Baskijskiego himalaistę Alexa Txikona poznałem na Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju. 22 lutego 2016 roku razem z Włochem Simone Moro i Pakistańczykiem Muhammadem Alim dokonali pierwszego zimowego wejścia na Nangę Parbat – wtedy jeden z dwóch, obok K2, niezdobytych o tej porze roku szczytów ośmiotysięcznych.
REKLAMA
Zobacz wideo Robert Kubica odciska dłoń! Wielka chwila na Gali Mistrzów Sportu
Txikon znał oczywiście Tomasza Mackiewicza. Próby zdobycia szczytu "Nagiej Góry" zimą trwały od 1988 roku, kiedy pierwszą wyprawę poprowadził Polak, Maciej Berbeka. Mackiewicz dołączył do wyścigu zimą na przełomie 2010 i 2011 roku. Razem z przyjacielem Markiem Klonowskim wymyślili program "Nanga Dream – Justice for All". W wyścigu udziału adekwatnie brać nie chcieli, wybrali do akcji taką porę roku, w której pozwolenie na wspinanie w Pakistanie jest trzy razy tańsze niż latem. Pieniędzy brakowało im zawsze, poza tym w ekstremalnych warunkach w grudniu, styczniu, lutym i marcu w bazie pod Nangą było mało wspinaczy. W drodze na szczyt temperatura spada do 50 stopni poniżej zera, uczucie zimna potęguje często silny wiatr. Wtedy trzeba czekać.
Jak Mackiewicz dowiedział się o Feri
Jako nastolatek Mackiewicz uzależnił się od heroiny, leczył w ośrodkach Monaru. Potem zaczął podróżować po świecie. W ośrodku misyjnym w Indiach uczył angielskiego dzieci chore na trąd. Tam zainteresował się wspinaczką. Klonowskiego poznał podczas pracy w Irlandii, razem ruszyli w podróż po lodowcach Kanady. W 2008 roku otrzymali "Kolosa" (polska nagroda podróżniczo-eksploracyjna) za przejście trawersu Mount Logan. Potem Tomek wspinał się w Tienszanie, aż na jego drodze stanęła Nanga Parbat - jeden z najtrudniejszych szczytów w Himalajach, który pochłonął ponad 60 ofiar. To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Txikon wspominał Mackiewicza z sentymentem. Opowiadał, iż w swoim przestarzałym sprzęcie wyglądał jak niedźwiedź polarny. Był otwarty, szczególnie wobec miejscowych, z którymi godzinami potrafił rozmawiać przy ogniu i herbacie. W czasie jednej z takich biesiad, podczas piątego pobytu Mackiewicza pod Nanga Parbat, pakistańscy pasterze owiec opowiedzieli mu legendę o Feri.
Było to w Lattabo, bazie po drugiej stronie Nangi, przy pełni księżyca. To tam wysłuchał opowieści o istocie, która może przybierać różne formy, jeżeli chce się pokazać człowiekowi. Bywa demonem, bywa górską syreną. Jest mocą, która może człowieka ocalić lub wtrącić w przepaść. Nanga to jej dom. Ta opowieść wyjaśniła Mackiewiczowi, dlaczego ten olbrzymi kawał skały i lodu nazwany "Nagą górą" lub "Zabójczą górą", tak go przyciąga i uwodzi. Musiała stać za tym jakaś nadprzyrodzona siła.
Mackiewicz próbował zdobyć Nangę Parbat siedem razy. Najpierw z Klonowskim, potem z francuską nauczycielką WF i alpinistką Elisabeth Revol. W 2015 roku oboje dotarli do wysokości około 7800 m n.p.m., gdzie szlak łączy się z drogą Hermanna Buhla z roku 1953 – pierwszego zdobywcy Nangi. Podczas zejścia do bazy, Mackiewicz na wysokości około 6500 m n.p.m. wpadł w szczelinę, doznał obrażeń żeber i nogi, co zmusiło go do zakończenia wyprawy. Po powrocie do Polski z powodu odmrożeń amputowano mu palec u nogi.
