrafią zepsuć projekt, latami budowany przez poprzedniego właściciela. Zespół, który jeszcze niedawno stanowił podręcznikowy wzór budowania sukcesu mądrym nakładem sił, utonął w morzu bankowych długów i rozpadł się od środka.

Maksymilian WYSOKIŃSKI

Idź do oryginalnego materiału