Dwa taktyczne światy. W którą stronę zmierza piłka nożna

2 tygodni temu

Mecz Paris Saint-Germain z Arsenalem zapowiadany był przede wszystkim jako starcie dwóch skrajnie różnych wizji futbolu. Wirtuozeria Luisa Enrique spotkała się z pragmatyzmem Mikela Artety. Ostatecznie z pojedynku zwycięsko wyszedł pierwszy szkoleniowiec, tym samym sięgając po drugie z rzędu trofeum Ligi Mistrzów. Z tego meczu oraz związanych z nim kontekstów można jednak wyciągnąć o wiele więcej.

Finał najważniejszego turnieju w europejskiej piłce klubowej nie należał do najbardziej emocjonujących. Można zastanawiać się, czy to ten z sezonu 2018/2019 między Liverpoolem a Tottenhamem nie wzbudzał jeszcze większej obojętności wśród neutralnych kibiców, ale niewątpliwie tegoroczny zakończenie okazało się wyjątkowo toporne. Arsenal zagrał dokładnie tak, jak każdy się po nim spodziewał – po gwałtownie zdobytej bramce „okopał się” we własnym polu karnym, zaliczając przez pierwszy kwadrans zaledwie 18 podań do aż 73 po stronie Paris-Saint Germain (według statystyk podanych w transmisji). Piłkarze francuskiej ekipy zmuszeni byli do gry po obwodzie, starając się znaleźć lukę w szczelnie zamurowanej defensywnie Londyńczyków. Ostatecznie udało się to dopiero w 65. minucie po dwójkowej akcji Ousmane Dembélé z Khvichą Kvaratskhelią i indywidualnym błędzie Cristhiana Mosquery. Mecz zakończył się po rzutach karnych, podczas których obrońcy Arsenalu, Gabrielowi Magalhãesowi zabrakło zimnej krwi.

Efektowność kontra efektywność

Śledząc opinie widzów po meczu łatwo można odnieść wrażenie, iż zdaniem większości styl Mikela Artety zepsuł całe widowisko. Od dawna wiadomo, iż Arsenal w aktualnym sezonie nie ma zbyt wielu zwolenników. Postronni kibice regularnie krytykują jego pragmatyczną strategię, doprowadzającą rywali do bicia głową w mur i braku emocji, którymi zwykle tryska boisko piłkarskie. W finale Ligi Mistrzów ta niechęć była widoczna jeszcze bardziej, bowiem naprzeciwko „Kanonierów” stanęła jedna z najbardziej widowiskowych ekip w świecie futbolu.

Pełna finezji i joga bonito drużyna ze stolicy Francji omal nie poległa w starciu z żelazną defensywą. Arsenal potwierdził, iż w grze obronnej jest wręcz niezrównany – w tym sezonie Ligi Mistrzów, w finale stracił dopiero siódmą bramkę, podczas gdy w Premier League zdarzyło się to 27 razy, zachowując tym samym czyste konto w 19 meczach. W obu tych rozgrywkach tracił zaledwie 0,64 bramki na mecz, a mówimy tu o 53 rozegranych spotkaniach. choćby jeżeli ktoś nie znosi Arsenalu, musi przyznać, iż „Kanonierzy” perfekcyjnie odtworzyli legendarny autobus we własnym polu karnym. To taktyka rodem z najlepszych lat Jose Mourinho i ery Diego Simeone, który w tym stylu dwa razy zaszedł do finału największych europejskich rozgrywek.

PSG za to w 17 spotkaniach Ligi Mistrzów strzeliło 45 goli – najwięcej spośród wszystkich drużyn – co stanowi 2,6 zdobytych bramek na mecz. Najlepiej jednak o drużynie Luisa Enrique świadczy bowiem sam „test oka” – przyjemność płynąca z oglądania meczów. To najlepiej pressująca, patrząc na współczynnik PPDA (Passes Per Defensive Action, według danych z Wyscouta), najlepiej doskakująca do rywali oraz najszybciej odbierająca im piłkę drużyna w tym sezonie Ligi Mistrzów. Sprawia to, iż świetnie ogląda się tę ekipę, radując oczy ofensywnym futbolem oraz wspaniałymi akcjami od pierwszej do ostatniej minuty.

