Igrzyska olimpijskie w Mediolanie i Cortinie z Donaldem Trumpem na karku

2 godzin temu
Rozpoczęły się zimowe igrzyska olimpijskie, a ja, zamiast ekscytować się rywalizacją gwiazd, na karku czuję oddech Donalda Trumpa i J.D. Vance'a.
Wyobraź sobie wtorkowy wieczór, 10 lutego. Olimpijskie lodowisko w Assago pod Mediolanem. Na lód wjeżdża jeden z najlepszych łyżwiarzy w Europie, gotowy do poczwórnych skoków, piruetów i spiral. W hali aksamitnie rozbrzmiewa się muzyka, pianissimo con amore, jesteśmy w Mediolanie, u Verdiego. Trybuny zasłuchują się w skupionym oczekiwaniu na zachwyt. „Zamykam oczy i widzę ciebie" – śpiewają Andrea Bocelli i jego syn Matteo, kiedy Kyryło Marsak wykonuje pierwsze figury programu dowolnego. „Jesteś ze mną wszędzie. Jesteś w powietrzu, którym oddycham".

REKLAMA







Zobacz wideo Maryna Gąsienica-Daniel jedyna taka alpejka w Polsce. "Panie prezesie, nie jeżdżę, by się bawić"



Miłość, oczywiście.
Marsak płynie po lodzie do pieśni Bocellich o rodzicielskiej miłości, o przeżywaniu przez niewidomego ojca dorastania syna, o dawaniu ojcowskiego ciepła, przekazywaniu wiary we wspaniałe życie, o wspólnych chwilach w przeszłości, które trzeba zapamiętać, bo już się nie powtórzą, o niesprawiedliwości losu, który nie pozwala im na zobaczenie się nawzajem. Znamy to z teledysku: anielskie głosy, dominująca biel, wizja raju według Bocellich. Wiadomo, jak wygląda raj najlepiej wiedzą włoscy artyści. Piękno, miłość, harmonia. Ktoś może powie: nadmierna tkliwość, a choćby kicz, z premedytacją zaprojektowany, żeby sprzedać na spotify setki milionów odsłuchań.
Kicz, ale nie dla wszystkich.
Niewykła historia Marsaków
W najbliższy wtorek Kyryło i jego ojciec Andryi będą oddaleni od siebie o dwa, może trzy tysiące kilometrów. Andryi jest w okopach na linii frontu, broniąc ojczyzny przed rosyjską inwazją. Kyryło przygotowywał się w Finlandii do olimpijskiego startu, daleko od rodziny, daleko od domu. Być może ukraińskie dowództwo da Andryiowi przepustkę z frontu, może choćby zafundują mu wycieczkę do Mediolanu na start syna. Może dadzą też bilet na olimpiadę mamie Kyryła, która pracuje w skutym lodem, zmrożonym na kość i bombardowanym przez Rosjan Kijowie. Tego nie wiem. Za to trzymam kciuki.



Na tym samym olimpijskim turnieju wystąpi wielu Rosjan, którzy znaleźli miejsca w reprezentacjach różnych krajów. Nasza, polska drużyna jest najlepszym przykładem. Aż połowa z drużyny to Rosjanie, którzy wyjechali z ojczyzny, z krainy Władimira Putina, przed rozpętaniem przez niego wojny w Ukrainie. Władimir Samoiłow, Jekaterina Kurakowa, Julia Szczecinina krętymi drogami dotarli do Polski - przez nasz Toruń, przez Egno we włoskim Tyrolu, przez Mediolan, Budapeszt, albo miasta Szwajcarii, gdzie wychowała się Szczecinina.


