Grał w Polsce, śledzi go Bayern. "To potwór, bez dwóch zdań"

2 godzin temu
Przed laty przy każdej wzmiance o Paulinho, Brazylijczyku z Barcelony, przypominano, iż kiedyś grał w ŁKS Łódź. niedługo podobnie może być z Luką Vuskoviciem, byłym piłkarzem Radomiaka, którego kariera rozwija się w niezwykłym tempie. Choć ma dopiero 18 lat, podbija już trzecią ligę zagraniczną.
Nim Luka Vusković rozegrał ostatni mecz w Polsce, w katakumbach stadionu Śląska Wrocław doszło do niecodziennej sceny. Miejscowy dziennikarz przekonywał Macieja Kędziorka, iż gospodarze nie udźwigną presji walki o mistrzostwo i sensacyjnie przegrają z dołującym Radomiakiem. Trener gości roześmiał się. - jeżeli tak będzie, możesz przyjść po meczu do naszej szatni i wziąć sobie dowolną koszulkę – powiedział. Dziennikarz potraktował sprawę poważnie i zaczął roztrząsać, kogo z ówczesnej radomskiej zbieraniny chciałby mieć na pamiątkę. - Weź Vuskovicia. jeżeli zrobi karierę, może być kiedyś sporo warta – usłyszał radę. Z zysków nic nie wyszło. Śląsk wygrał 2:0, Kędziorek stracił pracę, a Vusković więcej w barwach Radomiaka nie zagrał.

REKLAMA







Zobacz wideo Boruc o końcu kariery: Nikt o tym nie mówi, zwykłe wyniesie śmieci stało się problemem



Merlin Polzin, trener Hamburgera SV, koszulek Vuskovicia raczej nie rozdaje. Ale i tak nie brak chętnych, by płacić za nie sporo. Kiedy jesienią beniaminek Bundesligi podejmował Borussię Dortmund, zorganizował akcję promującą szczepienia przeciw wirusowi HPV. Okolicznościowe koszulki, w których wówczas wystąpił, zostały wystawione na aukcję. Niespodziewanie pokazało to skalę szaleństwa, jakie zapanowało wokół 18-letniego Chorwata, wypożyczonego z Tottenhamu ledwie trzy miesiące wcześniej. Za koszulkę z jego nazwiskiem zapłacono 10 tysięcy euro. Trzy razy więcej niż za drugą wśród najdroższych. Kalkulacja zwycięzcy licytacji była prawdopodobnie podobna do tej z Wrocławia. Zmieniają się miejsca, stawki rosną, ale wszędzie, gdzie Vusković się pojawia, wywołuje poczucie, iż trzeba się spieszyć z podziwianiem go. Bo tak naprawdę pisane są mu większe rzeczy.
Droga Paulinho
Pojawienie się w Polsce 16-letniego wówczas stopera, za którego Tottenham chwilę wcześniej zapłacił Hajdukowi Split 14 milionów euro, czyli więcej niż kosztował jakikolwiek piłkarz Ekstraklasy w historii, dawało doskonałą i niepowtarzalną okazję, by zobaczyć, jak wyglądają polscy nastolatkowie na tle światowej klasy talentu z ich rocznika. Chorwat trafił w Radomiu na koszmarne pół roku. Debiutował w przegranym 0:6 meczu z Cracovią, pierwszy raz w podstawowym składzie grał w spotkaniu zakończonym wynikiem 0:4. Tak samo wysoko przegrała jego drużyna w prestiżowych derbach z Koroną Kielce, w których trafił do własnej bramki. A jednak jego 14 meczów w Ekstraklasie w ciągu zaledwie trzech miesięcy pozostawiło wrażenie, iż to będzie kolejny piłkarz z polskiej ligi, który zrobi globalną karierę. Jak kiedyś było z Paulinho, który przez ŁKS trafił do Barcelony. Tyle iż Brazylijczyk przemknął przez Polskę niezauważony przez nikogo. Talent Chorwata zaś aż bił po oczach.


Gdyby na podstawie tych kilkunastu tygodni sprzed dwóch lat spróbować odpowiedzieć na pytanie, czym różni się światowy talent na pozycji stopera od tych, jakie na co dzień oglądamy w polskiej lidze, kluczem okazałaby się głowa. Dosłownie i w przenośni. Vusković bardzo gwałtownie pokazał, iż jeżeli chodzi o pojedynki powietrzne, jest niemal nie do pokonania. Nie było w jego postawie nic z zahukanego nastolatka, którego dorośli panowie bezlitośnie przestawiają. Wyrośnięty na 193 centymetry, ważący 85 kilogramów, a przy tym szybki, zwrotny, dynamiczny, fizycznie przewyższał większość rywali, co potrafił wykorzystywać pod obiema bramkami.
Mocna głowa
Jeszcze bardziej imponująca była jednak jego mowa ciała. Charakter, który od pierwszego momentu roztaczał na boisku aurę szefa. Lidera defensywy. Komunikatywnego. Celebrującego i wściekającego się razem z drużyną. Choć miałby pełne prawo zastanawiać się, co adekwatnie robi w przegrywającej mecz za meczem zbieraninie z Radomia (niektóre z jego późniejszych cytatów sugerują, iż coś mogło być na rzeczy), na boisku wyglądał, jakby wychował się na tamtejszych blokowiskach i sprawę utrzymania Radomiaka w Ekstraklasie traktował osobiście.



