Grenlandia, Boliwia i Tajlandia. Egzotyczne rekordy w skokach narciarskich

6 godzin temu

Każdy fan skoków wie, iż Ryoyu Kobayashi huknął 291 metrów na Islandii, a w warunkach konkursowych jego rekord Japonii to 252 m. Tak samo jak wie, iż Domen Prevc poleciał 254,5 m i to najdłuższy skok w historii Pucharu Świata, a rekord Polski to zasługa Kamila Stocha i wynosi on 251,5 m. Kto jednak skakał najdalej dla Holandii? Ile wynosi rekord Macedonii Północnej? Jak Belg pobił rekord swojego kraju w 11 dni? Skąd wzięły się skoki w Libanie czy Tajlandii? I jakie najlepsze wyniki obowiązują w Ameryce Południowej? Zapraszamy na podróż przez skocznie, kontynenty, wieki i odległości.

Spis treści

  1. Loty narciarskie. Rekordy egzotyczne, czyli o krajach co nie szybują daleko
  2. Polatali. Kto przeskoczył 100 metrów?
  3. Ponad setkę, ale kontrowersyjnie
  4. 100 metrów? Za dalekie progi
  5. Odnotowani, czyli zawsze coś
  6. Czytaj więcej o skokach narciarskich na Weszło:

Loty narciarskie. Rekordy egzotyczne, czyli o krajach co nie szybują daleko

Skoki dziś to domena garstki krajów. Potęgą jest Austria, na poziomie skaczą Niemcy, Słoweńcy, trochę odstają Norwegowie i Japończycy. Polacy próbują wrócić do czołówki. A potem są jeszcze Czesi, Finowie, Amerykanie czy Kazachowie, od czasu do czasu odżyć próbują też Francuzi i Włosi, a ostatnio wtrącają się do tego wszystkiego Estończycy, Słowacy czy Turcy.

Najprościej to wszystko podsumować tak: w Pucharze Świata 2024/25 na starcie choćby kwalifikacji pokazali się przedstawiciele 21 nacji. Tyle państw też w historii przeskoczyło 200 metrów. Choć nie pokrywa się to jeden do jednego. Na starcie konkursów PŚ 24/25 nie pokazywali się bowiem Rosjanie (rekord: 237 metrów), Kanadyjczycy (224,5 m) oraz Szwedzi (207,5 m), byli tam za to obecni reprezentanci Rumunii (169,5 m), Chińczycy (152 m, ale na igelicie) oraz… Kazachstanu.

I podkreślmy to dobitnie: tak, żaden Kazach nie poleciał jeszcze na 200 metrów. Rekordem tego kraju jest 199,5 metra Siergieja Tkaczenki z 2019 roku. To wręcz nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, iż Kazachowie obecni w Pucharze Świata są rokrocznie, ale takie są fakty.

Daleko, ale nie za 200. metr latali jeszcze:

  • Białorusini: 197,5 metra Piotra Czaadajewa z 2006 roku;
  • Holendrzy: 197 metrów Boya van Baarle z 2005 roku (wynik osiągnięty w czasie testów skoczni w Bad Mitterndorf, ale powszechnie uznawany);
  • Grecy (!): 186 metrów Nikosa Polichronidisa z 2013 roku (skoczył tyle jako przedskoczek).

I to tyle, 26 rekordów państw to skoki na minimum 160 metrów (do tego przywołaliśmy już Chiny, z rekordem nieco krótszym). I to nasza granica, bo wszystko co powyżej można już klasyfikować jako odległości „mamucie”. Dlaczego akurat tam stawiamy cezurę?

Bo nikt nigdy w Pucharze Świata nie ustał skoku na ponad 160 metrów, o ile nie był on oddany na mamucie właśnie. W Willingen oficjalnym rekordem jest dziś 155,5 metra Johanna Andre Forfanga (Timi Zajc raz huknął 161,5 m, ale nie miał szans poprawnie wylądować). Do tego 160 to akurat odległość, jaką przekroczono, gdy przebudowano mamucią skocznię w Planicy pod koniec lat 60.

Od tamtego momentu skoki się zmieniły. Choć – jak się przekonacie – wiele państw zostało w czasach sprzed tych przemian.