Jak mówi szefowa Polskiego Związku Łyżwiarstwa Figurowego Magdalena Tascher, mniej więcej połowa łyżwiarzy startujących w międzynarodowych zawodach reprezentuje drużyny narodowe inne niż wynikałoby z miejsca urodzenia. Z tej połowy ogromną większość stanowią Rosjanie, a ich przedwojenny - a także w trakcie wojny - exodus z ojczyzny nie zawsze był spowodowany polityką, na przykład niezgodą na to, co robi z ich krajem Putin. Wyjeżdżają bardzo młodzi ludzie, na ogół z nieokreślonymi poglądami i wartościami, którzy od dziecka – a zaczynają gdy mają trzy, cztery lata – żyją i pracują z marzeniami o wielkiej karierze, a która w Rosji napotyka ogromne blokady. W moskiewskich klubach - Sambo-70 osławionej z powodu bezwzględnych metod trenerki Eteri Tutberidze, czy Akademii Aniołów byłego wielkiego łyżwiarza Jewgienija Pluszczenki - harują ich dziesiątki w różnych grupach wiekowych, a rodzice płacą za to setki euro miesięcznie.
Jesteś za gruba - wynocha. Wracaj, jak schudniesz. Za trudne? Spadaj, nie nadajesz się. Boli? Przejdzie. Nie przechodzi? Trudno, zmień dyscyplinę.
Przemiał. Tłok. Korupcja. Intrygi. Układy.



Łyżwiarstwo figurowe jest na to narażone (mimo prób zmian w ostatnich latach) jak żaden inny sport – ze względu na subiektywne oceny, na decyzje, choćby najbardziej śmierdzące, ale które zawsze da się obronić, gdyby ktoś je chciał podważyć. W tenisie wygrywasz albo przegrywasz, choćby remisów brak, barierą w karierze są jedynie pieniądze, o ile ktoś jest bardzo zdeterminowany i utalentowany. W łyżwiarstwie w Rosji? OK, jak dobrze skaczesz to się liczy poczwórnie, może będzie zniżka, może finansowanie, ale takich, co skaczą, jest wiele. I zaczyna się liczyć: skąd pochodzisz, kto cię trenował, w jakiej szkole, czy rodzice mają pieniądze, czy nie ścibolą na trenera, na osobiste zajęcia.





Władimir Samoiłow, reprezentant Polski w łyżwiarstwie figurowym na treningu w Milano Ice Skating ArenaFot. Amanda Perobelli / REUTERS


Wyobraź sobie: sportowcy, od których wymaga się największej wrażliwości, rozwijają się w brutalnym i wrednym otoczeniu.
Dlatego uciekają i setkami zmieniają sportowe obywatelstwo.



Zdarzają się też wśród rosyjskich sportowców turbopatrioci, paradujący z literą Z, symbolem wojny, na piersi. Choć w samej Rosji rzadziej dziś słychać o wybuchach entuzjazmu po czterech latach wojny, a Putin jakoś nie organizuje wieców na Łużnikach na kolejne rocznice scalania Wszechrusi. Manifestowanie poparcia dla wojny nie jest już w modzie.
Sportowcy są odbiciem podobnych nastrojów. Mimo to, federacje sportowe znacznie więcej Rosjan wykluczyły ze startów międzynarodowych ze względu na ich związki z resortami siłowymi lub za wcześniejsze popieranie wojny w Ukrainie, niż dopuściły. Specjalne panele odrzucały wnioski o zgodę na start, po weryfikacji postawy wobec agresji. Sito było gęste, przynajmniej jeżeli chodzi o występy w kwalifikacjach do włoskich igrzysk.
I dlatego w Mediolanie dopuszczonych do startu będzie mniej Rosjan niż dobrowolnych emigrantów sportowych sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę, którzy teraz reprezentują inne kraje.
W chwili, gdy pisałem ten tekst, MKOl zaprosił do udziału w igrzyskach jako sportowców neutralnych zaledwie trzynaścioro. Być może dołączy jeszcze ktoś, kto odwołał się do Trybunału Arbitrażowego (najwyższego sądu sportowego) od decyzji o wykluczeniu go z igrzysk. W takim przypadku zaproszenie może zostać w ostatniej chwili wystawione.