Co znamienne, dokładnie te same zachwyty nad nim płyną dziś z Niemiec. Z tą różnicą, iż Hamburg faktycznie ma prawo traktować jak drugi dom, choćby jeżeli też trafił tam tylko na chwilę. Już w sierpniu, gdy HSV wypożyczało go z Tottenhamu, panowało w mieście beniaminka wrażenie, sięgają po talent spoza swojej kategorii. Po siedmiu latach drugoligowego niebytu piłkarze z tej półki już dawno przestali cumować w tamtejszym porcie. Ale akurat Vusković miał osobiste powody, by na kolejne po Radomiaku i belgijskim Westerlo wypożyczenie z Tottenhamu chcieć trafić akurat HSV.
Głośna sprawa brata
Chorwat pochodzi z ekstremalnie piłkarskiej rodziny. W Hajduku grali jego dziadek, ojciec oraz starszy brat, Mario. I to właśnie on okazał się najważniejszy w tej historii. W 2021 roku, jako czołowy obrońca ligi chorwackiej, trafił do Hamburga, by pomóc HSV wrócić do Bundesligi. Jak podkreśla, grając przed rozszalałym 60-tysięcznym tłumem, przeżywał najlepsze chwile w życiu. Do czasu, aż w listopadzie 2022 roku rozpoczął się jego koszmar.
Mario stał się pierwszym na świecie piłkarzem podejrzanym, a później skazanym za zażywanie erytropoetyny, w uproszczeniu EPO - środka dopingującego znanego choćby w kolarstwie, ale dotąd nienotowanego w futbolu. WADA, Światowa Agencja Antydopingowa, okazała się nieugięta i mimo odwołań, skazała 20-letniego wówczas piłkarza na czteroletnią dyskwalifikację, co praktycznie mogłoby oznaczać koniec rodzącej się kariery. Przypadek stał się bardzo głośny w Niemczech oraz w środowisku antydopingowym. Wielu niemieckich specjalistów kwestionowało metodę, na której podstawie zarzucono Chorwatowi przyjmowanie niedozwolonych środków. Trwanie przy drakońskiej karze interpretowano w wielu miejscach jako bronienie przez WADA reputacji własnych specjalistów i ochronę przed możliwym odszkodowaniem. Jako iż EPO podawane jest dożylnie i nie sposób tłumaczyć, iż dostało się do organizmu omyłkowo, jak w przypadku wielu innych środków, stało się jasne, iż Vusković albo jest perfidnym kłamcą, albo wyjątkowo pechową ofiarą systemu.
Ulubieniec fanów
Mario Vusković konsekwentnie przez lata odmawia przyznania się do winy. choćby gdy sugerowano mu, iż w ten sposób uda się mu złagodzić karę i skrócić dyskwalifikację. Wszystkie zarobione w Hamburgu pieniądze wydał na bezskuteczną prawną walkę o dobre imię. Że warto, napędzało go lokalne środowisko, bo HSV od początku uwierzyło w jego niewinność i zaangażowało się wszelkimi środkami w jego zmagania. Mimo iż zgodnie z postanowieniami wyroku musiało rozwiązać kontrakt z piłkarzem, już zapewniło, iż po wygaśnięciu dyskwalifikacji, zaproponuje mu nowy. Cała rodzina, dozgonnie wdzięczna HSV za taką postawę, regularnie dziękowała tamtejszej społeczności za wsparcie. Na trybunach regularnie pojawiały się bowiem transparenty z koszulką z numerem 44 i podpisem "Free Vusković".