Wciąż, gdyby nie indywidualny błąd Mosquery, ostatnie 25 minut regulaminowego czasu gry PSG prawdopodobnie dalej biłoby głową w mur, postawiony przez podopiecznych Artety. Piłka nożna to oczywiście gra błędów, więc spekulacje dotyczące alternatywnego rozstrzygnięcia byłyby niepotrzebne. Zastanawiać się jedynie można nad tym, jak wyglądałaby dyskusja, gdyby to „The Gunners” sięgnęli po trofeum. W związku z wygraną Paryżan, dzisiaj mówi się głównie o powrocie ofensywnego futbolu, a choćby zwycięstwie samego futbolu.

Czy obrona dalej wygrywa tytuły?

W ostatnich dwóch latach, do finału Ligi Mistrzów dochodziły dwa zespoły, które swoją grę opierały przede wszystkim na szczelnej defensywie. Mowa rzecz jasna o Interze Mediolan i Arsenalu. Oba kluby pokazały, iż obroną można wygrywać mecze, jednak nie zbierały laurów w piłkarskim świecie. W sezonach 2013/2014 oraz 2015/2016, w ostatnim meczu europejskiego turnieju dwukrotnie znalazło się Atletico Madryt Diego Simeone, wiernego swojej taktyce obrony absolutnej. Jednak on także musiał uznać wyższość Realu Madryt. Można powiedzieć, iż legendarne słowa Sir Alexa Fergusona zostały poddane gruntownej reinterpretacji – obrona wygra mecze, ale to atak sięgnie po tytuły.

Wyjątek stanowiła Chelsea w finale sezonu 2020/2021, kiedy ekipa dowodzona przez Thomasa Tuchela zamurowała bramkę w starciu z Manchesterem City, a zwycięstwo nad ekipą Pepa Guardioli przyniósł jej gol strzelony przez – o ironio – Kaia Havertza. Drużyny hiszpańskiego trenera są ciekawym przypadkiem w europejskiej piłce. Szkoleniowiec sięgał po trofeum Pucharu Mistrzów trzykrotnie, tworząc jedne z najlepiej grających ekip na świecie – FC Barcelonę z Lionelem Messim czy Davidem Villą oraz Manchester City. Z drugą drużyną zdominował też angielskie podwórko. Jego czas jednak dobiegł końca i z trudem dostosowuje się do czasów, kiedy ofensywna tiki-taka straciła na znaczeniu.

Zmiany nastąpiły za sprawą niemieckiej myśli szkoleniowej. Pierwszy był Jurgen Klopp, który w Liverpoolu doprowadził do perfekcji swój gegenpressing, trzykrotnie dochodząc do finału Ligi Mistrzów, w tym raz sięgając po puchar. Była to jedna z najbardziej dynamicznych ekip w Europie – pełna wigoru i diabelnie skuteczna. Klopp przywrócił wiarę w efektownych skrzydłowych i piękny, ofensywny futbol za sprawą Sadio Mané, Roberto Firmino czy rzecz jasna Mohameda Salaha. Jednak i jego styl z czasem bladł w obliczu myśli szkoleniowej oraz trenerów zza naszej zachodniej granicy.

Niemiecki trener, Julian Nagelsmann z pozoru nie osiągał wielkich sukcesów, chociaż półfinał Ligi Mistrzów w pandemicznym sezonie z RB Lipsk można za taki uznać. Jednak to właśnie on – przynajmniej w teorii – zaczął wprowadzać strategię, którą dzisiaj do perfekcji doprowadził Luis Enrique. Mowa o skupieniu się na wymienności pozycji oraz fazach przejściowych. Choć wcześniej stosowali ją inni trenerzy, tacy jak Guardiola czy Marcelo Bielsa, to właśnie Nagelsmann uczynił ją centrum swojego systemu. Jako pierwszy uznał, iż w dzisiejszym futbolu pozycje w wyjściowej jedenastce są jedynie umowne i nie liczą się formacje, ale role piłkarzy, które pełnią na boisku. Trudno więc było stwierdzić, jak dokładnie w ekipie Red Bulla grał Angeliño, Timo Werner czy Emil Forsberg – każdy z nich poruszał się w różnych sektorach w zależności od etapu meczu, gubiąc w ten sposób obronę rywali.