Kto więc nigdy nie doskoczył do współczesności? Ile państw w ogóle ma odnotowane rekordy (albo przynajmniej takie uznawane)? Przejrzyjmy te rezultaty. I zaznaczmy: pod uwagę brane są w tym akurat przypadku – zwłaszcza jeżeli chodzi o dawne czasy – nie tylko oficjalne próby. Zresztą tego pewnie już się domyślacie, bo w teorii czy to wynik Boya van Baaarle czy Nikosa Polichronidisa oficjalnie uznawane być nie powinny.

Ale nikt nie ma zamiaru im tych prób odbierać. Bo i po co?

Podobnie nikt nie chce – choćby jeżeli to efekt prywatnych treningów czy nieco „szemranych” zawodów – anulować wielu innych rekordów, bo często warto docenić sam fakt, iż te w ogóle są. Że ktoś z danego kraju wziął i skoczył na tych nartach. Stąd jednak warto zaznaczyć, iż takie listy mogą się od siebie różnić. Sami posiłkowaliśmy się tą na polskiej Wikipedii (uwierzcie, nasza rodzima skokowa Wiki jest miejscami niesamowita), ale sprawdzając przy tym, co tylko się dało.

Zastanawialiśmy się też, jak podzielić te rekordy, by łatwiej się to wszystko czytało.

Geograficznie? gwałtownie okazało się to niemożliwe. Czasowo? Też kiepsko, bo wiele jest rekordów naprawdę starych, ale też sporo niedawnych – a czasy „pomiędzy” są puste. Ostatecznie więc postawiliśmy na najprostszą metodę: odległości. Skoro odhaczyliśmy już w tym wstępie wszystkie wyniki powyżej 150 metrów, to teraz (że użyjemy tego słowa) lecimy w dół – od 150 do 100 metrów. I wyszedł nam podział na trzy pięćdziesiątki.

Gotowi? No to odbijamy się z belki.

Polatali. Kto przeskoczył 100 metrów?

Są tu kraje, które nie powinny zaskoczyć kogoś, kto skokami się interesuje. Ot, choćby taka Gruzja. Jak wiele innych były republik radzieckich, ona też ma rekord z czasów, gdy nie była niepodległym państwem… ale jak najbardziej może być on uznawany. Bo ustanowił go faktyczny Gruzin, w osobie Koby Cakadze. To zresztą uznany skoczek, był choćby 5. na mistrzostwach świata w Zakopanem w 1952 roku. Swój rekord – 142 metry – ustanowił w 1967 roku, bliżej niż dalej końca kariery.

Do dziś nie pobił go żaden Gruzin, choć na nartach skakał między innymi… syn Koby, Kachaber.

Niezły rekord na papierze mają też Hiszpanie. Ustanowił go – w 1986 roku – Bernat Sola. Dlaczego „na papierze”? Bo 141 metrów Soli to wynik z Kulm, a więc z mamuta. Jasne, to inne czasy, rekord świata akurat w tamtym okresie po raz pierwszy wyszlifowano na ponad 190 metrów. A więc te 141 to niezły wynik, choć z dzisiejszej perspektywy nie robi żadnego wrażenia.

Hiszpanie ogółem byli w tamtym okresie dość aktywni w skokach. Sporo mówiło się o potencjalnej organizacji przez nich zimowych igrzysk olimpijskich, planowano budowę skoczni w kraju. Mieli też kilku całkiem niezłych zawodników. Sola był z nich najlepszy, jako jedyny zapunktował w Pucharze Świata – raz, ale wtedy punkty wręczano tylko najlepszej „15” w każdym konkursie. Na dzisiejsze warunki w punktach zmieściłby się dziewięć razy i, kto wie, może dzięki temu hiszpańskie skoki by przetrwały?

A tak nastąpiła zapaść. I po Soli już nikt nie skakał na tym poziomie. Czy to odległościowo, czy jeżeli chodzi o Puchar Świata.

139 metrów skoczył najlepszy Węgier w historii, czyli Gabor Geller. No, najlepszy pod względem rekordu. Bo był jeszcze Laszlo Fischer, jedyny reprezentant tego kraju z punktami w PŚ. W każdym razie: Geller skakał przez dobrą dekadę, ale bez większych sukcesów. W 1980 roku pojechał jednak na Tydzień Lotów Narciarskich, w pewnym sensie prekursora mistrzostw świata w lotach właśnie. I w Harrachovie zawrotnych odległości nie osiągał, ale, jak widać, wystarczające, by przejść do historii swojego kraju.