Z planów zdobycia "Nagiej Góry" nie zrezygnował jednak choćby wtedy, gdy rok później Txikon, Moro i Ali jako pierwsi weszli na szczyt Nangi zimą. Nie przyjął tego do wiadomości. Uznał, iż kłamią. Do końca był o tym przekonany. Zarzucił im oszustwo, Txikon się o to nie obraził. – Wysłałem mu zdjęcia ze szczytu i wszystkie dowody na to, iż byliśmy na nim – opowiadał mi po latach. Był zdumiony, ale jednocześnie rozumiał rozczarowanie Mackiewicza. jeżeli mierzyć ego wspinaczy, u większości z nich jest ono rozmiarów Himalajów.
Mackiewicz był dziwakiem. Nie trenował przed wyprawami, bazował na naturalnej sile, dłoniach wytrenowanych w warsztacie samochodowym, gdzie pracował cały rok. Odkładał, co mógł, choć płacił alimenty i spłacał długi, a musiał jeszcze utrzymywać nową rodzinę. Sprzęt miał stary, śmieszył tym innych wspinaczy, wyposażonych w ekwipunek najnowszej generacji. Zbierał pieniądze na wyjazdy na zasadzie crowdfundingu, czyli dzięki wpłatom ludzi dobrej woli. Czasem lekceważył żelazne zasady aklimatyzacji, czyli oswojenia się ze zmianą wysokości, która zapobiega śmiertelnie niebezpiecznym chorobom wysokościowym: obrzękowi płuc lub mózgu.
W 2018 roku było inaczej. Mackiewicz pierwszy raz trenował przed wyprawą, chodził do siłowni, choć wcześniej unikał takich miejsc. Do pracy jeździł na rowerze, codziennie 60 km. Czuł się silny. Jego partnerka życiowa Anna Solska opowiadała jednak, iż przed wyjazdem wyczuwała u niego jakiś dziwny niepokój. Z Pakistanu dzwonił do niej rzadko, zdecydowanie rzadziej niż zwykle i był poważny, a nie jak dawniej roześmiany.
Atak terrorystów pod Nanga Parbat
Załatwianie formalności przed wspinaczką na Nanga Parbat skomplikowało się po ataku terrorystycznym w 2013 roku, kiedy w bazie Diamir pod Nangą zamachowcy zastrzelili 11 osób - dziesięciu wspinaczy i kucharza. Od tamtej pory każdej wyprawie musieli towarzyszyć uzbrojeni funkcjonariusze. Wspinacze płacą za ich wyżywienie, zdarza się, iż muszą też zaopatrzyć policjantów w sprzęt potrzebny do przeżycia. Niemal wszyscy wspinacze zatrudniają tragarzy, którzy wniosą potrzebny ekwipunek powyżej 4000 metrów, ale Tomka, na pierwszych wyprawach na Nangę, nie było na nich stać.
Mackiewicz i Revol musieli przebrnąć przez uciążliwe problemy organizacyjne. Aklimatyzacja też dobiegła końca. 18 stycznia uznali, iż czas na atak szczytowy. Przed wyruszeniem z Kutgully zjedli chleb upieczony przez kucharza. Tomek bardzo źle się po nim poczuł. Wymiotował. Uznał, iż ktoś chciał go otruć. Revol opowiadała, iż miał zamiar zabrać kawałek tego chleba do Polski, żeby wykryto w nim truciznę. Na szczęście objawy zatrucia ustąpiły po jakimś czasie, choć opóźniły akcję.
Do dogadania pozostała też kwestia drogi na szczyt. Elisabeth chciała iść łatwiejszą, Tomasz upierał się przy takiej, której "nikt nigdy zimą już nie powtórzy". Akcja i tak była ambitna. Wspinanie w stylu alpejskim, czyli bez zakładania obozów, pomocy tragarzy, rozwieszania lin poręczowych, samo w sobie ma najwyższy stopień trudności. Oczywiście nie używali też tlenu z butli. Co prawda pierwszy zdobywca Nangi, Hermann Buhl w 1953 roku, też nie wspomagał się tlenem, ale zażywał pervitin – stymulant oparty na metamfetaminie, używany przez niemieckich żołnierzy w czasie II wojny światowej i nazywany "panzerschokolade", czyli "czekoladą pancerną". Lekarstwo na strach.