Potem przyszedł Hansi Flick. Przejmując dowództwo nad Bayernem Monachium w okresie 2019/2020, sięgnął po trofeum Ligi Mistrzów miażdżąc 8:2 FC Barcelonę w legendarnym spotkaniu na portugalskiej ziemi. To właśnie wtedy można było zauważyć tendencje, dominujące w tej chwili – wymienność pozycji Kingsley’a Comana, Thomasa Müllera i Serga Gnabry, techniczna „ósemka” w postaci Thiago Alcântary, kontrolującego dynamikę spotkania, wysoko ustawiona linia obrony i agresywny pressing. Bayern zyskał wówczas wielu fanów, dając kibicom wspaniałe widowisko i przywracając nadzieję na lepsze czasy dla piłki nożnej.

Dzisiaj Flick trenuje FC Barcelonę, uznawaną za jedną z trzech najładniej grających ekip na świecie – obok PSG i Bayernu Monachium. Jednak Barca odpadła w minionym sezonie z defensywnie grającym Atletico. Ciekawe, iż według trenera, remedium na bolączki Dumy Katalonii mają być większe inwestycje w atak oraz lepiej zorganizowany pressing, a nie wzmocnienie obrony. Mimo tego, można obserwować zmianę tendencji panujących w tym sporcie. Z jednej strony rozgrywki są dużo mniej widowiskowe, z drugiej jednak największe sukcesy odnoszą trzy skrajnie ofensywne drużyny.PSG nie jest więc absolutnym fenomenem, a raczej efektem ogólnych skłonności, rosnących w ostatnich latach. Od tiki-taki, przez gegenpressing, aż po nowoczesny model, oparty o wymienność pozycji, doskok do rywala i fazy przejściowe. To właśnie dzięki takiej strategii w półfinale Ligi Mistrzów dostaliśmy jeden z najlepszych meczów w historii pomiędzy PSG a Bayernem Monachium. Spotkanie zakończyło się wynikiem 5:4 i pokazało, jak wygląda dzisiaj piłka na najwyższym poziomie.

Co zrobić, aby wygrać z perfekcyjną taktyką? Najlepszym sposobem może okazać się całkowicie przeciwny styl gry. W ten sposób do zeszłorocznego finału doszedł Inter eliminując Barcelonę, a w tym roku Arsenal postawił się Paryżanom. Co interesujące, choćby samo PSG zamurowało bramkę, kontrolując w ten sposób mecz w rewanżu z Bayernem. jeżeli chcesz mierzyć się z najlepiej grającymi zespołami, nie możesz pozwolić sobie w pełni na swobodną grę. Musisz je zaprosić na własne podwórko. Z tego założenia wyszedł Mikel Arteta, co prawie przyniosło mu wymarzony sukces.

Ewolucja ofensywy

Można się zastanawiać, z czego wynika ta sprzeczność między dominującym ofensywnym futbolem a dalej osiągającym sukcesy pragmatyzmem. Idąc tym tokiem myślenia, Chelsea nie powinna sięgnąć po trofeum Ligi Mistrzów w 2021 roku, a Inter czy Atletico wyeliminować Barcelony. Powodem tych sukcesów nie jest prowadzenie ofensywy dla samego ataku, a raczej kontrola przestrzeni i zdolność adaptacji, co w tej chwili stanowi fundament tego sportu.