Czasy spokoju po Związku Radzieckim
Z każdym rokiem Międzynarodowy Komitet Olimpijski i inne wielkie korporacje sportowe sugerują nadejście rozluźnienia sankcji, mimo iż na froncie nic się nie zmieniło i tak jak Rosja niszczyła cele cywilne, dokonując zbrodni, tak przez cały czas to robi. Można się tylko domyślać, iż ochota na przywrócenie Rosjan do międzynarodowej rywalizacji jest podbijana postawą prezydenta USA Donalda Trumpa.
Ukraińcy protestują. Skeletonista Władysław Heraskewycz cztery lata temu w Pekinie wbrew artykułowi 50 statutu MKOL (zakazuje on wszelkich manifestacji politycznych, rasowych czy religijnych na arenach olimpijskich) miał na piersi napis: "No war in Ukraine" - kilka dni przed inwazją. Wciąż powtarza, iż start neutralnych sportowców z Rosji i Białorusi to fikcja i farsa, ponieważ korzystają z państwowych funduszy, żeby się przygotować do igrzysk. Są więc narzędziem propagandy.





Władysław Heraskewycz, skeletonista ukraiński wyjaśnia, dlaczego Rosjanie powinni zostać całkowicie wykluczeni z igrzyskFot. Leonhard Foeger / REUTERS


Natomiast ci sportowcy, którzy faktycznie uciekli z Rosji i Białorusi, żeby uczestniczyć w sporcie, powinni być dopuszczeni do igrzysk jako zawodnicy "Drużyny uchodźców" - argumentuje Heraskewycz. Taka reprezentacja została powołana do życia przez MKOl w 2016 r., ale startowała wyłącznie w igrzyskach letnich.



Tak jest zawsze. Zawsze, gdy piszę o igrzyskach przed ceremonią otwarcia, zajmuję się wielką polityką.
Choćby MKOl, FIFA, UEFA i wszyscy sportowi święci zaklinali, iż sport powinien być oddzielony od polityki, nie ma takiej siły, która ten związek by rozerwała. Sportowi zarządcy powtarzają swoje słowa co dwa lata, zgodnie z cykle olimpijskim, lub częściej, a jedyne, co zauważyłem w tej sprawie, to fakt, iż związek się zacieśnił.
W Nagano w 1998 r. mieszkałem w wiosce dla dziennikarzy na jednym z wyższych pięter. Któregoś sobotniego poranka usłyszałem pod domem skandowanie. Grupa Japończyków zorganizowała demonstrację. Było kilkadziesiąt osób z transparentami. Zjechałem na dół i po dłuższej próbie zrozumienia o co chodzi – wydłużającej się z powodu bariery językowej, nikt nie mówił w języku innym niż japoński, choćby zęby rwać - wyjaśniło się, iż chodzi o niszczenie środowiska przez igrzyska. Manifestacja zaczęła się ok. godz. 9. Trwała w jednym miejscu, na peryferiach małego miasteczka, jakim było Nagano, do, powiedzmy, godz. 11.


Mam wrażenie, iż lata 90. były w historii olimpijskiej okresem spokoju i chyba nie bez racji byłoby stwierdzenie, iż w dużej mierze z powodu upadku ZSRR, rozczłonkowania imperium sowieckiego na niezależne państwa, czyli z powodu słabości Rosji Borysa Jelcyna w okresie szalonej przebudowy kraju. Tak, jakby Rosja nie miała czasu w swoje zwykłe intrygi w świecie sportu, bo ten był przecież małą kropelką w oceanie kłopotów, które wtedy kraj przeżywał. Kto w Rosji miał ochotę poświęcać czas sportowi, skoro trzeba było przetrwać w brutalnym czasie, zarobić przy nadarzającej się okazji, otworzyć szczęki gdzieś na przedmieściach za Sadowoje Kolco, wyjechać na Stadion Dziesięciolecia do Polski pohandlować kompaktami, złożyć w piwnicy do kupy chińskie komputery kupione z polskiego przemytu, a potem sprzedać gdzieś pod Moskwą.