A to też rzecz warta podkreślenia.

Złamiemy teraz nieco szyk i odejdziemy od prezentowania rekordów po kolei od najdłuższych, do najkrótszych. Dlaczego? Bo kilka musimy zostawić na później, by omówić okoliczności, w jakich padały. Te bowiem były… wątpliwe, tak to nazwijmy. jeżeli chodzi jednak o te, co do których wątpliwości nie ma, to zostały nam trzy dłuższe od setki. Z czego dwa stosunkowo nowe.

Pierwszy to rekord Wielkiej Brytanii.

Ustanowił go Sam Bolton, czyli gość, który zdawał się mieć całkiem spory talent do skoków. Jego wynik to 134,5 metra z olimpijskiej skoczni w Whistler (od ósmego roku życia mieszkał i trenował w Kanadzie właśnie), ustanowiony podczas mistrzostw Ameryki Północnej, na których zdobył dwa medale – srebro i brąz. Bolton skakał też w FIS Cupie (I czasem punktował), a choćby w Letnim Pucharze Kontynentalnym. Nigdy jednak nie wspiął się do tegoż zimą, by nie pisać już nic o Pucharze Świata. A finalnie w 2020 roku – mając ledwie 18 lat – skończył karierę.

A wraz z nim, jak się na ten moment wydaje, zrobiły to brytyjskie skoki.

Drugi z tych nowych rekordów, to absolutnie najnowsza postać w całym zestawieniu, czyli Zachir Dżafarow z Azerbejdżanu. W serii próbnej przed zawodami FIS Cupu w Klingenthal skoczył 112,5 metra, a jego próba miała miejsce już w tym roku! Jest tu jednak pewna problematyczna kwestia: Dżafarow to Rosjanin, dopiero w 2025 roku zmienił obywatelstwo i zaczął skakać dla nowej ojczyzny. Ominął w ten sposób – powoli kończony – zakaz startów Rosjan w zawodach FIS. Wypada jednak podkreślić, iż Zachir faktycznie ma azerskie korzenie, miał więc do zmiany reprezentacji podstawy.

Obywatelstwo zmieniał też Dmitrij Czwykow, który do 1999 roku reprezentował Kazachstan, a na ostatnie cztery lata kariery zaczął startować jako Kirgiz, będąc jedynym w historii skoczkiem z tego kraju. Nie zdobył nigdy punktów Pucharu Świata, choć raz – w Engelbergu – był 31., a w okresie 2000/01 zajął drugie miejsce w kwalifikacjach do konkursu w Garmisch-Partenkirchen. Tyle iż wtedy czołowa „15” Pucharu Świata mogła jeszcze rezygnować ze startu w kwalifikacjach.

Skok, który dał Czwykowowi drugie miejsce w kwalifikacjach do konkursu w Ga-Pa.

Tak zrobiło wtedy kilku zawodników. A w efekcie Czwykow trafił w swojej parze KO na Tommy’ego Ingebrigtsena. I przepadł. Z Turniejem Czterech Skoczni i tak może mieć jednak dobre wspomnienia, bo to tam – w Innsbrucku, ale rok później – ustanowił rekord Kirgistanu.

Całe 124 metry.

Ponad setkę, ale kontrowersyjnie

Jak wspomniano – zostawiliśmy kilka rekordów na potem, bo te niezmiennie budzą kontrowersje. Mowa tu o następujących rezultatach:

  • 137 metrów Andreasa Bjelke Nygaarda (Dania) z początku XXI wieku.
  • 130 metrów Markussa Vinogradovsa (Łotwa) z sezonu 2020/21.
  • 127 metrów Antona Oeyvindssona (Islandia) z 2021 roku.
  • 102 metry Josipa Sporera (Chorwacja) z lat 40. XX wieku.
  • 100 metrów Korawika Saendeego (Tajlandia!) z Lahti z 2024 roku.

Ciekawe są rekordy Danii i Chorwacji. Ten Sporera to w ogóle zagadka. Wiadomo, iż tyle skoczył i iż zrobił to w Planicy. Kiedy i przy jakiej okazji? Nie do końca wiadomo i to mimo tego, iż sam Sporer żył i skakał długo – jeszcze w 2006 roku wziął udział w mistrzostwach Chorwacji weteranów, a miał wtedy 75 lat. Do 83. roku życia grał z kolei półprofesjonalnie w kręgle. Kiedy oddawał swój rekordowy skok nie reprezentował Chorwacji, a Jugosławię. Ale wiadomo, iż Chorwatom się go – słusznie zresztą – zalicza.