Owa kontrola przestrzeni jest nie tylko agresywnym doskokiem czy posiadaniem piłki, ale również blokowaniem określonych sektorów boiska, tak, jak robił to Arsenal w finale. Wiedząc, iż krycie jeden na jeden z mobilną drużyną, jaką jest PSG będzie niemal niemożliwe, drużyna podwajała te przestrzenie, w których Paryżanie są szczególnie niebezpieczni. Kiedy piłka znajdowała się na lewej stronie, Mosquerę od razu wspierał Bukayo Saka wraz z doskokiem Declana Rice’a. Po prawej stronie wyglądało to podobnie. Jednocześnie dzięki ciężkiej pracy Anglika czy Martina Odegaarda, a także świetnej grze środkowych obrońców, drużyna Luisa Enrique nie była w stanie wprowadzić piłki przez środek boiska. „Kanonierzy” do 65. minuty w pełni kontrolowali przebieg meczu, nie stosując gry do przodu czy utrzymywania się przy futbolówce.

Jednak to drużyna Enrique lepiej adaptuje się do warunków spotkań. Arsenal nie był w stanie strzelić drugiego gola, gdyż zawodnikom nie udało się ponownie stworzyć dogodnej sytuacji pod bramką rywali. PSG natomiast cały czas biło głową w mur, nie pozwalając jednak Anglikom na zdobycie kolejnych punktów. Każde wyjście drużyny z Londynu prowadziło do błyskawicznego kontrataku Paryżan, a kilka z nich omal nie zakończyły się zwycięskim golem. Czysto jakościowo, ofensywa PSG ma wiele atutów, które pozwalają jej dostosowywać się do tego, co proponuje przeciwnik.

Defensywa opiera się na pragmatyzmie, oczekiwaniu na ruch przeciwnika i poddawaniu się jego atakom. Jest to styl wręcz do granic możliwości wycieńczający, jednak wymaga on znacznie mniej innowacji. Tymczasem ofensywa oferuje eksperymenty w przeróżnych formacjach i sektorach. Przede wszystkim pozwala na narzucanie oponentom swojego stylu gry, a nie opiera się na oczekiwaniu na to, jakie karty na stół rzuci rywal.

To, jak ważna jest kontrola przestrzeni w dzisiejszym futbolu, można zauważyć u piłkarzy, takich jak Vitnha z PSG czy Pedri z FC Barcelony. Obaj są aktualnie najbardziej pożądanymi graczami na rynku transferowym, a największe kluby na świecie oddałyby wiele, żeby mieć ich w składzie. Portugalczyk czy Hiszpan doskonale czują grę, kontrolują przestrzeń oraz tempo akcji. Najlepiej widać to na przykładzie Pedriego – jego kontuzje wyraźnie się odbijają na stylu Dumy Katalonii. Gra staje się chaotyczna, pełna niedokładności czy zbyt gwałtownych ataków.

Z kolei Vitinha udowodnił swoją wartość w tegorocznym finale Ligi Mistrzów, praktycznie monopolizując grę Paryżan. Skuteczność jego 150 podań wynosiła 94%, dokładając do tego 162 kontakty z piłką. Dla porównania, drugi pod tym kątem był Nuno Mendes (120 kontaktów i 98 podań).

Trener nowym celebrytą?

Najciekawszym wątkiem w całej dyskusji jest kwestia faktycznej roli trenera i tego, jaką ten zawód pełni funkcję w dzisiejszej piłce. Przez lata pojawiało się wielu legendarnych szkoleniowców: Vicente del Bosque, Sir Alex Ferguson, Carlo Ancelotti, Pep Guardiola, Zinedine Zidane i wielu innych. Wydaje się, iż żaden z nich nie osiągnął jednak popularności na taką skalę, jak w tej chwili Jurgen Klopp, Hansi Flick czy Luis Enrique.

Kiedy spojrzymy na drużynę PSG, nie ma tam gwiazd, które swoim formatem choćby zbliżyły się do ekip sięgających po tytuł Ligi Mistrzów w poprzednich latach. Rzecz jasna, Dembélé wygrał w zeszłym roku Złotą Piłkę, Nuno Mendes kilka razy nazywany był pogromcą Lamine’a Yamala, a Desire Doue to wielka gwiazda młodego pokolenia. Ostatecznie jednak w kontekście jakichkolwiek rozmów o Paryżanach niemal zawsze dyskusja koncentruje się wokół postaci Enrique.