23 stycznia, dzień przed atakiem szczytowym, Tomasz napisał do Ani: "Trochę się ruszyliśmy, warunki koszmarne, jutro kopuła szczytowa. Kocham cię, moja jedyna". A potem wysłał jeszcze ostatnią wiadomość: "Jesteśmy na 7300, straszna walka, jeżeli pogoda dopisze, jutro szczyt. Kocham tak, iż trudno opisać".
Na dziewiątym co do wysokości szczycie Ziemi (8126 m) stanęli 24 stycznia. Elisabeth spostrzegła, iż Tomasz nie był szczęśliwy, jak przystało na człowieka, który po siedmiu latach walki dopiął swego. Okazało się, iż po prostu fatalnie się czuje, czego wcześniej, podczas wspinaczki, nie zdołała zauważyć.
Zaczynał się dramat. Tomasz przestał widzieć, kompletnie stracił siły i nie był w stanie schodzić sam. Eli dała znać, iż potrzebna jest natychmiastowa pomoc. Txikon był akurat pod Mount Everestem, czyli za daleko. Polska wyprawa narodowa stacjonowała w bazie pod K2, 190 km na północ od Nangi - w Karakorum. Polacy byli więc jedynymi, którzy mogli pomóc. Potrzebne były helikoptery, a założona przez byłych wojskowych firma Askari Aviation, która miała monopol na przeloty w Pakistanie, zażądała 50 tys. euro. Ani centa mniej. I pieniądze miała dostać przed wylotem.
Akcję ratunkową prowadziło kilkanaście osób z Polski, Francji, Włoch, Pakistanu i innych krajów. Wśród nich Anna Solska, żona Tomka, Włoch Daniele Nardi, który wspinał się w przeszłości z Eli na Nangę, Ali Saltoro, pakistański agent wyprawy, a także francuski wspinacz Ludovic Giambiasi, wieloletni partner Elisabeth.
Ratunek nadchodzi spod K2
Rozmawiałem potem na ten temat z Anną Solską. Wspominała, iż działała bez zastanowienia, czy w sprawie krytycznej sytuacji męża da się cokolwiek zrobić. Starania o zebranie pieniędzy, kontakty z wszystkimi, którzy gotowi byli pomóc, odsuwały od niej myśli o najgorszym. choćby wtedy, gdy Ludovic Giambiasi przekazał jej, iż Elisabeth musiała zostawić nieprzytomnego Tomka w szczelinie, na wysokości 7200 m i ruszyć w dół sama. Inaczej nie byłoby szans dla nich obojga.
Polscy wspinacze pod K2 kierowani przez Krzysztofa Wielickiego czekali w gotowości na helikoptery. Adam Bielecki, Denis Urubko, Piotr Tomala i Jarosław Bator zostali pojedynczo przetransportowani pod Nangę na wysokości około 4800 m. Dwóch pierwszych natychmiast ruszyło w górę, umówioną drogą Kinshofera, którą odmrożona i wycieńczona Elisabeth miała schodzić.
W nocy, w pięć godzin, Urubko z Bieleckim pokonali 1000 m w pionie. W swojej książce "Bez śladu", napisanej z dziennikarzem Dominikiem Szczepańskim i wydanej miesiąc temu, Bielecki łagodzi zachwyty nad brawurową akcją. Podkreśla raczej determinację i siłę Revol, której nie spodziewali się na tej wysokości (6000 m n.p.m.). Myśleli, iż będzie na nich czekała kilkaset metrów wyżej.
Po spotkaniu z Revol wciąż pozostawała kwestia ratowania Mackiewicza. Elisabeth potwierdziła jednak, iż gdy go zostawiała, był nieprzytomny, odwodniony, odmrożony, a z kącika ust ciekła mu krew.
Urubko i Bielecki sprowadzili Revol w miejsce, na którym mogły lądować śmigłowce ratunkowe, skąd odleciała do szpitala.
W Polsce do akcji włączył się Michał Lisiecki, prezes tygodnika "Wprost", który zapewnił, iż zebrał pieniądze na akcję ratunkową Mackiewicza. Wielu ludzi gotowych było pomóc, ale, jak pisze w książce Bielecki, taka akcja okazała się jednak science fiction. choćby jeżeli Mackiewicz jeszcze żył, w taką fatalną pogodę żaden helikopter nie wyniósłby ratowników powyżej 7000 m n.p.m.
