Wiosną minęły trzy lata odkąd Adrian Siemieniec podjął się misji ratowania Jagiellonii przed spadkiem. Pamiętacie jeszcze takie dzieje? Następnie zaczął się najlepszy czas w historii klubu. Mistrzostwo Polski i gra w europejskich pucharach była i wciąż jest czymś, co nikomu wcześniej przy Słonecznej się nie udało. Natomiast teraz przyszedł najpoważniejszy test. W tak trudnej sytuacji Jaga za obecnego szkoleniowca jeszcze nie była.
Obecny sezon Jagiellonii w sporym uproszczeniu można podzielić na dwie części. Pierwsza to ta do momentu wypływu informacji o wiadomościach Adriana Siemieńca. Wszystko układało się bardzo korzystnie. Jaga bez szwanku przeszła przez eliminacje Ligi Europy, odprawiając z kwitkiem choćby Rangersów i będąc na Ibrox zespołem lepszym. Zmagania w lidze rozpoczęła się od trzech zwycięstw w czterech spotkaniach, więc tutaj również nie było się do czego przyczepić.
Później przyszło jednak załamanie formy, co dodatkowo spotęgowało zamieszanie wokół szkoleniowca mistrza Polski z 2024 roku. Na początku to można było uznawać za wymówkę, jednak po takim czasie to już przestaje być argumentem. Jagiellonia znalazła się na poważnym zakręcie i mecz z Anderlechtem może być doskonałą okazją, by wrócić na dobre tory.
Jagiellonia na największym zakręcie za kadencji Adriana Siemieńca. Jak z niego wybrnie?
Poza pewne ramy warto wyłączyć ostatnie spotkanie Ligi Europy z Araratem-Armenia. Przeciwnik bez porównania słabszy (zdecydowanie najłatwiejszy ze wszystkich ośmiu rywali Jagi), który nie do końca był wiarygodnym testem. Chociaż wiadomo – należy docenić ekipę Adriana Siemieńca, iż poza gorszym początkiem i stratą gola, pewnie i przekonująco rozprawiła się z Ormianami. Plus do dzienniczka jak najbardziej się należy.
Natomiast wyciąganie z niego szerzej idących wniosków nieco zamazywałoby nam obraz tego, iż w ostatnich tygodniach nie ma zbyt wielu powodów, by chwalić piłkarzy z Białegostoku. Przede wszystkim wyniki. I jeszcze raz wyniki. Ostatnich sześć ligowych spotkań to pięć porażek. A ostatnie zwycięstwo to domowy mecz z początku września ze Śląskiem Wrocław, czyli umówmy się, zespołem niespecjalnie trudnym do pokonania.
Po drodze była jeszcze porażka z Olympiakosem, ale tu wiadomo, trzeba brać poprawkę na wyższy poziom rywala i dodatkowo grę na jego terenie. Jagiellonia długo dzielnie się trzymała i generalnie wstydu nie było, choć druga połowa była już punktem alarmowym. Taki wynik można było jednak wpisać w koszta.
Natomiast o jej osiągnięciach w Ekstraklasie tak powiedzieć już nie możemy. Zwłaszcza, iż ekipa Adriana Siemieńca nie miała przecież jakiegoś wyjątkowego pecha lub cokolwiek innego. Jasne, można mówić, iż w starciu z Górnikiem Zabrze została skrzywdzona przez sędziów, jednak z przebiegu spotkania i tak nie była zespołem dominującym.

Patrzymy na przykład na mecz z Wisłą Kraków i bez dwóch zdań był on jednym z najgorszych, jeżeli nie najgorszy, za kadencji Adriana Siemieńca. To była miazga. Jagiellonia przez 90 minut oddała jeden celny strzał, miała zero sytuacji bramkowych, a jej xG było na poziomie 0,29. Drużyna Mariusza Jopa w każdym aspekcie ją zmiotła.