Potem zaczęła się era Putina i nastąpiło przejęcie przez tego poniemieckiego kagiebistę wszystkich nitek władzy. Reżim okrzepł i zahartował się w wojnach czeczeńskich, a następnie zaczął pożądać sławy, chwały, uznania pozycji supermocarstwa, nie ustępującego nikomu w niczym, a choćby dyktującego kierunki i warunki rozwoju.
W finale, przynajmniej tym sportowym, zobaczyliśmy zdobycie przez Rosję niesławy, wieloletnie wygnanie ze świata sportu na skutek dopingu wspomaganego przez państwo i z powodu łapówek, za które kryto ów doping. A już na koniec wyrzucenie na bruk za rozpętanie wojny w Ukrainie. W sumie banicja Rosji z wielkiego sportu zaczęła się dekadę temu, od pełnego wykluczenia reprezentacji lekkoatletów z igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 r. i trwa do dziś.



"Przyszedł czas, żeby oddać to, co do nich należy"
Z odległej perspektywy pamiętam igrzyska w Barcelonie w 1992 r., Atlancie w 1996 r. i Sydney w 2000 r. jako oazy ciszy na osi czasu, mimo iż w Atlancie byłem o kilometr od miejsca, w którym wybuchła bomba, a Australia przyznawała się wtedy właśnie do grzechów wobec rdzennej ludności. Pamiętam, jak na stadionie zespół Midnight Oil śpiewał o długach wobec niej, o obciążonej hipotece, która powinna zostać spłacona: "Przyszedł czas, żeby oddać to, co do nich należy. Jak możemy spać, gdy nasze łóżka płoną".
Następne, co pamiętam z igrzysk olimpijskich, to olbrzymie kolejki do sprawdzania przez ochronę, security check, w Salt Lake City. Był luty 2002 rok, pięć miesięcy po zamachach na World Trade Center. Nasz świat zmienił się wtedy nieodwracalnie.



Ceremonia otwarcia rozpoczęła się wprowadzeniem zniszczonej amerykańskiej flagi, odzyskanej z ruin WTC. Niosła ją kompania honorowa, złożona z policjantów z Port Authority of New York and New Jersey, Departamentu Policji Nowego Jorku oraz strażaków z nowojorskiej straży pożarnej, a także amerykańscy sportowcy. Prezydent George W. Bush stał wśród sportowców, a nie na trybunie honorowej, żeby podkreślić wspólnotę z Amerykanami.
W ogóle wspólnota była wtedy ważnym przesłaniem, to znaczy zawsze jest w olimpijskiej mitologii, ale zamachy dodały jej wagi: Lech Wałęsa niósł flagę olimpijską z pięcioma flagami symbolizującymi kontynenty, reprezentując Europę, wraz z pastorem Desmondem Tutu, czyli przedstawicielem Afryki, astronautą Johnem Glennem (Ameryka), biegaczką, bohaterką igrzysk w Sydney Cathy Freeman (Australia) i skoczkiem narciarskim, bohaterem poprzednich zimowych igrzysk olimpijskich Kazuyoshim Funakim (Azja).


Potem ludzie potulnie stali po godzinie i więcej na mrozie, żeby funkcjonariusze poprzedniczki ICE, agencji INS, sprawdzili, czy magnetofon przypadkiem nie jest uzbrojoną bombą, czy laptop się włącza, metrowy obiektyw nie jest wyrzutnią rakiet, a dyktafon nie strzela. niedługo po igrzyskach olimpijskich w Salt Lake City specjalną ustawą powołano do życia agencję ICE, wraz z Departamentem Bezpieczeństwa Krajowego.
Zamachy były bezpośrednią inspiracją do decyzji o powołaniu agencji, która dziś jest powodem zażenowania i oburzenia brutalnym światem władzy. ICE powstało, żeby wprowadzić porządek i chronić. Nie twierdzę, iż zorganizowano ją dlatego, iż w USA przeprowadzono największą sportową imprezę roku (być może poza mundialem w Korei i Japonii), i opiekę nad nią roztaczało kilka federalnych agencji, wkraczających sobie nawzajem w paradę, ale niektóre wnioski wyciągnięte z igrzysk były inspiracją, jedną z wielu.