Młodszy brat byłego stopera HSV siłą rzeczy regularnie bywał w mieście, fetował choćby w maju wyczekiwany powrót do Bundesligi. choćby jeżeli więc mógł ogrywać się w lepszym piłkarsko otoczeniu, bardzo chciał trafić akurat tam. To, iż właśnie on strzelił pierwszego po siedmiu latach gola dla HSV w Bundeslidze, pokazując po nim w kierunku siedzącego na trybunach brata, po którym odziedziczył numer 44, zakrawa wręcz o kicz. Najpierw został więc substytutem lubianego niegdyś stopera o tym samym nazwisku, wokół którego zjednoczyła się klubowa społeczność. niedługo sam stał się bohaterem, gdy w derbach północy z Werderem Brema strzelił piętą gola, który został wybrany najładniejszym strzelonym w Bundeslidze w 2025 roku. Dziś w Hamburgu wiedzą doskonale, iż Luka Vusković za chwilę wyfrunie dalej i trzeba chłonąć każdy moment.
Strzelecki talent
Ludzie związani z klubem na każdym kroku podkreślają atuty, którymi wyróżniał się także w Polsce. - To potwór, bez dwóch zdań – mówi Miro Muheim, kolega z drużyny, cytowany przez The Athletic. Trenerzy i działacze podkreślają aurę i dojrzałość, jaką roztacza 18-latek, rozgrywający przecież pierwszy sezon w czołowej lidze Europy. W jesiennym meczu przeciwko Unionowi Berlin został pierwszym od pięciu lat piłkarzem w pięciu czołowych ligach kontynentu, który w ciągu 90 minut wygrał aż osiemnaście pojedynków powietrznych. Łącznie w Europie tylko trzech piłkarzy może w tym sezonie pochwalić się wyższym odsetkiem wygranych starć główkowych. Vusković wychodzi z nich zwycięsko w 81 proc. przypadków. Jest też w ligowej czołówce pod względem liczby blokowanych strzałów i piłek wybijanych z pola karnego. To w dużej mierze na nim opierają się nadzieje HSV na utrzymanie w Bundeslidze. W październiku wybrano go najlepszym młodzieżowcem ligi. "Kicker" w tradycyjnych i prestiżowych rankingach na poszczególnych pozycjach sklasyfikował go jako dziesiątego stopera w lidze, przyznając tytuł "klasa krajowa". Warto jednak zauważyć, iż w Niemczech nie ma, oprócz niego, ani jednego stopera, grającego równie często jak on.


W kolejnym miejscu potwierdza się też jego talent do strzelania goli. Z Polski wyjechał z trzema trafieniami na koncie. W pół roku w Niemczech uzbierał tyle samo. Rozgrywając pełny sezon w Belgii, zdobył aż siedem bramek. Łącznie w seniorskim futbolu ma już 14 trafień, co byłoby świetnym wynikiem dla 18-letniego napastnika, nie mówiąc o środkowym obrońcy. Kiedy w lecie pierwszy raz wystąpił w sparingu seniorskiej drużyny Tottenhamu, również trafił do siatki.
Na radarze wielkich
Na jego pozycji to oczywiście tylko przyjemny dodatek, ale biorąc pod uwagę, iż Vusković świetnie wypada także w statystykach defensywnych, trudno się dziwić coraz większemu szumowi, jaki wokół niego powstaje. Już ma za sobą debiut w reprezentacji Chorwacji i jest kandydatem do wyjazdu na mundial z jedną z najsilniejszych europejskich nacji. Zresztą po ostatniej aktualizacji wycen Transfermarkt widzi w nim drugiego wśród najbardziej wartościowych chorwackich piłkarzy po Josko Gvardiolu z Manchesteru City. Zdaniem niemieckiego portalu Vusković już jest wart 40 milionów euro. CIES Football Observatory widzi w nim 36. wśród najwyżej wycenianych nastolatków w światowym futbolu i piątego stopera. Jak by nie patrzeć, to wąska globalna elita.



Nic dziwnego, iż coraz częściej przymierza się go do największych marek. Jakiś czas temu o zainteresowaniu nim Barcelony donosił "Hamburger Morgenpost". Ostatnio Christian Falk, dobrze poinformowany w sprawach Bayernu Monachium dziennikarz "Bilda" informował, iż Vusković był oferowany mistrzom Niemiec, którzy śledzą jego postępy, choć nie jest ich priorytetem. To i tak wywołało nerwowe reakcje w mediach skupionych na Tottenhamie. Rozwój Chorwata na kolejnych wypożyczeniach tak nabrał bowiem tempa, iż może być trudny do utrzymania choćby dla bogatego angielskiego klubu.
Marzenie o wspólnej grze
Ojciec piłkarza stwierdził jednak ostatnio, iż kolejny rok w Niemczech dobrze by zrobił dla jego rozwoju. A Luka Vusković opowiada w wywiadach, iż chciałby zostać w Hamburgu na kolejny sezon, by spełnić swoje marzenie i zagrać na środku obrony obok brata. Dyskwalifikacja Mario Vuskovicia wygasa w połowie listopada. Dwa miesiące wcześniej będzie mógł podjąć treningi z drużyną. Wszelkie prawidła współczesnego futbolu sugerują, iż minie się z bratem, bo wielcy tego świata nie pozwolą talentowi tej klasy dłużej niż rok walczyć o utrzymanie w Bundeslidze. Jakkolwiek sprawy się potoczą, można jednak być pewnym, iż koszulki z nazwiskiem Vusković wciąż będą w Hamburgu osiągać horrendalne ceny. Komu udało się zdobyć taką z herbem Radomiaka, może zacierać ręce. Nie z każdego cudownego 16-latka wyrasta wielki piłkarz, ale z tego raczej wyrośnie. Kiedy w 2017 roku Barcelona płaciła za byłego piłkarza ŁKS 40 milionów euro, wszyscy w Polsce zachodzili w głowę, jak to możliwe. Gdyby dziś sięgnęła po byłego piłkarza Radomiaka, wywołałoby to raczej falę reakcji w stylu "od razu widziałem". Skalę tego talentu naprawdę trudno przeoczyć.
Idź do oryginalnego materiału