Całkiem podobny był obraz wcześniejszego spotkania z Lechem. Mimo iż oba zespoły należą do ligowego topu i wynik był na styku, to z przebiegu samego meczu mistrz Polski był przynajmniej o klasę wyżej.
O ile da radę Jagę usprawiedliwiać, iż takie starcia z rywalami z czołówki mogą się zdarzać, to na ostatni mecz z Zagłębiem Lubin już trudno znaleźć wytłumaczenie. Zespół Leszka Ojrzyńskiego całkowicie zneutralizował rywala. Poza jedną okazją po strzale Ousmane Sowa zagrożenia pod bramką Zlatana Alomerovicia… praktycznie nie było. Trzy celne uderzenia z takim przeciwnikiem to już jednak jest niepokojące. Wygrana Miedziowych, którzy wypracowali sobie wyższe xG, była jak najbardziej zasłużona.
Dodajmy jeszcze starcie z Legią, które trochę wyłamuje się z całej tendencji. Nie licząc rzutu karnego wykorzystanego przez Jesusa Imaza, wskaźnik goli oczekiwanych Jagi wyniósł blisko 2,00. Tym razem akurat mocno zawiodła skuteczność – przede wszystkim wspomnianego Imaza – oraz defensywa. Przeciwnicy nie potrzebowali wiele, by choćby tak trochę z niczego strzelić trzy gole.
Można się zastanawiać, co było gdyby Jagiellonia dostała drugi rzut karny za faul na Imazie i Hiszpan wykorzystałby swoje szanse, jednak Legia takim swoim wyrachowaniem, wysoką skutecznością i odrobiną szczęścia zasłużyła, żeby zgarnąć przy Słonecznej komplet punktów.
Za Siemieńca tak trudno jeszcze nie było. Ostatnia taka seria jeszcze za Michała Probierza
Jagiellonia z obecnym trenerem miała już gorszą serię porażek, jednak trzeba brać poprawkę na okoliczności. Latem 2024 roku niedługo po zdobytym mistrzostwie przegrała sześć kolejnych spotkań. Tylko iż aż cztery z nich były w europejskich pucharach. Dwa z Bodo/Glimt, czyli całkiem regularnym w ostatnim czasie uczestnikiem Ligi Mistrzów (przecież ograli Manchester City i sensacyjnie wyeliminowali Inter) oraz dwa z Ajaksem Amsterdam, do którego klasy nikogo przekonywać nie trzeba.
Do tego doszły przegrane w lidze z Cracovią oraz GKS-em Katowice. Adrian Siemieniec tłumaczył wtedy, iż dopiero uczy się gry na trzech frontach i po raz pierwszy w karierze zetknął się z taką sytuacją. Sam przyznawał, iż wyciągnął wiele wniosków dotyczących przygotowania zespołu do kolejnych meczów i odbicie rzeczywiście przyszło. Po sierpniowym tąpnięciu jego zespół na jesień wygrywał praktycznie mecz za meczem.
Do końca roku przegrał już zaledwie dwa spotkania (w Ekstraklasie z Lechem oraz pod koniec fazy ligowej Ligi Konferencji z Mladą Boleslav). Od wspomnianej przegranej z Kolejorzem zaliczył 12 zwycięstw i jeden remis w 13 meczach. Kontekst tamtego kryzysu był więc zupełnie inny niż obecnego.
Gorszy moment zdarzył się także pod koniec minionego roku. Jagiellonia przegrała z GKS-em Katowice w Pucharze Polski, Bruk-Bet Termaliką w Ekstraklasie oraz z Rayo Vallecano w Lidze Konferencji. Ogólnie miała passę sześciu meczów bez wygranej. Tyle iż wtedy zespół Adriana Siemieńca był już zmęczony całą rundą i wyraźnie zabrakło mu pary na finiszu. Po przerwie zimowej już wrócił do dobrej gry i wygrywania.