Jeśil chodzi o rezultat Andreasa Bjelke Nygaarda, to problemem też jest data, ale nie tylko. Co do kalendarza – wiemy, iż Nygaard skakał do 2004 roku. Wtedy zadzwonili do niego dziennikarze „Politiken” i zapytali, czy Nygaard jeszcze uprawia skoki. – Uprawiałem. Teraz jestem jedynym byłym skoczkiem z Danii. Moje kolana nie wytrzymały obciążeń. Oba przeszły operacje. Teraz skaczę już tylko od czasu do czasu, dla zabawy – odpowiedział były już wtedy zawodnik.

Jego rekordowy skok musiał więc przyjść kilka lat wcześniej. Tyle iż stało się to na treningu i choć byli świadkowie – stąd możemy uznać, iż faktycznie pofrunął na 137 metrów – to oficjalnie nikt tego rezultatu nie zapisywał. I to problem. Podobnie jak i pozostałe wspomniane rezultaty, czyli rekordy Łotwy, Islandii i Tajlandii. Wszystkie one padały na treningach. Jasne, są lepiej udokumentowane niż skok Duńczyka, ale wiadomo – oficjalnie uznać się ich nie da.

Swoją drogą przykuć waszą uwagę mogą daty. I słusznie. Wszystkie te wyniki są stosunkowo nowe. Vinogradovs jeszcze kilka lat temu był nadzieją Łotyszy na ożywienie kombinacji norweskiej, bo to w niej głównie startował. Ba, był choćby na igrzyskach w Pekinie (zanotował tam 44. miejsce) czy trzech kolejnych mistrzostwach świata. Ale przed sezonem 2023/24 zakończył karierę i tyle z tego było. Został nieoficjalny rekord z Trondheim – 130 metrów.

Oeyvindsson? Tu warto zaznaczyć, iż jego 127 metrów padło w Zakopanem, na Wielkiej Krokwi, ale na igelicie. Islandczyk na co dzień trenował w Lillehammer, zresztą Norwegia jest typowym kierunkiem do treningów dla zawodników z bardziej „egzotycznych” dla tej dyscypliny krajów… ale to nie ten przypadek. Po prostu ojciec skoczka był Norwegiem, gdy Anton był mały, przeniosła się tam cała rodzina. Kariera Islandczyka bogata w sukcesy jednak nie jest – kilka razy wystartował w FIS Cupie w zimie 2021/22, a potem rozstał się ze skocznią.

I tak dochodzimy do Saendeego.

Taj to młody skoczek. Ma 16 lat, a skoki uprawia od mniej więcej sześciu. To on, co nie dziwi, sprawił, iż Tajlandia w ogóle w historii skoków się zapisała. Młody Korawik w wieku 10 lat przeprowadził się do Finlandii, bo jego matka – której pierwszy mąż zmarł, gdy jej syn był małym dzieckiem – wyszła za maż za rodowitego Fina. Przez jakiś czas mieszkali w Tajlandii, ale z czasem sprowadzili się do Europy.

Dopiero wtedy młody Taj pierwszy raz zobaczył śnieg, nie mówiąc już o skoczni. Ale gwałtownie się w tym sporcie zauroczył. I nie tylko tym, do dziś uprawia lekkoatletykę i to wiele różnych konkurencji, a do tego na przykład biathlon (jest medalistą młodzieżowych mistrzostw kraju). Ale to skocznia przyniosła mu największą sławę, ale i problemy. Bo Korawik nie chce zmienić narodowości, zamiast tego planuje zaciekawić skokami Tajlandię. A to oznacza, iż nie może być finansowany przez fiński związek, więc wiele zależy od prywatnych sponsorów.

No dobra, ale co z jego rekordowym skokiem – zapytacie?

Ten miał miejsce dwa lata temu w Lahti, w czasie treningu. A więc znów to samo: trening, do tego indywidualny, nie grupowy. Niby jest to próba potwierdzona, ale głównie przez samego skoczka i jego otoczenie. A odległość – równe 100 metrów – może budzić wątpliwości. Jest bardzo medialna i „reklamowa”, po prostu. Dlatego dopóki młody Taj nie skoczy tyle w oficjalnych zawodach – a zaczął już pojawiać się w FIS Cupie – to rekord ten będzie bardzo wątpliwy.

