Florencja oddycha fioletem. Reportaż o mieście, w którym piłka miesza się z renesansem [CYKL REPORTAŻY PIŁKA NOŻNA W TOSKANII]

2 godzin temu

Florencja o poranku pachnie kawą, starym kamieniem i wilgocią znad Arno. Miasto budzi się powoli. Sprzedawcy rozstawiają stragany, ktoś podnosi metalową roletę małego sklepu z pamiątkami, kelnerzy ustawiają pierwsze stoliki przed lokalami przy bocznych uliczkach. Turyści jeszcze śpią albo dopiero wychodzą z hoteli. Ale jest coś, co we Florencji nie zasypia adekwatnie nigdy.

Fiolet.

Nie ten pocztówkowy, stadionowy, nachalny. Nie wszędzie od razu widać herby czy koszulki. To bardziej kolor ukryty między codziennością. Szalik przewieszony przez krzesło w małej kawiarni. Naklejka Fiorentiny na skuterze. Starszy facet w koszulce Gabriela Batistuty siedzący przy espresso. Dziecko kopiące piłkę przy murze z nazwiskiem „Baggio” napisanym markerem.

Florencja jest miastem sztuki, historii i renesansu. Ale wystarczy przejść kilka ulic dalej od najbardziej turystycznych miejsc, żeby zrozumieć, iż dla wielu mieszkańców równie ważnym symbolem miasta pozostaje Fiorentina.

Przy jednym ze straganów niedaleko Piazza del Duomo starszy sprzedawca rozkładał właśnie magnesy, pocztówki i miniaturowe figurki Dawida Michała Anioła. Między nimi leżały też fioletowe szaliki.

„Turyści pytają głównie o katedrę, ale wieczorem wszyscy pytają już o wynik Fiorentiny” – śmieje się.

Pytam go, czy piłka rzeczywiście jest tutaj aż tak ważna.

„We Florencji? Piłka to część miasta. Tak samo jak mosty, wino i sztuka. Jak Fiorentina przegrywa, ludzie są źli choćby w piekarni”.

I trudno nie odnieść wrażenia, iż jest w tym trochę prawdy.

Miasto Batistuty

Najmocniej poczułem to jednak dopiero w okolicach katedry Santa Maria del Fiore. Florencja w tym miejscu wygląda jak z pocztówki. Tłumy ludzi przesuwają się powoli między restauracjami, sklepami z winem i małymi stoiskami z pamiątkami. Co kilka metrów ktoś robi zdjęcie kopule Brunelleschiego, ktoś inny zatrzymuje się przy ulicznym muzyku. I właśnie tam, adekwatnie kilkadziesiąt metrów od jednej z najbardziej rozpoznawalnych budowli we Włoszech, znajduje się niewielki sklep kibica Fiorentiny.

Z zewnątrz łatwo go minąć. Nie jest wielki, nie świeci neonami, nie przypomina gigantycznych fan shopów znanych z Premier League. Ale wystarczy wejść do środka i od razu wiadomo, iż to miejsce dla ludzi, którzy żyją klubem.

Na ścianach wiszą stare zdjęcia Fiorentiny. Obok nowych koszulek można znaleźć archiwalne szaliki, proporczyki i fotografie z czasów, gdy po tych ulicach chodziło się jeszcze wspominając mistrzowskie marzenia z końcówki lat 90. W tle leci włoskie radio sportowe, a dwóch starszych kibiców dyskutuje przy ladzie o tym, czy obecna Fiorentina ma mentalność potrzebną do walki o coś więcej niż środek tabeli.

Sprzedawca, około sześćdziesiątki, zauważa, iż oglądam stare koszulki.

„Pierwszy raz we Florencji?” – pyta.

Kiedy odpowiadam, iż tak, tylko się uśmiecha.

„To dobrze trafiłeś. We Florencji możesz nie interesować się piłką przez cały dzień, ale wieczorem i tak skończysz rozmawiając o Fiorentinie”.

Chwilę później pokazuje mi starą koszulkę Batistuty.

„Turyści kupują nowe koszulki. Florentyńczycy najczęściej pytają właśnie o takie rzeczy” – mówi. „Bo Fiorentina to dla nich bardziej wspomnienia niż marketing”.

Za chwilę do sklepu wchodzi młoda para z dzieckiem. Chłopiec ma może osiem lat i od razu biegnie do półki z piłkami. Ojciec śmieje się, iż ma już ich w domu za dużo. Sprzedawca odpowiada bez chwili zastanowienia:

„Piłek i historii o Fiorentinie nigdy nie jest za dużo”.

Wszyscy wybuchają śmiechem.

I właśnie wtedy zaczynasz rozumieć, iż ten klub naprawdę jest częścią codziennego życia miasta.

