
To miał być spokojny wieczór przy Łazienkowskiej. Po wygranej 2:1 w Edynburgu, Legia Warszawa była na autostradzie do fazy ligowej Ligi Konferencji. I faktycznie – po pierwszej połowie wszystko układało się zgodnie z planem. Gol Wahana Biczachczjana dał prowadzenie, a w dwumeczu zrobiło się 3:1. Kibice już zaczynali odliczać czas do piątkowego losowania.
A potem nadszedł kataklizm. W ciągu zaledwie 11 minut drugiej połowy Hibernian wcisnął gaz do dechy i kompletnie zaskoczył warszawian. Trzy bramki i nagle to goście byli jedną nogą w fazie ligowej. Stadion zamarł, ławka trenerska Legii osunęła się w konsternacji. Piłkarze wyglądali, jakby sami nie wierzyli w to, co się dzieje.
Ale ten zespół – jak to ma w zwyczaju – znów postanowił przypomnieć o swoim alter ego z europejskich thrillerów. Gdy wydawało się, iż wszystko już stracone, w doliczonym czasie regulaminowego czasu gry piłka znalazła drogę do siatki. Na dogrywkę wyciągnął ich Juergen Elitim. A potem wszedł na scenę Mileta Rajović – dotąd krytykowany, z nieco chwiejnej formy, nagle okazał się bohaterem. Trafienie nowego napastnika Legii w dogrywce oznaczało jedno: polski klub melduje się w fazie ligowej europejskich pucharów.
Ale nikt nie miałby choćby prawa marzyć o awansie, gdyby nie on – Kacper Tobiasz. Młody bramkarz Legii zagrał jak natchniony. Bronił wszystko – strzały z dystansu, główki z bliska, sytuacje sam na sam. W 124. minucie uchronił drużynę przed rzutami karnymi, wykonując interwencję, która powinna być oprawiona w ramkę i zawieszona w klubowym muzeum.
Jego postawę komentowano szeroko. – Proszę tam ładnie wysupłać z premii od UEFA ze sto tysi na pomnik Tobiasza, iż was przy 1:3 trzymał przy życiu – napisał na portalu X dziennikarz Interii, Przemysław Langier.