To nie rekordowy skok Korawika, ale jego pierwsza próba w oficjalnych zawodach FIS – na mistrzostwach świata juniorów. Wykręcił wtedy 67 metrów.

Ale tak samo jest i z wieloma innymi na tej liście. Akceptujemy je, bo to świetne historie, ale też dlatego, iż po prostu trzeba pewne rzeczy brać na wiarę i zaufanie.

Przekonacie się o tym jeszcze nie raz.

100 metrów? Za dalekie progi

Słuchajcie, oczywistym jest, iż nie możemy każdego rekordu omawiać osobno. Gdybyśmy tak robili, ten tekst – który i tak jest dość długi – miałby dobrych sto tysięcy znaków i ciągnąłby się w nieskończoność. Dlatego w przedziale 50-99,5 metra odhaczmy kilka na gwałtownie szybko. Krótko wspomnieć można o:

  • rekordzie Andory (64,5 m) Tomasa Cano z 1992 roku. Cano regularnie reprezentował Hiszpanię, ale czasem skakał też jako Andorczyk i to 64,5 m to jego najlepszy wynik w tych barwach.
  • rekordzie Liechtensteinu (54,5 m) Norberta Fricka z 1981 roku. Omawiamy go krótko głównie dlatego, iż o Fricku wiemy tylko tyle, iż skakał na kilku dużych imprezach i jest jednym z nielicznych zawodników, którzy w Liechtensteinie postawili na skocznię, a nie narty alpejskie.
  • starych rekordach bałkańskich, czyli najlepszych wynikach w Bośni i Hercegowinie (69,5 m Jovana Radovanovicia z 1984 roku) oraz Macedonii Północnej (62 m Gogi Popowa Pomładiota z 1952 roku) bo to rezultaty uzyskiwane, gdy te kraje wchodziły w skład Jugosławii.
  • rekordzie Serbii (65 m) Nikoli Stevanovicia z 2019 roku. Bo ani o tym skoku, ani o samym Stevanoviciu nie mamy nic interesującego do napisania. Ot, po prostu skakał, to jego najlepsza próba. I tyle.

W ten sposób pozbyliśmy się z miejsca pięciu rezultatów. Ale trzy inne zasługują jednak na to, by omówić je znacznie szerzej. Powody są różne, ale pierwszego z nich domyślicie się pewnie od razu, gdy napiszemy, iż chodzi o rekord Dunstana Odekego, który reprezentował… Ugandę. Jego 87 metrów to też – co nie dziwi – rekord Afryki. Nieoficjalny, bo to wynik ustanowiony na nieznanej skoczni w nieustalonym terminie.

Odeke urodził się faktycznie na terenie Ugandy – w Kampali, stolicy kraju. Ale już po czterech latach trafił, wraz z rodziną, do Europy. Jego ojciec był ambasadorem kraju w Belgii, a potem wszyscy trafili do Wielkiej Brytanii. Tam uprawiał wiele sportów, jednak w wieku 18 lat z przypadku – chłopak jego siostry był Niemcem – trafił w okolice Garmisch-Partenkirchen. I nagle zakochał się w skokach, na ich potrzebę przeprowadził się do Norwegii.

Miał już wtedy 18 lat. Późno na rozpoczęcie przygody z tak trudnym technicznie sportem. Ale próbował.

Jego nieoficjalny rekord został ustanowiony na treningu. Ten oficjalny jest krótszy o trzy metry, więc można w te 87 m uwierzyć i zaakceptować, iż faktycznie tak było. Jest to rekord Ugandy, ale też rekord Afryki, bo sam Odeke – jak mówił TVP Sport – nie słyszał choćby o kimkolwiek innym z kontynentu, kto by skakał. W tym samym wywiadzie twierdził też, iż gdyby trafił na skoki wcześniej, mając kilka lat, pewnie w końcu dostałby się do Pucharu Świata. A my dodamy, iż wtedy rekord Afryki miałby najpewniej ponad 100 metrów.