Ojciec prawicowego populizmu na igrzyskach w Garmisch-Partenkirchen
Dawno temu dostałem w prezencie książkę z najlepszymi artykułami sportowymi wydanymi w prasie amerykańskiej w XX wieku. Nie wspomnę, iż wielka część z nich dotyczy boksu, mojego ulubionego sportu. Boks odszedł w chwale.
Jednym z najlepszych tekstów była korespondencja Westbrooka Peglera z igrzysk olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku, czyli 90 lat temu. Pegler był w latach 30. i 40. bardzo znanym felietonistą, zdobywcą nagrody Pulitzera. Nazywano go "ojcem prawicowego populizmu". Krytykował ze swadą i bezczelnością prezydentów Hoovera, Roosevelta, Trumana, a potem też Kennedy’ego za rozliczne domniemane i prawdziwe grzechy. Zrządzeniem losu urodził się w Minneapolis.





Otóż Pegler był zaszokowany obecnością na ulicach Garmisch-Partenkirchen bojówkarzy NSDAP, z bronią, mogących zatrzymać każdego, jeżeli im przyjdzie ochota. Reporter nie wiedział, iż SA i SS już od trzech lat są regularnymi służbami III Rzeszy. SA stała się policją pomocniczą z rozkazu Hermanna Goeringa, a SS - wszechwładną armią hitlerowców.
Pegler stwierdził, iż sceny z ochroniarzami Hitlera na igrzyskach olimpijskich byłyby nie do zaobserwowania w Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym owszem, niektórzy gubernatorzy lub burmistrzowie przejawiają dyktatorskie zapędy, ale są one wycinane do imentu. Opisywał, iż igrzyska w Niemczech zeszły na dalszy plan, o ile w ogóle gospodarz igrzysk miał na nie jakiś plan.



W gruncie rzeczy Peglerowi chodziło o to, iż Niemcy zostały opanowane przez reżim, przez dyktaturę. Nie tyle był tym przerażony - był on raczej typem ironisty, sarkasty i nie poddawał się takim mało intelektualnym emocjom. Był potężnie zdziwiony. Na swój sposób ostrzegał Amerykę i okazywał niezadowolenie, iż szef związku sportowców zaciągnął ich na ten "obóz wojskowy".
choćby taki populista jak Pegler.
I w tej chwili, gdy sportowy świat szykuje się, żeby obejrzeć ceremonię otwarcia igrzysk i kibicować sportowcom, w Mediolanie przetaczają się demonstracje przeciwko przyjazdowi agentów ICE do Włoch (mają ochraniać członków delegacji amerykańskiej). Agenci tej samej służby zastrzelili w Minneapolis dwoje niewinnych ludzi, o ich niewinności wiemy z pewnością, oraz kilka innych osób w nieudokumentowanych tragicznych wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych.
Włosi – nastawieni zwykle proamerykańsko, choć nie tak ślepo jak nasi politycy prawej strony – a szczególnie progresywni Włosi północy kraju, nie chcą mieć ICE u siebie. Nie rozumieją, dlaczego owiani złowrogą sławą agenci przyjechali do ich kraju, do ich miasta. Burmistrz Mediolanu mówi, iż to mordercy i iż nie życzy sobie ich obecności w mieście.



W ten sposób kraj, który był opoką olimpizmu, kształtował jego idee i ma zasługi podobne jak Francja, ojczyzna Pierre'de Coubertina, stał się za kadencji Donalda Trumpa ciałem obcym, którego obecność nie jest pożądana. Na ceremonii otwarcia był obecny wiceprezydent J.D. Vance, którego antyeuropejska retoryka odbiła się mocnym echem we Włoszech, a co za tym idzie stała za obniżeniem temperatury uczucia Włochów do Ameryki. Vance na otwarciu igrzysk jest dla mnie nie na miejscu z powodu jego opinii o mniejszościach, o imigrantach, o agencji ICE i nowych porządkach w Ameryce. Są one – mógłbym powiedzieć – nieolimpijskie, niesportowe.





