Bartosz Zmarzlik to dla polskiego żużla postać pomnikowa. Pięciokrotny mistrz świata na każdym kroku mierzy się z ogromną presją i popularnością, która momentami bywa męcząca. W rozmowie z portalem speedweek.com Polak opowiedział o kulisach życia w blasku fleszy, czy o zmianach, jakie czekają cykl Grand Prix pod rządami nowego promotora.
Bycie twarzą dyscypliny ma jednak swoje ciemne strony. Zmarzlik regularnie gości na okładkach gazet i w telewizyjnych studiach, choć – jak sam przyznaje – najchętniej zamieniłby garnitur na kewlar i zamknął się w warsztacie.
– Często jestem w telewizji, ludzie mnie rozpoznają. Czasami trafiam na okładki. Szczerze mówiąc, nie lubię tej części moich obowiązków, ale robię to dla sportu – wyznaje szczerze 30-latek.
Przed Zmarzlikiem kolejny sezon walki o złoto, ale w zupełnie nowych realiach. Po czterech latach stery w cyklu Grand Prix przejęła brytyjska firma Mayfield. Polak patrzy na te zmiany z optymizmem, choć jak zawsze skupia się głównie na wyniku sportowym, a nie na gabinetowych roszadach.
– Mam nadzieję, iż poradzą sobie dobrze. Jestem podekscytowany. Zawsze, gdy dochodzi do zmiany, ludzie chcą coś ulepszyć. Nigdy nie zaprzątałem sobie głowy przepisami – są, jakie są. Dla mnie liczy się tylko osiąganie najlepszych możliwych wyników – deklaruje lider Orlen Oil Motoru Lublin.
Większe obawy mistrza budzą jednak nowinki w samym formacie zawodów. Zmarzlik uważa, iż pogoń za show czasem odbywa się kosztem sportowej sprawiedliwości. Przykład? Wybór pól startowych po kwalifikacjach.
– Czasami zastanawiam się, po co te zmiany: czy chodzi o więcej dramatu, czy o inne wyniki? Dla widzów to pewnie ciekawe. Weźmy ten wybór pól – raz pomaga, raz nie. Wszystko zależy od tego, jak „pracuje” tor. Czasami potrzeba po prostu szczęścia, żeby na kilka godzin przed meczem zgadnąć, który krawężnik będzie trzymał wieczorem. Na to nie ma złotego środka – kończy Zmarzlik.
Bartosz Zmarzlik (fot. Vojtech Zavrel)