Dunstan Odeke

Dunstan Odeke (w środku). Fot. profil facebookowy Dunstana Odekego

Szerzej warto omówić też rekord Litwy, który obowiązuje od 1960 roku, a ustanowiony został w Niżnym Nowogrodzie przez Zbigniewa Kiwerta. Litwa wtedy była, oczywiście, częścią Związku Radzieckiego, ale takie sytuacje mamy już dobrze omówione. Co istotne: Kiwert pochodził z polskiej rodziny, urodził się w Wilnie tuż przed wybuchem II wojny światowej. Już jako dziecko zainteresował się narciarstwem, a przez klub, w którym trenował, rozkwitła też jego pasja do motorsportu.

W końcu został jednak kombinatorem norweskim, z naciskiem na skoki. Miał szczęście, bo jego talent i zamiłowanie do latania zauważono w wojsku, do którego trafił na trzy lata. Posłano go poza Litwę, na większe skocznie i zawody. I to właśnie w tym okresie wyskakał swoje 86 metrów. Karierę skończył kilka lat później, z czasem został mechanikiem kadry litewskich rajdowców i sam startował w wyścigach.

Choć w Polsce – ojczyźnie jego rodziców – najczęściej jego nazwisko wymienia się z powodu tegoż jednego skoku sprzed 66 lat.

Zatrzymamy się jeszcze przy rekordzie Australii. Zdziwieni? Bo jak to: Australia i zima? No tak, Australia i zima. To akurat nie taka anomalia, jak mogłoby się wydawać. W tamtejszych górach są niezłe trasy zjazdowe, a czy to Australia, czy Nowa Zelandia produkują wielu świetnych freestylowców, którzy walczą o medale największych imprez. Na igrzyskach w Pekinie Australia zdobyła cztery medale – dwa w snowboardowych ewolucjach, jeden w jeździe po muldach na nartach i jeden w skeletonie.

Więc to nic dziwnego. Ale skoki… no to już inna sprawa. Australijczycy raczej na nartach nie skaczą. Choć to też nie tak, iż nie dzieje się to w ogóle, bo ich rekord wcale nie jest tak wiekowy – nie ma jeszcze choćby 30 lat, pochodzi z roku 1997, a ustanowił go niejaki Bruce Neville, który w zawodach Pucharu Kontynentalnego (co warto podkreślić, bo to jednak druga liga skoków) wylądował na 57,5 m.

Neville uprawiał zresztą skoki na nartach, ale… wodnych. Miał do tego wielki talent, był czterokrotnym medalistą mistrzostw świata właśnie na wodzie. Ale w 1996 roku postanowił też uprawiać skoki na śniegu. I była to odważna decyzja, bo chłop miał wtedy 32 lata! Chciał dostać się na igrzyska olimpijskie w 1998 roku, ale z tego pomysłu zrezygnował właśnie po konkursach PK w Lake Placid (gdzie trenował).

Ta decyzja trochę dziwi, bo w sumie… nie był wcale przesadnie słaby. Pokonał tam kilku zawodników, w tym na przykład Eddiego Edwardsa. Neville zdecydował jednak, iż woli rywalizować na wodzie. Zimowe zmagania więc odpuścił.

Ale rekord został.

Odnotowani, czyli zawsze coś

Z jednej strony z dzisiejszej perspektywy notować rekordy skoków poniżej 50 metrów to trochę naciągana rzecz. Z drugiej strony część z nich została ustanowiona w czasach, gdy tyle się właśnie skakało, a inna część należy do krajów, które skoczków po prostu nie mają. Stąd warto o nich wspomnieć. Ale czy będziemy się rozwodzić na temat wyników, które w krajach „zimowych” osiągają skoczkowie po roku treningu?

No niekoniecznie.

Dlatego powiedzmy sobie, iż raz jeszcze wracamy na Bałkany, bo z 1962 roku pochodzi rekord Czarnogóry Bozo Cvorovicia (46 metrów). I tak, wtedy to była Jugosławia. Po Bałkanach zmierzać się powinno w strony, o których ostatnio głośno, bo na Grenlandię. Reprezentujący to terytorium Hans Holm skoczył 45 metrów w Oslo w 1956 roku. Do Danii zresztą możemy wrócić jeszcze raz, bo ostatnim na liście rekordem jest… 6,8 metra, jakie wyskakał niejaki Hilbert Isaksen w 1970 roku. Zrobił to na zawodach, które łączyły zjazd i skok i, co wypada zaznaczyć, zrobił to naterenie Wysp Owczych właśnie – w Klasviku.

A to wcale nie tak częsta sytuacja.