W marcu 2018 roku ojciec Mackiewicza otrzymał z Pakistanu akt zgonu syna z datą 30 stycznia. Ciała nie odnaleziono.
Czy Mackiewicz i Revol weszli na Nangę
Jakiś czas po dramacie, który poruszył tysiące ludzi, zaczęły się spekulacje na temat tego, czy Revol i Mackiewicz zdobyli szczyt Nangi Parbat. Zakwestionował to polski himalaista Ryszard Gajewski, który stwierdził, iż nie wierzy słowom Revol. Francuska himalaistka złożyła w tej sprawie raport i polsko-francuskie wejście na szczyt zostało oficjalnie uznane. Wojciech Barański, himalaista i autor książki o etyce w górach, uważa jednak, iż to niemożliwe, by Mackiewicz i Revol zdobyli szczyt, a potem ona zdołała zejść do poziomu 6000 metrów, gdzie spotkała Bieleckiego i Urubkę. Piotr Pustelnik, prezes Polskiego Związku Alpinizmu, tłumaczy jednak, iż jeżeli chodzi o dokonania w górach, wierzy się himalaistom na słowo. Revol nie ma zdjęć ze szczytu, bo na nim zorientowała się o fatalnym stanie Mackiewicza i była zajęta pomaganiem mu.
Oczywiście było sporo przypadków, gdy wspinacze zakłamywali swoje dokonania i przyłapano ich na tym. Revol nikt kłamstwa jednak nie udowodnił.
"Prawie każdy z nas wchodzi na szczyt góry – nieważne, małej czy dużej – nie po to, by być pierwszym lub czuć się lepszym od innych, ale po to, by czuć się żywym, wolnym" – napisał Emilio Previtali, włoski wspinacz, narciarz wysokogórski i dziennikarz. Przyjaciel Simone Moro, z którym był na Nandze zimą 2012 roku. Wtedy w bazie pod szczytem Włosi spotkali dziwnego Polaka w pomarańczowej czapce (stąd pseudonim Mackiewicza "Czapkins"). Polubili go, jego towarzyszy też. Czasem częstowali ich jedzeniem. Dużo wtedy rozmawiali, zwłaszcza Emilio i Tomek. Zaprzyjaźnili się.
Kiedy w 2018 roku Mackiewicz i Revol ruszali na Nangę, Previtali napisał wyżej cytowane słowa, żeby wyjaśnić niezorientowanym, po co idzie się na szczyt, który został już zdobyty.
"Powtórzenie wspinaczki dla czystej przyjemności jej powtórzenia i w poczuciu samotności w świecie z dala od wszystkiego i od wszystkich, tak jak to robią Tomek i Elisabeth, stanowi kwintesencję alpinizmu i to jest to, co prawie wszyscy miłośnicy gór robią w naszym małym świecie. Nie są szaleńcami, są marzycielami" - dodał Włoch.
Oczywiście całą tę głośną historię "oblepiły" opinie tysięcy ludzi, niemających pojęcia o warunkach panujących zimą w Himalajach i Karakorum. Jakaś Amerykanka zarzuciła Bieleckiemu i Urubce, iż "mają krew Mackiewicza na rękach, bo nie poszli po niego". "Woleli oszczędzać siły na wspinaczkę na K2". Byli tacy, którzy zarzucali Annie Solskiej, iż dorobiła się na wsparciu dla męża. Opowiadała mi jednak także o tych, którzy pomogli jej przetrwać rodzinną tragedię. Została sama z dziećmi. Z pieniędzy, które dostała, założyła fundację imienia Mackiewicza, wspierającą pakistańskie wioski i ich mieszkańców.
I jak to z wyprawami w góry bywa - część ludzi w tamtych dniach przeżywała, trzymała kciuki, wspierała Mackiewicza, Revol, Bieleckiego, Urubkę i innych, a część uważała, iż "tę bandę samobójców" nie warto się w ogóle zajmować. Bo jak powiedział kiedyś Piotr Pustelnik, jeżeli chodzi o wspinanie, ludzie dzielą się na dwa rodzaje: na tych, którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć i na tych, którym się jej nie wytłumaczy.

2 godzin temu