Natomiast, żeby znaleźć ostatnią serię czterech ligowych porażek trzeba cofnąć się do 2015 roku, gdy trenerem przy Słonecznej był Michał Probierz. Teraz udało się mu dorównać…

Michał Probierz – do ostatniego weekendu ostatni trener Jagiellonii, który przegrał cztery ligowe mecze z rzędu
Zamieszanie wokół Adriana Siemieńca wygasa. To już przestaje być wymówką
Nie ma wątpliwości, iż na ostatnie wyniki Jagiellonii wpłynęła cała afera wokół Adriana Siemieńca. choćby piłkarze głośno mówili, iż odbiło się to na szatni. W tych pierwszych tygodniach rzeczywiście wyobrażamy sobie, iż to mogło jakoś podłamać czy po prostu negatywnie zadziałać na drużynę. Ale teraz? Trener swoją karę już otrzymał, cały szum już ucichł, a zresztą sam Siemieniec deklarował, iż podczas przerwy reprezentacyjnej wszystko zostało przepracowane.
Skoro tak, to w tym momencie trzeba już wymagać od Jagiellonii powrotu na adekwatne tory. Minęło na tyle dużo czasu, iż sprawa wiadomości szkoleniowca nie może usprawiedliwiać kolejnych gorszych wyników.
Nie da się natomiast uciec od innych problemów, które trapią ekipę z Podlasia. A tu mowa przede wszystkim o kontuzjach. Z ich powodu na kilka tygodni wypadli Norbert Wojtuszek oraz Nik Prelec, czyli zawodnicy na tyle istotni, iż w sposób 1:1 nie da rady ich zastąpić.
Pierwszy z nich wrócił z urazem z reprezentacji i w jego miejsce może zagrać Rodrigo Conceicao, czyli bardziej skrzydłowy niż prawy obrońca lub Dusan Stojinović, któremu znacznie bliżej do stopera. Z kolei sytuacja na pozycji napastnika jest na tyle zła, iż Adrian Siemieniec musi eksperymentować. Wariant z Jesusem Imazem na dziewiątce kompletnie się nie udał. Nieco lepiej sprawdza się Ousmane Sow, jednak to wciąż bardziej skrzydłowy niż snajper.
Ostatnio mniej więcej 30 minut dostał choćby głęboko zakopany Dimitris Rallis, który nie jest zgłoszony do Ligi Europy, a Youssuf Sylla, mimo braku realnej konkurencji i tak nie może liczyć na nic więcej niż łapanie ogonów.
A przy tak napiętym terminarzu doskonale widać, iż brak głębi kadry jest sporym problemem. Do przerwy reprezentacyjnej Jagiellonia rozegra sześć meczów w 17 dni, a po niej czeka ją kolejnych siedem w niespełna miesiąc. Przy kolejnych urazach (których oczywiście nie życzymy) sytuacja może zrobić się naprawdę niewesoła.
Anderlecht będzie dla Jagiellonii meczem na przełamanie? To może być najważniejszy moment
Przy wszystkich problemach, z jakimi boryka się Jagiellonia, to też nie jest tak, iż nie ma tam zawodników gotowych pociągnąć zespół. Choćby Jesus Imaz (pod warunkiem, iż nie będzie już przesuwany na dziewiątkę) po słabszym wejściu w sezon zaczyna łapać rytm. choćby z tym Araratem wyglądał naprawdę dobrze i trzeba liczyć, iż w trudniejszym momencie Hiszpan będzie w swojej najwyższej dyspozycji. Właśnie takiego Jagiellonia go mocno potrzebuje.

Jesus Imaz – w trudniejszym momencie musi pociągnąć zespół
Pod skrzydłami Adriana Siemieńca mocno zaczął się rozkręcać także Kajetan Szmyt, który do wytwarzanego szumu na skrzydle potrafi dorzucić konkrety. Trzy gole i dwie asysty – to już jest jego najlepszy sezon od momentu odejścia z Warty Poznań, gdzie jego bilans mocno podbijało wykonywanie rzutów karnych.