Bo już na przykład rekordy z Ameryki Południowej pochodzą zgodnie z Chile. Tam w Farellones, kompleksie narciarskim w pobliżu Santiago, stolicy kraju, wybudowano niegdyś skocznię. I to na niej 34,5 metra wyskakał w 1959 roku Francisco Cortes, co jest rekordem kontynentu. Ale też tam 25 metrów w 1954 roku osiągnął dla Argentyny Luis de Ridder (swoją drogą interesująca postać, wszechstronny narciarz, dwukrotny uczestnik zimowych igrzysk), a powyżej 10 metrów (nie wiadomo, ile dokładnie) w tym samym roku lądował Rene Farwig z Boliwii.

A skoro jesteśmy w jednej Ameryce, to możemy przeskoczyć i do drugiej, bo w 2012 roku w amerykańskim Park City został ustanowiony rekord Meksyku. 35 metrów skoczył wtedy Jose Miguel Banda Ceja, a cała sytuacja miała miejsce w konkursie eliminacyjnym do mistrzostw USA juniorów. Nawiasem pisząc – Jose był w Stanach na… wymianie studenckiej. Zobaczył skoki, postanowił spróbować. Wiele razy się wywrócił, ale w końcu skakał na tyle daleko (wciąż blisko, ale to inna sprawa), iż przekonał trenerów, by wysłali go na zawody. I pojechał, a skakaniem po prostu się cieszył.

Nie możesz porównać tego uczucia w powietrzu do żadnego innego sportu – twierdził.

Być może to samo powiedziałby Roy McKenzie z Nowej Zelandii, który w 1947 roku skoczył 25,3 metra w Coronet Peak w swojej ojczyźnie i to dzisiaj nikt z tego kraju go nie przebił. Albo Nadim Barrage, który dzierży rekord Libanu (!) od 1968 roku i tym samym sprawia, iż ten kraj jakkolwiek istnieje w skokowej historii. Swoją drogą on też rekord ustanowił w ojczyźnie, bo skakał na obiekcie w Las Cedars, ośrodku narciarskim w libańskim Baszarri. Do dziś uważa się, iż była to jedyna skocznia na Bliskim Wschodzie, jeżeli nie liczyć Turcji. w tej chwili już, niestety, nie istnieje.

Nie istnieje też kariera Jeno Farinona, którym ten tekst zakończymy. To Belg, w 2019 roku, stworzył coś, co nazwano „Belgium Skijumping Project”. W skrócie: gość chciał pobić rekord kraju w długości skoku. I to mimo tego, iż nigdy wcześniej na nartach nie skakał, a gdy zdecydował się spróbować, miał już 22 lata. Zainspirował go, jak można przeczytać w tekście na skijumping.pl: „aktor Tom Waes, pionier w kwestii belgijskich rekordów w skokach narciarskich. W ramach telewizyjnego show Tomtesterom, polegającego na pokonywaniu wyzwań, Waes jako pierwszy Belg w historii oddał oficjalny skok. Miało to miejsce w 2012 roku podczas zawodów w austriackim Worgl. Udało mu się wówczas uzyskać 14 metrów”.

Farinon postanowił przebić nie tylko Waesa, ale i Remberta Nottena, który osiągnął później 35 metrów. Farinon trenował z Danim Keilem, byłym zawodnikiem, a potem trenerem w jednym z austriackich klubów. Wspólnie oddawali skoki na różnych obiektach w Austrii, Niemczech i Włoszech. Po – uwaga! – 11 dniach Belg trafił w końcu na obiekt K-50 w czasie lokalnych zawodów.

W pierwszej serii skoczył 36 metrów, już pobijając rekord kraju. W drugiej dołożył jeszcze metr. I tak powstał rekord kraju.

Więc wiecie – jeżeli ktoś z was ma korzenie na Wyspach Owczych czy w Boliwii, śmiało możecie ubiegać się o obywatelstwo, a potem zakładać kombinezon i ruszać na podbój skoczni. Rekordu Polski raczej jednak tak łatwo nie pobijecie.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o skokach narciarskich na Weszło:

  • Dwa miejsca, czterech chętnych. Kto powinien skakać na igrzyskach?
  • 25 momentów polskiego sportu na ćwierćwiecze. Małyszomania
  • 25 momentów – część II. Początki wielkiego Stocha
  • 25 momentów – część III. Złota drużyna i wielki Kamil
Idź do oryginalnego materiału