Są piłkarze, których się pamięta. Są też tacy, którzy zostają częścią miasta.

Są piłkarze, których się pamięta. Są też tacy, którzy zostają częścią miasta.

We Florencji nazwisko Batistuta wciąż działa inaczej niż większość legend futbolu.

W małym sklepie kibica niedaleko centrum, między nowymi koszulkami i kubkami z herbem Fiorentiny, wiszą stare fotografie. Rui Costa. Toldo. Edmundo. Ale największe zdjęcie przedstawia właśnie Gabriela Batistutę.

Sprzedawca zauważa, iż zatrzymuję na nim wzrok.

„Dla nas on nigdy nie był tylko piłkarzem” – mówi. „Batistuta dawał ludziom emocje. Był symbolem czasów, kiedy Florencja wierzyła, iż może rzucić wyzwanie największym”.

Potem opowiada o momentach, kiedy miasto zamierało w trakcie meczów Fiorentiny. O tym, iż starsi kibice do dziś wspominają gole Argentyńczyka tak, jakby padły tydzień temu.

I rzeczywiście. Spacerując po Florencji, można odnieść wrażenie, iż futbol tutaj bardziej się pamięta niż konsumuje.

Nie chodzi tylko o teraźniejszość. Fiorentina jest czymś zapisanym w tożsamości miasta.

Fiorentina nie musi grać, żeby było ją czuć

Najbardziej zaskakujące jest to, iż choćby w zwykły dzień meczowy klimat futbolu potrafi być wyczuwalny praktycznie wszędzie.

Przy bocznych uliczkach obok Piazza della Signoria kilku młodych chłopaków oglądało skróty Serie A na telefonie. Ktoś miał koszulkę Fiorentiny z nazwiskiem Chiesa, ktoś inny starą bluzę z logo klubu.

W jednej z restauracji telewizor wiszący nad barem pokazywał sportowy kanał, choć większość gości była bardziej zainteresowana winem i makaronem.

Kelner, który usłyszał rozmowę o Fiorentinie, tylko się uśmiechnął.

„Tutaj każdy ma swoją opinię o klubie” – rzucił. „I każdy uważa, iż trener powinien zrobić coś inaczej”.

Brzmiało znajomo.

Bo właśnie to jest piękne w piłce. Nieważne, czy jesteś w Warszawie, Liverpoolu czy Florencji. Kibice wszędzie są podobni.

Stek, wino i nienawiść do Juventusu

Jednym z miejsc, które najlepiej pokazują piłkarską duszę Florencji, jest Trattoria Mario. Z zewnątrz wygląda jak jedna z wielu klimatycznych włoskich restauracji, do których turyści trafiają trochę przypadkiem. W środku gwałtownie okazuje się jednak, iż futbol jest tutaj równie istotny jak jedzenie.

Na ścianach wiszą stare zdjęcia Fiorentiny, klubowe proporczyki, szaliki i plakaty pamiętające jeszcze inne czasy Serie A. Między nimi przewijają się też napisy, które nie pozostawiają wątpliwości, co mieszkańcy Florencji myślą o Juventusie. „Juve Merda” pojawia się tutaj w różnych miejscach tak naturalnie, jakby był częścią wystroju od kilkunastu lat.

Kelner, widząc zainteresowanie ścianami, tylko się śmieje.

„We Florencji można wybaczyć wiele rzeczy. Kibicowania Juventusowi raczej nie” – rzuca żartobliwie.

Przy stolikach siedzą zarówno miejscowi, jak i turyści. Ktoś dyskutuje o winie, ktoś o ostatnim meczu Serie A. W tle słychać stukot talerzy, włoskie rozmowy i charakterystyczny gwar małych restauracji, w których wszystko dzieje się jednocześnie.

To właśnie tam trafia na stół bistecca alla fiorentina. Ogromny stek po florencku, podawany praktycznie bez zbędnych dodatków, zgodnie z lokalną tradycją. Kelner tłumaczy, iż dobre mięso nie potrzebuje wielu dodatków, dokładnie tak samo jak dobra atmosfera nie potrzebuje wielkiego stadionu.

Kilka stolików dalej starszy mężczyzna w koszulce Fiorentiny zauważa aparat i pyta, skąd przyjechaliśmy. Kiedy słyszy, iż z Polski, zaczyna opowiadać o dawnych meczach Serie A oglądanych jeszcze w latach 90.

„Wtedy włoska piłka była jak kino” – mówi. „Batistuta, Ronaldo, Del Piero… W każdy weekend oglądało się coś wielkiego”.

Potem kiwa głową w stronę fioletowego szalika wiszącego nad barem.

„Ale dla nas najważniejsza zawsze była Fiorentina. choćby kiedy przegrywaliśmy”.