Trzy trafienia na koncie ma już także Ousmane Sow, który sporymi fragmentami nawiązuje do tego, z czego zapamiętaliśmy go z występów w Górniku Zabrze. Przebłyski ma również Jeremy Agbonifo. Doskonale wiadomo, jak duży potencjał w nim drzemie i chociaż zdarza się, iż głowa, kolokwialnie mówiąc nie dojeżdża, to możliwości ma spore i powinien być tylko lepszy.
A co do samego trenera – to właśnie on musi w takim trudniejszym momencie być tym głównym motorem napędowym. Na bazie poprzednich sezonów raczej nikogo nie trzeba przekonywać do jego warsztatu i swoją pracą zasłużył na spory kredyt zaufania. Trudno w ogóle sobie wyobrazić, żeby przykładowo po trzech kolejnych porażkach ktoś na poważnie dyskutował na temat jego zwolnienia. Bądźmy poważni.
Natomiast samo obserwowanie, jak radzi sobie z największym kryzysem w obecnej roli będzie czymś niezwykle ciekawym. Dotychczas byliśmy przyzwyczajeni, iż Jagiellonia rozgrywa jeden gorszy mecz, czasami dwa, ewentualnie trzy i później wraca na adekwatne tory. Teraz ma przed sobą spore wyzwanie i to, jak sobie z nim poradzi może rzutować na kolejne lata jego kariery. jeżeli z takiego kryzysu wyjdzie bez większego szwanku, to będzie miało dużo wiekszą wagę niż przykładowe pięć zwycięstw z rzędu.
Idealną okazją do takiego odbicia będzie mecz z Anderlechtem. Potencjalne zwycięstwo z rywalem z solidnej europejskiej półki może okazać się takim bodźcem – przede wszystkim mentalnym – do wyjścia na prostą. Wiele mieliśmy takich przykładów, iż jedno takie udane spotkanie z silnym przeciwnikiem całkowicie odmieniało dany zespół. Mamy wrażenie, iż dokładnie tego w tej chwili najbardziej potrzebuje Jagiellonia. Przekonującej wygranej z kimś mocniejszym od Araratu-Armenia.
A drużyna z Brukseli też walczy ze swoimi problemami i wsród lokalnych dziennikarzy można znaleźć obawy przed przyjazdem na stadion przy Słonecznej. Zmienił się tam trener i Anderlecht pod wodzą Vitora Bruno ma problem wejść na najwyższe obroty. Odpadł z krajowego pucharu z drugoligowcem, w Lidze Europy przegrał dwa dotychczasowe mecze (z Olympique Lyon oraz Dinamem Zagrzeb), w lidze też pogubił trochę punktów i zajmuje dopiero piąte miejsce.
Patrząc też z takiego czysto pragmatycznego punktu widzenia, to spotkanie może rozstrzygnąć, czy Jagiellonia załapie się do fazy pucharowej Ligi Europy. Do tego potrzeba mniej więcej 10 punktów, a gdzieś trzeba je uzbierać. W ciemno trudno zakładać jakąś zdobycz z Crystal Palace, Sunderlandem oraz Olympique Lyon, a poza Anderlechtem zostają jedynie wyjazdy na Levskiego Sofia oraz Viktorię Pilzno.
Więc potencjalna porażka z Belgami u siebie, choćby jeżeli nie zamknie, to mocno skomplikuje drogę Jagi do zajęcia miejsca w TOP 24. Z drugiej strony taka wygrana otworzy może nie autostradę, ale ekspresówkę do gry na wiosnę i przede wszystkim może być punktem zwrotnym po ostatnich gorszych rezultatach.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix

6 godzin temu


![Lech Poznań odrobił lekcje. Frederiksen miał rację [OPINIA]](https://sf-administracja.wphcdn.cloud/storage2/featured_original/6ada630a82b9f3_70690602.jpg)











![Jazz and Soul Experience w wykonaniu uczniów ZSM [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/10/Kasia-Witek-fot.-Artur-Gawle0005-1.jpg)