Dlaczego? Bo igrzyska olimpijskie są inkluzywne. Akceptujące. Przecież choćby Rosjanie startują w igrzyskach, choć ich kraj jest zbrodniczym reżimem kierowanym przez rzeczywistego Hannibala Lectera. Startują pod pewnymi surowymi warunkami jako sportowcy neutralni, ale otrzymali taką możliwość, choć nam się to bardzo nie podoba i w większości jesteśmy temu przeciwni.
Ale właśnie taki jest sport.
W sporcie olimpijskim naczelną zasadą jest powszechność uprawiania, powszechność udziału w zawodach - jeżeli zgadzasz się z przepisami, które obowiązują także innych, jeżeli masz szacunek dla rywala. jeżeli go nie obrażasz, bo inaczej zostaniesz ukarany za niesportowe zachowanie, bo tego nie wolno robić. Nie wyrażasz się o nim źle, bo stracisz kibiców, przyjaźń, szacunek. Nie oszukujesz, bo zostaniesz zdyskwalifikowany. Ale uwaga: choćby dyskwalifikacja nie skreśli cię ze sportu, bo jak po karze wrócisz na dobrą drogę, możesz startować, jak kiedyś. Dalej - nie lekceważysz przeciwnika, choćby jeżeli nie jest twojej wielkości, nie tak bogaty, nie tak wpływowy, ustosunkowany i utytułowany. Wasze pole rywalizacji jest równe. Ten sam tor, w którym raz jedziesz po zewnętrznej, raz po wewnętrznej, ta sama trasa, lodowisko, na którym zmieniasz połowy, żeby było równo.








Lindsey Vonn podczas wtorkowej konferencji prasowej w Cortinie d'Ampezzo, na której powiedziała, iż mimo naderwania więzadła krzyżowego, chce wystartować w igrzyskachFot. Leonhard Foeger / REUTERS


Dlatego na te igrzyska jadę z cholernym ICE w głowie, z Trumpem i Vance’em na karku i czuję ich oddech. Chwilowo gdzieś zniknęły Lindsey Vonn i Mikaela Shiffrin, największe gwiazdy, Królowe Śniegu.
Wrócą, ale jeszcze nie dziś. Dziś rządzi polityka.
Polska na medal



Z igrzysk we Włoszech – Cortina d’Ampezzo w 1956 roku, Rzym w 1964, Turyn w 2006 - polska reprezentacja zawsze wracała z medalem lub medalami. Niewykluczona jest powtórka i podtrzymanie serii.

Najwięcej medali Polska zdobyła na skoczni, bo aż dziesięć. Teraz szanse trzeba upatrywać przede wszystkim na lodzie i na stokach narciarskich. W skokach szans nie ma, zważywszy na to, co się dzieje w tym sezonie z formą zawodników. Tym niemniej trzeba pożegnać Kamila Stocha, dla którego będzie to ostatni start olimpijski w ostatnim sezonie kariery.
Polskimi kandydatami do medalu są panczeniści Damian Żurek (500 m, 14 lutego), Władimir Semirunnij (5000 m, 13 lutego) i i Kaja Ziomek-Nogal (500 m, 15 lutego). W shorttracku Natalia Maliszewska (500 m, 12 lutego; 1000 m, 15 lutego).


W Livigno wielkie szanse na sukces w gigancie równoległym na snowboardzie ma Alicja Król-Walas, jednak w jej konkurencji potrzebny jest też łut szczęścia w losowaniu – po kwalifikacjach zawody rozgrywane są pucharowo, więc wylosowanie do pojedynku hegemonki takiej jak Ester Ledecki, oznaczałoby potężne trudności już we wczesnej fazie rywalizacji (8 lutego). Potencjalnie właśnie dwukrotna brązowa medalistka mistrzostw świata Alicja Król-Wala ma największe szanse na medal, ponieważ w tym sezonie już trzykrotnie stawała na podium Pucharu Świata w gigancie równoległym.
Po drugiej stronie gór, w Cortinie, na trasie Tofane, walkę o medal stoczy Maryna Gąsienica-Daniel w alpejskim gigancie (15 lutego). Jej najwyższe miejsce w Pucharze Świata – 5. Lepiej jeździły tylko siostry Małgorzata i Dorota Tlałki w latach 80., ta druga to wciąż jedyna Polka, która wygrała zawody alpejskiego Pucharu Świata.
Idź do oryginalnego materiału