„Posiadanie zawodnika, który porusza się tam, gdzie on chce, oznacza, iż są sytuacje boiskowe, których ja nie kontroluję. Teraz będę kontrolować wszystkie. Wszystkie, bez wyjątku” – to słowa hiszpańskiego szkoleniowca wypowiedziane w 2024 roku po odejściu Kyliana Mbappe z PSG. Gdy wybitny francuski napastnik opuszczał Paryż, wydawało się, iż minie kilka lat zanim drużyna dostosuje się do jego braku. W końcu do Realu Madryt przeszedł właśnie zawodnik regularnie bijący kolejne rekordy Ligue oraz zapowiadający się zdobywca wielu złotych piłek. Przyszłość okazała się być jednak zupełnie inna.

Luis Enrique dostał dokładnie to, czego chciał – jedenastu zawodników, którzy w pełni wierzą w trenerski autorytet. To sprawia, iż mógł ich swobodnie ustawiać oraz układać taktykę. Tymczasem Real Madryt – jak powszechnie wiadomo – mierzy się z ogromnym kryzysem, walcząc z nabrzmiałym ego byłej gwiazdy Paryżan, skłóconej z ambitnym Viníciusem. Natomiast w szatni PSG nie ma piłkarza, który próbuje być „większy” od trenera. Enrique zbudował sobie autorytet, który – wydaje się – czują choćby kibice przed telewizorami. Katarski projekt jest nie tylko drużyną, ale w pełni autorską wizją trenera, której nikt nie ośmieli się podważyć.

Podobnie wygląda to w przypadku FC Barcelony i postaci Hansiego Flicka. Choć jego osiągnięcia w hiszpańskim zespole na arenie europejskiej są o wiele mniejsze niż kolegi po fachu w PSG, Niemiec przywoływany jest w większości rozmów na temat Dumy Katalonii. Obok Yamala to aktualnie bodaj druga największa postać w całym klubie, będąca symbolem odbudowy Blaugrany po słabszych, a czasem choćby fatalnych sezonach w ostatniej dekadzie.

Trenerzy stają się ostatnio o wiele bardziej znani i szanowani w piłkarskim świecie. Coraz więcej kibiców kojarzy nazwiska szkoleniowców choćby mniejszych klubów, jak Graham Potter, Julian Nagelsmann, Andoni Iraola czy Eddie Howe. Jednak fenomen Luisa Enrique pokazuje, iż być może będziemy mogli w przyszłości mówić o menadżerach osiągających stopień popularności na poziomie powszechnie rozpoznawalnych piłkarzy, głównie dzięki swojemu wpływowi na boiskowe wydarzenia i na cały sport.

Quo vadis, futbolu?

Piłka nożna staje się dzisiaj sportem coraz bardziej opartym na ofensywie, kontroli, dynamice i efektowności. Nie wrócimy raczej do czasów joga bonito czy brazylijskich magików pokroju Ronaldinho lub Neymara – a o tym wielu kibiców marzy – ale na pewno nie będzie można narzekać na liczbę goli w kolejnych meczach oraz poziom widowiska na największych europejskich hitach.

Jednak nie każdy klub będzie mógł sobie pozwolić na futbol oferowany przez współczesnych architektów jak Enrique czy Flick. Można więc spodziewać się, iż zobaczymy również więcej skrajnych pragmatyków pokroju Mikela Artety, którzy nieraz zostaną zmuszeni do zaproponowania nieciekawego wizualnie, ale skutecznego stylu. Mimo to, rośnie we mnie nadzieja na coraz ciekawsze lata w piłce i oby trenerzy jak najliczniej szli w stronę atrakcyjnego dla oka PSG niż ultra defensywnego pastiszu catenaccio.

Jacek ADAMCZAK

Idź do oryginalnego materiału