I właśnie w takich miejscach najlepiej rozumiesz włoski futbol. Nie podczas konferencji prasowych czy stadionowych wycieczek, tylko siedząc przy ciężkim drewnianym stole, jedząc stek po florencku i słuchając ludzi, dla których klub od dekad jest częścią codziennego życia.

Stadion schowany między codziennością

Stadio Artemio Franchi nie wygląda jak nowoczesne, błyszczące areny z Anglii czy Niemiec. I może właśnie dlatego pasuje do Florencji.

Nie dominuje miasta. Nie próbuje być futurystycznym pomnikiem. Jest częścią codzienności.

Bloki mieszkalne. Sklepy. Zwykłe ulice. A między nimi stadion, który widział pokolenia kibiców.

Pod stadionem choćby poza dniem meczowym można spotkać ludzi w klubowych koszulkach. Ktoś robi zdjęcie pod herbem. Ktoś przychodzi tylko popatrzeć.

Młody chłopak siedzący przy murze stadionu mówi, iż pierwszy raz był tutaj z ojcem, gdy miał sześć lat.

„Nie pamiętam choćby wyniku” – przyznaje. „Pamiętam tylko hałas i ten moment, kiedy wszyscy wstali po golu. Od tamtej chwili wiedziałem, iż będę kibicem Fiorentiny”.

To zdanie zostaje w głowie.

Bo Florencja właśnie taka jest. Nie krzyczy o swojej piłce przez cały czas. Ale gdy zaczniesz jej słuchać, okazuje się, iż futbol jest tutaj praktycznie wszędzie.

Futbol między renesansem a codziennością

Najłatwiej byłoby napisać, iż Florencja to po prostu piękne miasto z dużym klubem piłkarskim. Problem w tym, iż po kilku dniach spędzonych tutaj zaczynasz rozumieć, iż Fiorentina nie funkcjonuje obok miasta. Ona jest jego częścią. Tak samo naturalną jak małe kawiarnie przy bocznych uliczkach, sprzedawcy skórzanych toreb czy wieczorne tłumy spacerujące wzdłuż Arno.

To widać szczególnie wtedy, gdy odejdzie się trochę od najbardziej turystycznych miejsc. W jednej z niewielkich restauracji niedaleko Piazza della Repubblica właściciel przez kilka minut tłumaczył grupie turystów, jakie wino warto zamówić do steka po florencku, a chwilę później odwrócił się do telewizora wiszącego nad barem i zaczął przeklinać pod nosem analizując skróty ostatniego meczu Fiorentiny. Kilku gości od razu włączyło się do dyskusji. Jeden twierdził, iż drużynie brakuje charakteru, drugi iż problemem jest brak cierpliwości kibiców. Rozmowa o piłce mieszała się z rozmowami o jedzeniu, pracy i codziennym życiu.

I właśnie wtedy najbardziej czuć włoski futbol. Nie w telewizyjnych studiach ani na wielkich stadionach, tylko w takich zwykłych momentach. Przy stoliku z winem. W sklepie z pamiątkami. W kolejce po kawę.

Wieczorem Florencja wygląda zupełnie inaczej niż za dnia. Ulice robią się spokojniejsze, światła odbijają się w wodzie, a turyści powoli znikają z centrum. Ale choćby wtedy futbol cały czas gdzieś tu jest. Obok jednej z restauracji dwóch starszych mężczyzn siedziało przy małym stoliku i rozmawiało wyłącznie o Fiorentinie. Jeden wspominał Batistutę, drugi narzekał, iż dzisiejsza piłka straciła dawny klimat. W pewnym momencie obaj zaczęli się śmiać, bo jak sami stwierdzili, dokładnie to samo mówili już dwadzieścia lat temu.

Patrząc na to wszystko trudno nie odnieść wrażenia, iż Florencja traktuje futbol trochę inaczej niż wiele nowoczesnych miast. Tutaj piłka nie została zamieniona wyłącznie w produkt dla turystów. przez cały czas wygląda bardziej jak część lokalnej tożsamości. Coś przekazywanego z ojca na syna. Coś, o czym rozmawia się codziennie, choćby jeżeli akurat nie ma meczu.

I może właśnie dlatego Fiorentina pasuje do Florencji tak dobrze. Bo podobnie jak samo miasto, jest jednocześnie piękna, nostalgiczna, momentami chaotyczna i bardzo emocjonalna.

Kiedy późnym wieczorem wracasz jeszcze raz w okolice katedry i widzisz zamykające się powoli sklepy, ludzi siedzących przy winie i pojedyncze fioletowe szaliki przewieszone przez ramiona mieszkańców, zaczynasz rozumieć, iż tutaj futbol naprawdę nie kończy się na stadionie.

On po prostu stał się częścią duszy tego miasta.

Idź do oryginalnego materiału