Europa wypchnięta z kapitalnego sportu, bo się nie uczy

1 godzina temu
Czterech Japończyków, trzech Amerykanów, dwóch Australijczyków, Chińczyk, Koreańczyk i Nowozelandczyk. Europa wymyśliła zimowe igrzyska, wymyśliła sporty zimowe, a choćby rozkręciła ten sport. To dlaczego w jego zjawiskowym finale zabrakło choćby jednego Europejczyka?
Scotty James jest deskarzem i, można powiedzieć, stereotypowym przedstawicielem Australii: swobodnym, niskociśnieniowym gościem, raczej nienadmiernie uczuciowym. A jednak rozpłakał się, gdy otrzymał pytanie: Dlaczego? Dlaczego to robi? Dlaczego po raz piąty startuje na igrzyskach, skoro zdobył medale wszelkich możliwych imprez, wykonał wszystkie możliwe i niemożliwe tricki, stał się najbardziej utytułowanym Australijczykiem w zimowych igrzyskach i osiągnął w swoim sporcie nieśmiertelność?

REKLAMA





Tylko, iż nie zdobył złota.
Tym razem wyprzedził go Japończyk Yuto Totsuka, który w swojej drugiej próbie uzyskał notę marzeń 95 na 100 i było pewne, iż już jej nie poprawi – w halfpipe liczy się najlepszy z trzech przejazdów. James w finałowej serii zjeżdżał idealnie, ale żeby odbić złoto Japończykowi, musiałby wykonać coś poza kategorią, coś niezwykłego i widowiskowego. W ostatniej chwili postawił wszystko na jedną kartę: backside double cork 1620, trick tak pioruńsko trudny, iż nikt go dotąd nie wykonał na igrzyskach olimpijskich. Jakby chciał strzelić panenką karnego w 94. minucie finału mundialu. Tylko, iż on nie miał wyjścia, musiał spróbować.
Wpadł w poślizg, gdy deska wylądowała na krawędzi rynny.
Cały finał z drugiej strony świata
Oprócz Totsuke na podium był też Ryusei Yamada, a poza nim jeszcze dwóch Japończyków, kolejny Australijczyk, Nowozelandczyk, Koreańczyk, Chińczyk i trzech Amerykanów. Cały finał w Livigno zamknął się w części świata między Urumczi a Lake Tahoe, od siedmiu do 11 stref czasowych od nas.



Gdyby to był sport kulturowo obcy, jak taekwondo, albo karate - ale nie jest. Wymyślono go w USA, ale rozwinięto w Europie. Gdyby jeszcze był niszowy, tę niszę odkryli ludzie z drugiej strony świata i ją zajęli = ale nie jest. Jest superpopularny w telewizji, widowiskowy, ma młodzieńczą werwę, tak bardzo pożądaną przez stacje i MKOl.
I faktycznie, brak Europy nie jest przypadkiem, a raczej: dominacja odwrotnej strony świata nie jest przypadkiem.
Okazuje się, iż Japończycy i Australijczycy zainwestowali ogromne pieniądze w suche rynny. To nowoczesne, całoroczne obiekty dla deskarzy ze zintegrowanymi poduszkami powietrznymi, pozwalającymi na bezpieczne próbowanie nowych tricków. W Europie nie ma ani jednego porównywalnego ośrodka całorocznego z rynną. W Jindabyne w Australii, skąd pochodzi James, u podnóża Góry Kościuszki, dwa lata temu powstał ultranowoczesny park między innymi z olimpijskim halfpipem, który funkcjonuje pod egidą tamtejszego instytutu sportu. Tam trenują Australijczycy i Nowozelandczycy.


Japończycy stanowią zupełnie oddzielną ligę. Tam suchych, całorocznych rynien w ośrodkach dla elity deskarzy i freestylowców jest kilkanaście, w tym dwa kryte, jedyne na świecie z olimpijskimi wymiarami. W czasie kiedy świat czeka na pierwszy śnieg, Japończycy i Australijczycy ćwiczą jak szaleni. W przypadku trenujących wspólnie Japończyków i Koreańczyków dochodzi etos pracy i zakorzenione w kulturze dążenie do doskonałości.



Dlaczego Shaun White odszedł w siną dal
W Europie są obiekty dla zawodowców, ale brak jest olimpijskich rynien. Banger Park w Scharnitz w Austrii posiada ogromne skocznie do Big Air z poduszkami powietrznymi. Wystarczyło na dwie Austriaczki w 12 osobowym finale olimpijskim, bo w Big Air w snowboardzie sytuacja dla Europejczyków jest kilka lepsza niż w halfpipe. W męskim finale startował tylko Włoch, a Japończyków było czterech, w tym dwóch na podium – jak w halfpipe, tyle, iż zdobyli złoto i srebro.
Amerykanie też nie mają złotych żniw, choć ich regres mniej widać, ze względu na liczebność drużyny. Ale w czasie gdy Japończycy podwoili inwestycje, Amerykanie zamykali swoje obiekty. Shaun White odszedł w siną dal.
Tylko, czy halfpipe ma sens? W magazynie dla deskarzy "Slush" powstał choćby wstępniak zatytułowany "Czy halfpipe umarł?"
Ośrodki narciarskie w Europie, ale także w USA, wolą się przestawić na coś łatwiejszego do zbudowania i wykorzystania niż halfpipe, czy BigAir, które wymagają od ćwiczących nadzwyczajnych zdolności i umiejętności. Coś podobnego dzieje się przy okazji skoczni narciarskich. One nigdy nie staną się dyscypliną powszechną, bo są zbyt wymagające i niebezpieczne, więc nie buduje się nowych obiektów, choćby w Polsce, gdzie szał skoków nie słabnie. Ostatnia wybudowana od podstaw to Wisła Malinka. Powstała na miejscu starej, drewnianej – w prezencie dla Wiślanina Adama Małysza.



Ale może być też tak, iż jest to europejska i amerykańska reakcja obronna przez zaprzeczanie, racjonalizację i intelektualizowanie. I iż prawda może być prostsza – są lepsi, bo spodobało im się, postanowili coś z tym zrobić, więc zbudowali obiekty i nauczyli się to dobrze robić.
Idź do oryginalnego materiału